Kiedy byłam nastolatką miałam taki urodzinowy zwyczaj – co roku pisałam list to „samej siebie za rok”. Listy nie przetrwały, ale pamiętam jak dziś jedno uczucie, które towarzyszyło otwieraniu listu – absolutna ekscytacja. I jedno, które pojawiało się po jego lekturze – kompletny zawód.

 

Urodziny. Dla dzieci i młodzieży jeden z ulubionych dni w roku – maluchy cieszą się z prezentów, nastolatki z tego, że są coraz bliżej upragnionej dorosłości. Po przekroczeniu magicznej osiemnastki i przez kilka lat z dwójką z przodu są jeszcze urodziny okazją do świętowania w gronie znajomych, a nierzadko nawet imprezki do bladego świtu. Problem zaczyna się po trzydziestce. Zwłaszcza jeśli twoje życie nie potoczyło się wedle przeciętnego schematu. Zwłaszcza jeśli jesteś kobietą. Choć coraz więcej kobiet zaczyna traktować same siebie z większym szacunkiem i nie wpada w obsesję wyimaginowanej starości, ciągle gdzieś z tyłu głowy kołaczą się wpajane przez lata myśli, że po trzydziestce to już równia pochyła w dół, że najlepsze lata masz już za sobą, że czas na stabilizację, rodzinę, dzieci i stałego starego pod pierzyną. I że nie jest to czas na zmiany.

 

Śmiejcie się, jeśli chcecie. Możecie powiedzieć, że to nie średniowiecze i nikt już tak nie myśli, ale ja – trzydziestotrzylatka – widzę, co dzieje się z moimi koleżankami, przynajmniej niektórymi. I to wcale nie będącymi w mniejszości. Mądre, wykształcone dziewczyny, z ciekawymi zainteresowaniami, sukcesami zawodowymi mniejszymi czy większymi, po przekroczeniu trzydziestki dostają jakiejś szajby, wpadają w marazm, apatię, depresję. Nic nie umiem, do niczego się nie nadaję, czuję się staro, teraz to już nikogo nie znajdę, już mi nie wypada, bo trzydziestka na karku – słyszę z wielu ust i nóż mi się w kieszeni otwiera. Serio?!? Zdmuchnięcie jednej świeczki więcej na torcie zmienia cię z młodej dynamicznej babeczki w stare truchło? Z energicznej, pełnej pomysłów kobiety w trącącą formaliną mumię? Czy naprawdę w XXI wieku chcemy same sobie przypinać łatkę starej panny? Czy same sobie wyznaczamy datę przydatności do spożycia? Czy płacząca nad urodzinowym tortem Bridget Jones naprawdę musi być naszą bohaterką?

 

Wróćmy do moich urodzinowych listów. Kiedy rytualnie odczytywałam wiadomość od swojego młodszego ja, przeżywałam tylko rozczarowania. Dalej byłam za gruba, dalej nie znalazłam miłości życia, dalej nie byłam bogata. Załamka. Ja, na co dzień normalna, mądra, lubiana nastolatka, wpadałam w depresję, bo w ciągu roku nie spełniłam swoich planów ukształtowanych romantycznymi komediami, czasopismami dla dziewczynek i całym tym szajsem, który każe nam wierzyć, że kobiece cele w życiu są bardzo ograniczone.

Dużo później zrozumiałam, że problem nie leżał we mnie. Leżał w złym pojmowaniu celów i planów do realizacji. Mówi się, że trzeba myśleć z rozmachem, i to niewątpliwie prawda. Ale nie wystarczy wielka wizja, potrzebny jest jeszcze szczegółowy, konkretny plan, który doprowadzi do jej spełnienia. Potrzebny jest realizm – ile możesz osiągnąć w ciągu roku? Co konkretnie możesz zrobić, żeby zbliżyć się do swojego celu? Jakie praktyczne umiejętności możesz zdobyć, żeby postawić kolejny krok w przód? Marzenia są cenne, marzenia są potrzebne, ale same marzenia to za mało. I nie chodzi o banalną prawdę, żeby zakasać rękawy i wziąć się do roboty. Chodzi o to, żeby oddzielić od siebie rzeczy, które są od ciebie niezależne, i te, na które możesz mieć wpływ. Chcesz być milionerem? Nie dasz rady podrzucić odpowiednich piłeczek do maszyny losującej totalizatora, ale może chociaż zacznij kupować kupony?

 

Wyznaczamy sobie nierealistyczne, nierealizowalne cele, a potem cierpimy, że nam się nie udało. Czujemy się jak nieudacznicy. Ja się tak czułam w tamtych nastoletnich czasach. I tak samo czuje się wiele moich koleżanek. Ja nie. Ja już nie. Łatwo ci mówić. Masz dzieciaki, męża, dom. Jesteś spełniona. Nic już ci więcej nie trzeba – zarzuciła mi przyjaciółka zmagająca się z kryzysem trzydziestolatki. Ma rację, jestem spełniona. Ale to nie znaczy, że nie mam już żadnych planów, że stoję w miejscu, że nic mnie już nie czeka. Szczęśliwa rodzina to spełnienie mojego największego marzenia, ale nie koniec podróży. My, trzydziestolatki, mamy dwie drogi – albo dalej pod górę, albo w dół. Definiuje nas nie stan cywilny czy zawodowy sukces, ale nastawienie. Czy naprawdę uważasz, że najlepsze już za tobą? Że możesz tylko kurczowo trzymać się status quo (jeśli jesteś zadowolony), albo biadolić, że ci się nie udało (jeśli zadowolony nie jesteś)? Wpadłam ostatnio na dawno niewidzianą koleżankę ze studiów. Trzydziestkę. Wiesz, zaczęłam uczyć się gry na wiolonczeli – powiedziała mi z uśmiechem, a ja miałam ochotę ją uściskać. Pamiętam, że kiedyś – jeszcze na studiach – mówiła o tej wiolonczeli. Ale nigdy nie było na to czasu. Bo przecież nauka, magisterka, praktyki, praca… A zresztą kto się w takim wieku zabiera za naukę gry na instrumencie? No właśnie, kto? Przecież po trzydziestce to już tylko leżeć i myśleć o śmierci.

 

Właśnie skończyłam 33 lata. Za pięć dni moja starsza córka skończy trzy lata. Ledwie dwa tygodnie temu moja młodsza córka skończyła roczek. Czy można sobie wyobrazić lepszy moment na to, żeby zacząć coś nowego? Żeby w bezmiar codziennych obowiązków wcisnąć marzenie, które chodziło za mną od dawna, ale ciągle musiało czekać na swoją kolej? Chyba nie. Więc niech się stanie blog.

Reklamy