Od kiedy pamiętam wigilia była moim ulubionym dniem w roku. Także pod względem kulinarnym. Co tu kryć, jestem i byłam zawsze łasuchem, a te wszystkie pyszności pichcone przez mamę od samego rana podsycały niecierpliwe oczekiwanie na wieczór, na ten moment, kiedy wreszcie zasiądziemy do stołu i chwycimy za widelce, za łyżki… Aż pewnego dnia wszystko runęło jak domek z kart. Czy na zawsze? – pytałam samą siebie.

 

To był 24 grudnia 2013 roku. Siedziałam za wigilijnym stołem i z trudem tłumiłam łzy. Dłubiąc widelcem w smętnie leżącym na talerzu pierogu ruskim (!!!), myślałam sobie, że nie tak miało to wyglądać. Czy to naprawdę wigilia? Zupa jarzynowa na drobiowym wywarze, pierogi ruskie i ryba na parze? Serio?!? „Może chociaż smażonego karpia skubnę?” – pomyślałam głośno, żeby usłyszeć oburzone posapywania i stanowcze „nie możesz”. Tak, tak, moi drodzy. W wieku 31 lat przyszło mi pogodzić się z tym, że to inni decydują za mnie, co mogę, a czego nie mogę w ten wigilijny wieczór. Z asertywnością, której nie powstydziłby się zakompleksiony nastolatek, bąknęłam tylko „aha” i pokiwałam smętnie głową. Pierożek ruski, it is! Gdybym tylko wtedy wiedziała to, co dziś! Gdybym poznała JĄ wcześniej!

 

A wszystko zaczęło się ponad siedem miesięcy wcześniej. Jak tylko przyznałam się, że jestem w ciąży, okazało się, że co drugi człowiek w moim otoczeniu ma doktorat z dietetyki i żywienia kobiet ciężarnych. Obok życzliwych porad „dbaj o siebie”, „odżywiaj się zdrowo”, „jedz za dwoje” (tak…tak…), usłyszeć mogłam bardzo szczegółowe wywody, co mogę, a czego nie mogę konsumować, żeby nie zaszkodzić maleństwu w moim brzuchu. O ile zastrzeżenia, co do surowych ryb i mięsa, czy też serów pleśniowych z niepasteryzowanego mleka były dla mnie w zupełności logiczne, o tyle złośliwe ataki na kapustę, wątróbkę, mleko, ryby wędzone, cytrusy, czy inne bogu ducha winne produkty, niezmiennie mnie zaskakiwały. Kiwałam głową, uśmiechałam się i cierpliwie znosiłam rady płynące bardziej z dobrego serca niż pełnej głowy. A potem robiłam swoje, czyli jadłam to, na co miałam ochotę 😉

 

Sprawa skomplikowała się jednak po urodzeniu dziecka. Od położnej pobladłej nagle na widok banana na mojej nocnej szafce, przez sąsiadkę z trwogą pytającą „czy to dla ciebie?” na widok wody mineralnej gazowanej (!!!) w mojej zakupowej siatce, po pediatrę odradzającą stanowczo ser żółty i wędliny na kanapki – wszyscy stali się ekspertami od diety najlepszej dla mnie i mojego dziecka. Wystarczyło, że moja córeczka zapłakała w swoim rożku, a teściowa już zdiagnozowała u niej kolkę, niechybnie wywołaną zupą kalafiorową. Wystarczyło, że moja córeczka naprężyła się i zakwiliła o poranku, a już wczorajszy schabowy odsądzany był od czci i wiary. O biedny kotlecie mielony, ileż ty się złego o sobie nasłuchałeś! I ty, alergię wywołująca zupo pomidorowa, ileś wycierpiała niesprawiedliwych oskarżeń! W końcu szanowne grono eksperckie zatwierdziło listę produktów bezpiecznych, obejmującą kurczaka, marchewkę, ryż, chleb, masło i kurczaka. I jeszcze kurczaka na parze. I ryż. A ja, niedoświadczona pierworódka, rozdarta między własnym żołądkiem a zakochanym w dziecku sercem, słuchałam, słuchałam i dziobałam ten ryż i kurczaka i marchew, i ryż i kurczaka, i marchew. Koniecznie na parze. Aż w końcu nadeszła wigilia…

 

Nie myślcie, że się nie przygotowałam. O nie! Przekopałam internet wzdłuż i wszerz, dotarłam na mroczne obrzeża portali parentingowych, fora mamuśkowe nie miały dla mnie tajemnic. Chciałam tylko dowiedzieć się, co może zjeść na wigilię mama karmiąca piersią, a niechcący wywołałam wojnę porównywalną chyba tylko do sporu o to, czy poród naturalny jest lepszy od cesarki na życzenie. Jak tylko wyczytałam gdzieś, że groch można, a kapusty nie, to zaraz w drugim miejscu okazywało się, że wręcz odwrotnie. Karp smażony? – w życiu romana. Pierogi z grzybami? – czyste szaleństwo. Kapusta kiszona? – mleko skwaśnieje. Kluski z makiem – toż to narkotyk! Zupa fasolowa? – dziecko ci eksploduje. Krótko mówiąc, po wyeliminowaniu wszystkich wigilijnych produktów, które mogą zaszkodzić oseskowi, okazało się, że mogę najwyżej porzuć siano spod obrusika.

 

Aż w końcu nadeszła wigilia… Oczywiście nie zostałam z niczym. Dostałam opłatek (ma łagodny smak, więc ok), zupę jarzynową zamiast grzybowej (nie ma toksyn, więc ok) i rybę na parze zamiast smażonej (nie ma smaku, więc ok). Żeby nie było mi smutno, kiedy wszyscy wcinali uszka z grzybami, dostałam pieroga ruskiego (nie smakuje wigilią, więc ok), a zamiast makowca i sernika opłatek (no bo wiadomo, że bez cukru, więc ok). No i jeszcze zamiast mandarynek (wiadomo, że toksyczne i alergizujące) jabłko… pieczone… Więc ok. Sama może zaryzykowałabym degustację kilku świątecznych specjałów, ale rodzinna loża ekspercka uważnie obserwująca zawartość mojego talerza skutecznie powstrzymywała mnie przed taką ekstrawagancją. Oj głupia ja byłam, oj głupia. I tak siedziałam przy tym wigilijnym stole, dłubałam widelcem w ruskim i łyżką wiosłowałam w jarzynowej, i daję słowo, że od rozpłakania się rzewnymi łzami powstrzymało mnie tylko to, że kolacja wigilijna była u teściów, a w związku z tym na stole nie było specjalnej, wigilijnej zupy fasolowej mojej mamy. I pocieszałam się myślą, że za rok, oj za rok, to ja się zatopię w tych wszystkich pysznościach… A potem nadeszła kolejna wigilia i okazało się, że dalej karmię piersią…

 

Od 2013 roku do dziś, a mamy koniec roku 2016, nieprzerwanie karmię piersią drugie już dziecko, dwoje już dzieci. Ale – choć może spodziewacie się jakiegoś osobistego dramatu kulinarno-świątecznego – wigilia odzyskała dla mnie smak dzieciństwa. Bo kiedy poddałam się już zwątpieniu i prawie pogodziłam z myślą kolejnej jarzynowej wigilii, na mojej drodze stanęła ona. Hafija. Najrzetelniejsze, najdokładniejsze, najbardziej aktualne źródło wiedzy na temat karmienia piersią w internecie. To ona powiedziała mi, że z wigilijnego stołu mogę zmieść wszystko, a moje dziecko od tego nie ucierpi. To ona obaliła większość mitów, w które jako młoda, niedoświadczona i zagubiona, chociaż pełna dobrych chęci, mama wierzyłam przez dobre kilka miesięcy. To do jej bloga wracam ja i tysiące kobiet, które chcą podejmować mądre decyzje oparte na naukowej wiedzy, a nie przypadkach sąsiadek i ciotek. I nie, to nie jest tekst reklamowy. To mój prezent dla wszystkich mam karmiących na te święta. W tę wigilię usiądźcie radośnie przy stole, bierzecie i jedzcie z niego wszystko. No może poza siankiem i obrusem 🙂

Reklamy