Jakiś czas temu w internecie zaroiło się od wspomnieniowych notek na temat pierwszych siedmiu prac, jakie wykonywaliśmy w życiu. Fajnie dowiedzieć się, od czego zaczynali swoją zawodową ścieżkę znani i mniej znani blogerzy, których darzymy sympatią (super – serwował drinki w barze na Bahama) lub nie (a dobrze mu tak, że sprzedawał kadzidełka w Ciechocinku:-) Ale cała ta seria personalnych wynurzeń ciekawa jest jeszcze z innego powodu – jest swego rodzaju znakiem czasu. Znaczna część ludzi z pokolenia naszych dziadków czy rodziców miałaby pewnie problem z wymienieniem swoich pierwszych siedmiu prac i to wcale nie z powodu lenistwa czy problemów z pamięcią. Wielu z nich po prostu nigdy aż siedmiu prac nie miało.

Jeszcze całkiem niedawno normalne i powszechne było długotrwałe wykonywanie tej samej pracy, przywiązanie do zajmowanego stanowiska (czasem z możliwością awansu ale jednak nadal w obrębie tej samej firmy czy dziedziny). To dawało poczucie bezpieczeństwa, stabilizacji, zawodowej pewności siebie. Niektórzy twierdzą, że reliktem tamtego systemu zostały panie z uniwersyteckich dziekanatów i – w oparciu o moje studenckie doświadczenia – jestem w stanie się z tym zgodzić. Każdy z nas miał chyba swoją panią Krysię zasiedziałą przez lata przy tym samym biureczku, od której dobrej woli zależało wygrzebanie upragnionego indeksu i ulokowanie go na szczycie spraw do załatwienia. Tuż po wypiciu kawy i podlaniu dziekanatowej paprotki oczywiście. Ale my tu gadu gadu, a temat był zupełnie inny. Częsta zmiana pracy, elastyczność w podejściu do zatrudnienia, gotowość do przeprowadzek, a często i do przekwalifikowywania się to już domena naszych czasów. Coraz częściej i chętniej szukamy nowych wyzwań, coraz rzadziej wiążemy się z jednym przedsiębiorstwem na długie lata, coraz częściej wreszcie – z różnych powodów – decydujemy się na różne formy samozatrudnienia. Dlaczego? Czy wymusza to na nas zmieniający się rynek pracy? Większa konkurencja? A może to nasza mentalność jest zupełnie inna: może ta potrzeba ciągłej zmiany bierze się nie z zewnętrznych okoliczności ale z naszego coraz bardziej niespokojnego i spragnionego nowych wrażeń ducha?

Patrząc na własną „zawodową” ścieżkę, muszę przyznać, że ta te dwie motywacje, zewnętrzna i wewnętrzna, zawsze się ze sobą łączyły. To, że nie mogłam znaleźć wymarzonej pracy tam, gdzie akurat byłam, nigdy nie było dla mnie przeszkodą ani powodem do smutku. Raczej bodźcem do spoglądania gdzieś dalej, szukania w nowych miejscach. I cieszę się z tego, bo dzięki temu odkryłam po drodze kilka nowych światów i spotkałam całe grono niesamowitych ludzi. Oto więc moje #siedem pierwszych prac. (uwzględniam tylko te, w których zarobiłam jakieś pieniądze, bez akcji wolontariackich, praktyk itd.)

1. Sprzedaż pieczarek

Wczesna podstawówka, druga, może trzecia klasa. Czasy PRL. Rodzice zajmowali się wtedy uprawą pieczarek, których nadmiar nieodebrany przez kontrahentów sprzedawaliśmy na lokalnym targowisku. Plastikowy stolik turystyczny, jakaś stara waga szalkowa, ceramiczne odważniki, metalowa skrzyneczka na pieniądze. Nasz biznes prowadziliśmy razem z moim młodszym bratem, gdzieś z odległości czuwało nad nami czujne oko taty czy mamy. Z matematyką mieliśmy trochę trudności, bo do dziś pamiętam, jak pewna pani tłumaczyła nam, że 15 deko nie może kosztować tylko samo co pół kilograma 🙂 Interes kręcił się znakomicie, zwłaszcza kiedy dołączył do nas o rok starszy kuzyn, który wpadł na doskonały pomysł – do zakupów zachęcaliśmy wyśpiewywaniem rymowanych piosenek i sloganów z pieczarką w tle. To był strzał w dziesiątkę. Kokosów wprawdzie nie zrobiliśmy, ale bawiliśmy się doskonale.

2. Nauczanie polskiego jako obcego

Drugi rok studiów na polonistyce. Miły Francuz o kosmicznym imieniu niemożliwym do wymówienia prosi mnie o lekcje języka polskiego. Dla początkującej studentki to była niezła okazja. Niestety już po kilku tygodniach okazało się, że kolega bardziej był zainteresowany zacieśnianiem więzi francusko-polskich niż poznawaniem języka polskiego. Wiele nie zarobiłam, asertywności nie poćwiczyłam, ale za to opracowałam jakieś 34 sposoby ustawiania krzesła tak, żeby nie mógł przysunąć się zbyt blisko.

3. Opieka nad dziećmi

Trzeci rok studiów. Francja, Tuluza. Wysłuchawszy na zajęciach z poetyki zwierzeń przemiłej pani Doktor, która przyznała się do budzenia swojego Bogu ducha winnego małżonka w środku nocy, żeby podzielić się swoimi przemyśleniami teoretycznoliterackimi (I ja mu mówię:”Krzysiu, ja już wiem, co Ingarden miał na myśli!”, a on do mnie, proszę Państwa, mówi: „Idź spać, kobieto!”) oraz pewnego zdecydowanie nie przemiłego pana Doktora, który swą najpiękniejszą w życiu noc spędził zamknięty przypadkowo w Bibliotece Jagiellońskiej (W dziale manuskryptów, proszę Państwa, w dziale manuskryptów!!!), uznałam, że albo trzeba rzucać ten bajzel, albo od niego odpocząć. I tak wyjechałam na Erasmusa. A że polski student na stypendium zagranicznym raczej poszaleć nie ma za co, to na ekstra wydatki trzeba było ekstra zapracować. Dzieciaki były spokojne, rodzice przeciętnie normalni, praca w sumie niewymagająca. Jak słucham opowieści moich koleżanek, które trafiły na małe potwory, to przybijam sobie wirtualną piątkę i mówię: „jak zawsze miałaś fuksa, koleżanko!”.

4. Opiekun włoskiej grupy

Początek drugiego roku italianistyki. Luty. Akcja Treno della Memoria (Pociąg Pamięci) – do Krakowa przyjeżdża pociąg pełny Włochów z Turynu i okolic. Dwadzieścia grup, dwadzieścia autokarów pełnych nastoletnich turystów, co to „no english, no polish”. Do tej pory widzę ich wysiadających z pociągu w narciarskich spodniach i puchowych kurtkach, bo w końcu w Polsce zima. A na stacji Kraków-Płaszów 5 stopni na plusie:-) Oprócz standardowych tłumaczeń okolicznościowych i pomocy logistycznej zaliczyliśmy kilka sytuacji awaryjnych, włącznie z autokarem porzucającym nas na obrzeżach miasta, niepełnosprytną siedemnastolatką spadającą z piętrowego łóżka i wymagającą szycia głowy oraz zagubionym w czasie i przestrzeni chłopaczkiem odnalezionym bladym świtem na ławce pod Wawelem. Koniec końców okazało się, że to jednak oni mieli rację – w czasie zwiedzania Auschwitz-Birkenau był taki mróz, że w czasie tłumaczenia dzwoniłam zębami do mikrofonu 🙂 Nawiasem mówiąc, to właśnie tamta praca sprawiła, że zapragnęłam być pilotem wycieczek.

5. Pilot wycieczek

Trzeci rok italianistki. Moja pierwsza samodzielna wycieczka. Słoneczna Toskania. Każdy dzień tego wyjazdu mam do tej pory wyraźnie w głowie. Szefowa biura, turyści, kierowcy. Pogoń za promem i krążenie na promie, zagubione dziecko, polowanie na duchy, grupowy mecz piłki nożnej i warsztaty malarskie. A nade wszystko poczucie, że mogę pokazać im wszystkim i odkrywać razem z nimi kawałek mojej ukochanej Italii. Satysfakcja i radość. I kop adrenaliny pozwalający funkcjonować mimo ograniczonej ilości snu i dużej, naprawdę dużej dawki stresu. Zabrzmi to może banalnie, ale to naprawdę był początek wielkiej przygody.

6. Lektor włoskiego w szkole językowej

Otóż uczyć, moi drodzy, to ja bardzo lubię. Fajnie jest być najmądrzejszą (przynajmniej pod jednym względem 😉 osobą w sali. Uczniowie trafiali mi się różni, ale – jak na to patrzę dzisiaj – charakterystyczne dla moich grup było to, że były maksymalnie nierówne. Nie, że wszyscy początkujący, wszyscy średniozaawansowani czy same profesory. W moich grupach zawsze była Ania, co to „troszkę liznęła języka” (jak się potem okazuje, uczyła się sama od 4 lat), Kasia, co „trochę mówi, ale słabo pisze” (bo przez rok pracowała we włoskim hotelu) i Krzysio, co to ani be, ani me. Rozdzielić ich się nie da, bo brak pasujących czasowo grup na adekwatnych poziomach, a zresztą oni sami rozstać się nie chcą i nie mogą. Prowadzenie takiego zespołu to ekwilibrystyka intelektualna na najwyższym poziomie. Ale z dumą mogę powiedzieć, że jednak efekty rocznej pracy było widać.

I do dziś z łezką w oku wspominam pomoc Krzysia, który pomagał mi wdrapać się z zagipsowaną nogą na drugie piętro bez windy. Widowisko kabaretowe pierwsza klasa. Brakowało tylko popcornu dla widowni.

7. Tłumacz

Kochałam tę robotę. I dalej ją kocham. Czy to tłumaczenie pisemne, czy ustne, czy to robocze emaile, czy symultanka w kabinie. Każda forma tłumaczenie jest OK. Pierwsze razy pamiętam do dziś – pierwsza książka, broszurka raczej, o życiu włoskiego zakonnika, stoi do dziś na mojej półce. Pierwsze konsekutywne – warsztaty teatralne i – zupełnie znienacka – przemówienie włoskiego księdza w kościele w Skawinie. Pierwszy tłumaczeniowy wyjazd – warsztaty dla mechaników podnośników koszowych (serio, serio…). Pierwsza symultanka – konferencja on-line z Brukseli na temat jakichś europejskich funduszy (byłam w takim stresie, że nie zauważyłam, jak zmienili się mówcy i po zakończeniu wystąpienia Włocha, tłumaczyłam dalej jakiegoś Anglika). Tych pierwszych razów było zresztą więcej, bo każde tłumaczenie ma swoją specyfikę i każde jest na swój sposób pierwsze. Dlatego jest takie ekscytujące 🙂

I tak to mniej więcej wyglądało. Bez wdawania się w szczegóły, bez skupiania na detalach – po co, na co, dla kogo i gdzie. Zmieniałam miejsca, zmieniałam szefów, zmieniałam branże i stanowiska, ale jedno było zawsze niezmienne – w każdej z tych prac dobrze się bawiłam, każda była ciekawym doświadczeniem, każda nauczyła mnie czegoś nowego. To one doprowadziły mnie do miejsca, w którym jestem dzisiaj. Więc tak, było warto męczyć się nawet z tym kosmicznym Francuzem.

PS. Właśnie uświadomiłam sobie jedno – tak naprawdę moja pierwsza, pierwsza praca była inna. Czasy przedszkolne. Wujek organizuje jakieś wiejskie imprezy pod chmurką. Proponuje naszej podwórkowej bandzie (a było nas sporo, mniej lub bardziej spokrewnionych) pomoc w pozbieraniu śmieci i papierków w zamian za nagrodę. Podekscytowani bierzemy się do dzieła. Na koniec okazuje się, że nagrodą jest… buziak. Tak, to chyba wtedy zrozumiałam, dlaczego dorośli czasem po prostu muszą powiedzieć „kurwa!!!”.

Reklamy