Zupełnie niedawno na jakimś blogu trafiłam na post, który miał być receptą na wieczny brak czasu w domu. Spodziewałam się złotych rad, może kilku sprawdzonych trików na oszukanie zegara. Okazało się, że tekst był reklamą jakiegoś sprzętu domowego czy też zabawki mającej zająć dzieci, i powiem wam, że dawno już nie byłam tak wkurzona tym, że ktoś w tak perfidny sposób ukradł mi moje pięć cennych minut… W ramach terapii popełniłam więc własny tekst na powyższy temat, który możecie znaleźć TUTAJ. A teraz, nadal bez ściemy, dorzucam kolejnych kilka patentów (może odkrywczych, a może banalnych) na zaoszczędzenie mamoczasu.

1. Multitasking, bejbe!

Kiedy trafiłam do szpitala, żeby w końcu wypakować z ogromnego brzucha moje drugie dziecko, w domu zostawiłam małżonka ze starszą córką. Po moim powrocie przyznał, że przez cały czas „walczył o przetrwanie”, bo z niczym nie nadążał. Jego problem polega na tym, czego zresztą ma świadomość, że nie ma podzielnej uwagi i nie potrafi robić dwóch (czy więcej rzeczy na raz), a każda mama, która zostaje w domu z dziećmi, dobrze wie, że tego właśnie wymaga zapanowanie nad różnymi wątkami domowej rzeczywistości. Badania (choćby te przeprowadzone przez naukowców z Uniwersytetu w Hertfordshire1) wykazały, że kobiety znacznie lepiej niż mężczyźni radzą sobie z wykonywaniem wielu zadań jednocześnie, więc, uśmiechnąwszy się z poczuciem tryumfu, powinnyśmy jak najczęściej korzystać z tego talentu.

Wiele z nas ma tendencję do liniowego planowania zadań – zaczynam A, kończę A, zaczynam B, kończę B, zaczynam C… itd. – ale w codziennym funkcjonowaniu z dziećmi jest to, moim zdaniem, bardzo nieefektywne. Nie zachęcam oczywiście do porzucania rozpoczętych czynności i miotania się między różnymi zadaniami bez rzeczywistego zakończenia żadnego z nich, a raczej do wejścia w system „zazębiających się czynności”. Pewne rzeczy mogą spokojnie toczyć się jednocześnie np. gotowanie obiadu – o ile nie jest to akurat lepienie pierogów 😉 – nie wymaga nieustannej obecności w kuchni, w przerwie między wstawieniem ziemniaków a usmażeniem kotleta możesz wstawić pralkę albo odkurzyć dywan w salonie. W czasie gotowania zupy możesz pozmywać naczynia (lub chociaż część z nich) albo uporządkować szufladę w kuchni. W drodze do łazienki podnieś porzuconą w przedpokoju skarpetkę. Przy myciu zębów, przetrzyj lustro. To wszystko brzmi może banalnie, ale pozwala zaoszczędzić cenne minuty czasu, który zostanie po prostu dla nas.

2. Karmienie piersią to genialny sposób na czas dla… siebie!

Że karmienie piersią jest najlepsze dla dziecka, nie muszę chyba nikogo przekonywać, bo naukowcy zrobili to już za mnie. Ale że jest najlepsze także dla mamy, to już nie dla każdego jest takie oczywiste. Poza korzyściami natury zdrowotnej (np. mniejsze ryzyko zachorowania na raka jajnika2) czy czystą wygodą (komu by się chciało w nocy mieszać te proszki?), jest jeszcze kwestia czasu. Czasu dla dziecka i czasu dla mamy. Noworodek i niemowlę często spędzają przy piersi mamy długie godziny, częściowo z głodu, częściowo z potrzeby bliskości. Na wczesnym etapie życia większość dzieci w czasie karmienia zupełnie nie interesuje się otaczającym światem – dla nich ważne jest mleczko i ciepełko, a to, co się dzieje dookoła, jest tylko jakimś dalekim szmerem w tle. Skorzystaj z tego! Jasne, możesz się cieszyć bliskością maluszka i patrzeć na niego w zachwycie, do czego zresztą gorąco namawiam, ale jednak częstotliwość i długość karmień zachęca też do innych aktywności. Weź książkę, ebooka, kurs językowy audio, włącz telewizor, albo po prostu się zdrzemnij. Nie traktuj karmienia jako tylko jednego z obowiązków do odhaczenia na liście „to do”, potraktuj je także jako czas dla siebie. Moja koleżanka, karmiąc swojego maluszka, robiła na drutach. Inna robiła szkice artykułów, a jeszcze inna administrowała grupę na FB. Ja sama, karmiąc pierwsze dziecko, robiłam jednocześnie prezentacje do pracy. Jeśli tylko twoje dziecko nie należy do tych wybitnie niespokojnych przy piersi, to naprawdę możesz to wykorzystać.

(Sprawa komplikuje się, kiedy masz dwoje lub więcej małych dzieci, bo wtedy karmienie może stać się większym wyzwaniem. Do tego tematu jeszcze kiedyś wrócę.)

3. Obowiązki domowe w wersji basic

Niektóre mamy stawiają sobie za punkt honoru bycie perfekcyjnymi paniami domu – lśniące podłogi, świeży obrus, dwudaniowy obiad z deserem, wyprasowane majtki itd. Zaprawdę powiadam wam, może i fajnie jest mieszkać w czystym i pachnącym domu, w którym rękawiczka Małgosi Rozenek pozostałaby nieskalana, ale jeszcze fajniej jest wypić ciepłą herbatkę albo poleżeć w wannie choćby przez kwadrans. Nie namawiam tutaj do życia w syfie czy przerzucenia się na jednorazowe naczynia J Wiadomo, pewne czynności porządkowe są niezbędne – przy raczkującym dziecku nie możesz sobie pozwolić na brudny dywan, ubranka noworodka trzeba prać i prasować choćby na początku, a pizza na telefon nie jest pełnowartościowym posiłkiem dla dzieci. Ale czy naprawdę trzeba tak się spinać? Może codzienne szorowanie wanny wcale nie jest konieczne? Może t-shirt do latania po domu nie musi być wyprasowany? I czy na pewno musisz myć okna raz na miesiąc?

Przyznaję się bez bicia – po urodzeniu pierwszego dziecka dostałam higienicznej szajby – co dwa dni ścierałam kurze, codziennie odkurzałam, wyparzałam wanienkę i prasowałam nawet te malutkie skarpetulki, które w życiu romana nie zetknęły się ze skórą bobasa. I oczywiście wszystko to zostawiałam do zrobienia na wieczór, kiedy mała poszła już spać. W efekcie nie miałam czasu dla siebie, a po zakończeniu nocnej zmiany na szczocie padałam na twarz. Na szczęście z czasem mi przeszło i zaczęłam bardziej racjonalnie patrzeć na kwestię domowych obowiązków. Przy drugim dziecku moje życie wygląda zupełnie inaczej. Wdrożyłam pewne ułatwienia, które pozwalają mi bardziej bezkolizyjnie łączyć panowanie nad domowym ogniskiem z pielęgnowaniem własnego ja 😉

– zmywam na bieżąco choćby po dwa talerze,

– odkurzam z pomocą dzieci,

– brudzące się z prędkością światła ubranka Młodszej gromadzę w misce (jednocześnie namaczając)przez dwa dni i dopiero potem wrzucam do pralki

– żadnego prania ręcznego

– żadnego prasowania, od kiedy młodsza skończyła pół roku (no chyba że jakaś wielka gala…)

– najważniejsze !– gotowanie w wersji uproszczonej.

Zacznę od jednego – uwielbiam gotować! Ale gotowanie z dwójką uwieszonych u nogi maluchów nie jest już ani tak łatwe, ani tak przyjemne. Dlatego czas na rozwijanie kulinarnych skrzydeł daję sobie w weekend, kiedy małżonek może ogarnąć dzieci. W tygodniu idę na łatwiznę, co przejawia się w dwóch sprawdzonych metodach. Po pierwsze primo, zupę na dzień następny gotuję wieczorem. Wiem, wiem, mieliśmy nie odkładać nic na wieczór, ale zasady są po to, żeby je łamać. Moje dzieciaki są wyjątkowo marudne rano, więc wolę sobie oszczędzić porannego stresu i miotania się w kuchni. Wolę na spokojnie usiąść z nimi na dywanie, rozgonić poranne fochy, powygłupiać się, a w odpowiednim czasie wyjąć zupkę z lodówki i voila… Po drugie primo (jak mawia mój brat) – jeden obiad na dwa dni w zupełności wystarczy. Przetestowałam to na swoich dzieciach – ugotowanie sosu i podanie go jednego dnia z makaronem a drugiego z kaszą nie stanowi dla nikogo żadnego problemu, kotlety mielone czy pulpety bezproblemowo odgrzewają się nazajutrz i smakują jak funfel nówki nieśmigane 🙂 Wiadomo, pewne dania smakują dobrze tylko na świeżo, ale takie możesz zaplanować na luźniejsze dni. Na te trudniejsze logistycznie zafunduj sobie odgrzewanego kotleta – jeśli jednego dnia podasz go z burakami, a innego podrasujesz wypasioną surówką z pani marchewki, to dzieciaki nawet się nie zorientują.

4. Ludzie listy piszą

Może i za młodu byłyście zwolenniczkami spontanu i wielkiej improwizacji, ale w mamożyciu przyjdzie wam zweryfikować swoje poglądy. Jeśli masz do ogarnięcia dom z całą jego złożonością i do tego jedno, dwoje, troje albo i więcej dzieci, to zrób sobie przysługę i zacznij planować. Serio, to naprawdę pomaga! Czasy, kiedy twoja lista zakupów ograniczała się do energetyka, chleba i prezerwatyw, minęły bezpowrotnie. Teraz wyskoczenie tylko po śmietanę jest całą wyprawą, obejmującą – zwłaszcza w zimie – dziesiątki sztuk odzieży w różnych rozmiarach (i pamiętaj – dziecko zawsze chce kupę, gdy już ma na sobie kombinezon…), taszczenie wózka lub dziecka w nosidle, sklepowe negocjacje w zakresie zakupu lizaków i innego badziewia, postój przy kamyczku, kałuży, ślimaczku, piesku, awanturę o to, kto powinien nacisnąć guzik w windzie… Czy Ty rzeczywiście potrzebujesz tej śmietany? 🙂

A przecież nie musi tak być. Cudownym remedium na te wszystkie sytuacje są listy. Robię je namiętnie i Ciebie też do tego zachęcam. Nie tylko dlatego, że to zabawne hobby (hehe…), ale po prostu dlatego, że to działa – listy zakupów, listy obiadów (jadłospis np. na tydzień), listy rzeczy do zrobienia w danym dniu/tygodniu/miesiącu. Możesz tu dodać, co tylko sobie życzysz. Ważne, żeby spełniało swoje zadanie. Ot, choćby lista zakupowa. U mnie leży ona w kuchni i na bieżąco jest uzupełniania o składniki, które się kończą, albo będą potrzebne w najbliższym czasie. Potem trafia w ręce Małżonka, a on już wie, co dalej z tym zrobić. Na listę rzeczy do zrobienia wpisuję wszystko, co powinnam ogarnąć, ale wypada mi z głowy, jak choćby ten guzik, którego brak odkrywam za każdym razem, kiedy założę już dziecku sweterek na spacer… To daje poczucie kontroli (może złudne…) nad chaosem, z którym mierzymy się na co dzień. No i ta satysfakcja, kiedy możesz wykreślić kolejne punkty z listy… 😉

Dobrym pomysłem jest też duży kalendarz ścienny, w którym możecie na bieżąco zaznaczać ważne wydarzenia – wizyty u lekarza, rodzinne imprezy, mecz piłki nożnej córki, przedstawienie w przedszkolu, spotkania ze znajomymi, kosmetyczkę, fryzjera, tipsy, wizyty w SPA i podobne atrakcje codziennego matczynego życia. A tak serio – jeśli będziecie regularnie wpisywać takie rzeczy we wspólny kalendarz, to organizacja codziennego życia okaże się znacznie łatwiejsza. Jasne, rozmawiacie ze sobą i uzgadniacie wspólne plany, ale daty, godziny, szczegóły często gdzieś tam umykają. To naturalne. Po co ryzykować rozmowy pod hasłem „przecież ci mówiłem/mówiłam?”, „nigdy mnie nie słuchasz”, kiedy okaże się nagle, że na ten sam wieczór on umówił się z kumplami na piwo, a ty z koleżankami na kino? Kalendarz pozwoli wam uniknąć takich nieporozumień. A przy okazji możesz tam zaznaczyć waszą rocznicę ślubu lub inną istotną datę, jeśli twój małżonek ma pamięć dobrą, ale krótką.

Aha – jedna uwaga – ten kalendarz ma sens tylko wtedy, kiedy oboje do niego zaglądacie 🙂

A kiedy dzieciaki podrosną, one też mogą dołączyć do rodzinnego kalendarza.

5. … ale czasem warto zaszaleć 🙂

Z tym planowaniem to było zupełnie serio, ale wszyscy dobrze wiemy, że w życiu rodzica nie da się wszystkiego zaplanować. Co więcej, kiedy wydaje ci się, że wszystko masz ogarnięte i działające jak w zegarku, dzieje się zwykle coś takiego, że perfekcyjnie wzniesiona budowla wali się jak domek z kart. Gorączka u dziecka w przeddzień wyjazdu na wymarzone wakacje? Soczek wylany na galową suknię tuż przed wyjściem na przyjęcie weselne? Nocne pobudki co 15 minut u malucha, który zwykle jak aniołek przesypia całe noce, właśnie wtedy, gdy musisz dokończyć ważny projekt do pracy? Taaa… Wszyscy to znamy. Czy więc zrezygnować z planowania i organizacji? Na pewno nie. Co więc zrobić, kiedy nasze plany się walą? Nic. Rozluźnij pośladki i zaakceptuj to.

Poznaj swoją rodzinę i jej przyzwyczajenia, bo to pozwoli ci łatwiej zorganizować wasze życie i łatwiej reagować na sytuacje odbiegające od normy. Bądź elastyczny – daj dzieciom i sobie prawo do złego dnia, gorszego humoru czy w końcu odrobiny szaleństwa. Może i planowałaś na dziś ręcznie robioną lasagnę i sałatkę z jarmużu, ale zepsuty piekarnik i rozwinięty zmysł smaku mogą cię zmusić do zmiany planów. Może i chciałaś właśnie dziś pójść z dziećmi do zoo, ale szalejąca za oknem wichura wydaje się szyderczo z ciebie śmiać. Może i mąż miał dziś wrócić wcześniej z pracy i dać ci godzinę beztroskiego leżenia w wannie, ale właśnie stoi w korku z powodu zimy stulecia. Co z tego? Znajdź alternatywę – naleśniki albo pizza na dowóz (od czasu do czasu) jeszcze nikogo nie zabiły, zwierzaki możecie ulepić z plasteliny, a wanna… cóż… nie wiem, czy zmieścicie się w niej z dzieciakami 🙂 Krótko mówiąc – zamiast użalać się na niedziałającym planem, poszukaj alternatyw.

Ufff.. I to by było na tyle, jeśli chodzi o ułatwiacze mamożycia. Podstawowa zasada pozostaje niezmienna – co masz zrobić, gdy dzieci śpią, zrób wtedy, kiedy nie śpią. Dzięki temu w czasie ich spania będziesz miała czas dla siebie. Podzieliłam się z wami kilkoma rozwiązaniami, które stosuję na co dzień i u mnie się sprawdzają. Został jeszcze jeden ważny trik, ale jest on na tyle istotny, że wymaga osobnego wpisu. To już wkrótce. A tymczasem może wy podzielicie się swoimi patentami na wykradnięcie dla siebie odrobiny mamoczasu?

Żródła:

  1. http://www.telegraph.co.uk/news/science/science-news/7896385/Scientists-prove-that-women-are-better-at-multitasking-than-men.html
  2. http://www.hafija.pl/2015/12/to-nie-boli-profilaktyka-raka-jajnika-a-karmienie-piersia.html
Reklamy