Koniec starego, a początek nowego roku jest dla wielu okazją do podsumowania (najczęściej krytycznego) swoich poczynań i jednocześnie podejmowania (najczęściej bardzo optymistycznego) postanowień poprawy. Schudnąć, rzucić palenie papierosów/picie alkoholu oraz więcej zarabiać – te trzy życiowe cele od lat nieodmiennie królują we wszystkich zestawieniach postanowień do zrealizowania w nowym roku. Czyli tak naprawdę nigdy.

 

Jeśli liczycie na głęboką analizę psychologiczną tego zjawiska, to bardzo się zawiedziecie. Podstawowa prawda jest bardzo prosta – nie realizujemy naszych noworocznych postanowień, bo po prostu nie chcemy. Bo jesteśmy leniami. Bo łatwo nam jest marzyć i odkładać nasze plany na przyszłość, zamiast po prostu wziąć się w garść i ruszyć tyłek z kanapy. Tak to wygląda w ogólnym zarysie, a jak jest w praktyce?

 

Jeszcze tylko ostatnia łyżka bigosu przed północą, ale od jutra to już biorę się za dietę. Jeszcze ostatni kieliszeczek na pożegnanie starego roku, ale od jutra to już ani kropli. Słowo honoru! Jeszcze tylko ostatni papierosek, bo jak to tak fajerwerki bez dymka oglądać? No do szefa to teraz nie zadzwonię, bo przecież Sylwester, ale już w poniedziałek, najdalej wtorek, upomnę się o podwyżkę. Albo wyślę CV do tej nowej firmy. A potem przychodzi jutro. To może tylko dojem tego ostatniego śledzika, bo się zmarnuje. Na kaca to, wiadomo, klinik najlepszy. No i fajeczka obowiązkowo. A do szefa to już w poniedziałek, najdalej we wtorek… I tak płynie dzień za dniem, tydzień za tygodniem. Już jutro, od jutra, najdalej we wtorek, kręci się karuzela, a kartki z kalendarza lecą jak szalone. I znów Sylwester, patrz, panie, jak ten czas leci. Ale od nowego roku to wszystko się zmieni. Się zmieni.

 

Właśnie to „się zmieni” jest kluczowe w naszym rozumowaniu. Ktoś włożył nam do głowy, że jest jakaś magiczna data, kiedy można, trzeba, należy decydować o zmianach w naszym życiu. Gruntownych oczywiście. Więc porywamy się z motyką na słońce, wymyślamy listę „się zmieni”, a potem czekamy, żeby się zmieniło. Samo. Niby chcemy zmienić swoje życie, ale tak naprawdę chcemy, żeby ono samo się zmieniło. Nasze chcenie jest tylko pozorne, jest jak opowiadanie bajek. Jest nieprawdziwe. Gdybyśmy naprawdę chcieli, to byśmy TO zrobili. Czymkolwiek TO by nie było.

 

Problemem noworocznych postanowień jest też fakt, że są one zbyt ogólnikowe – wymyślenie samego celu to nie sztuka, trzeba też zastanowić się nad ścieżką, która ma do niego doprowadzić. I to realistyczną ścieżką. Metodą małych kroków. Chcesz schudnąć? Nie obiecuj sobie codziennych treningów na siłowni, przejścia na Ty z Chodakowską i diety 1000 kcal, bo polegniesz już na starcie. Może na początek zwlecz tyłek z kanapy i zamiast jechać autobusem część dystansu do pracy przejdź pieszo? Może nie kupuj słodyczy? Może przestań jadać w fastfoodach? Chcesz rzucić palenie? Może poszukaj informacji o środkach, które mogą ci pomóc? Znajdź grupę wsparcia albo nowe hobby, żeby bezczynne siedzenie nie kusiło do sięgnięcia po dymek? Chcesz więcej zarabiać? Sprawdź szansę podwyżki w firmie, w której pracujesz, rozejrzyj się za alternatywną posadą, zdobądź dodatkowe kwalifikacje. Zrób coś! Nie czekaj, aż zrobi się samo. A przede wszystkim nie poddawaj się, jeśli coś się nie uda. Próbuj od nowa, i jeszcze raz, i jeszcze raz. I nie czekaj na nowy rok!

 

Jest taki internetowy mem, który – odpowiednio update`owany – wraca co roku w okolicach Sylwestra: „Moje postanowienia na 2017 rok? Zrealizować cele z 2016 roku, które powinienem osiągnąć już w 2015, bo obiecałem to sobie w 2014, a planowałem w 2013.” Wiadomo, że to tylko mem, ale liczba udostępnień i polubień tego hasła sporo mówi o naszym podejściu do noworocznych postanowień. Nie traktujemy ich serio. Nie trzymamy się ich. Jednorazowe zboczenie z obranej ścieżki najczęściej kończy się kompletną rezygnacją – nie udało się, cóż, hihi, haha, spróbujemy za rok. W ten sposób tracimy kolejne dni, które mogłyby przynieść zmiany, nowe plany, nowe pomysły, nowe możliwości.

 

Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem przeciwniczką noworocznych postanowień w ogóle. Sama przez lata takie postanowienia robiłam (oczywiście ich nie realizowałam…). Jestem tylko przeciwniczką przywiązywania się do tej jednej daty, jakby miała ona jakąś magiczną moc. Masz fajny pomysł w marcu? Bierz się do dzieła. Ostatni papieros 13 czerwca? Ten dzień nadaje się na rozstanie z nałogiem tak samo, jak każdy inny. Są oczywiście ludzie, którzy swoje noworoczne postanowienia realizują (według niektórych sondaży nawet 20% „postanawiających”, choć osobiście wydaje mi się, że jest ich o wiele mniej), ale jestem pewna, że oni swoje życie zmieniliby i tak. Bo tego chcieli. Przełom roku mógł ich może zmobilizować do podjęcia decyzji, że „to już”, ale nawet bez niego w końcu zrobiliby to, o czym marzyli. Zrobiliby, a nie czekaliby aż się zrobi.

 

Nie jestem przeciwniczką noworocznych postanowień, ale jestem przeciwniczką snucia planów odrealnionych, wizji nie popartych konkretnym planem. A przede wszystkim jestem przeciwniczką powszechnego traktowania noworocznych postanowień jako śmiesznego żartu, bo wiadomo, że „i tak się nie zrealizują”. W ten właśnie sposób wpajamy sobie, że zmiana nie jest możliwa. Że i tak się nie uda. Że można tylko ciągle trwać w tym, co jest i co mamy. Że nie dla nas spodnie w rozmiarze S, restauracyjna sala dla niepalących, praca, do której przychodzimy z uśmiechem. A ja wam mówię: gówno prawda! Zmiana jest dla każdego.

Nie czekaj na sylwestrowe fajerwerki. Czas na noworoczne postanowienia jest codziennie.

Reklamy