Zanim zostałam pełnoetatową mamą, byłam między innymi pilotem wycieczek. Kiedy skończyłam kurs, zdałam egzamin i odebrałam swoją legitymację, byłam przekonana, że mam przed sobą świetlaną przyszłość. Dalekie, egzotyczne wyjazdy, praca połączona z odpoczynkiem, mnóstwo ciekawych ludzi na mojej drodze – tak mniej więcej jawiła mi się moja kariera. Wydawało mi się, że to praca bez wad. I miałam rację – wydawało mi się.

Kiedy pochwalisz się znajomym, że pracujesz jako pilot wycieczek, reakcja jest zazwyczaj jedna – „Super! Genialnie! Jeździsz sobie na wakacje i jeszcze ci za to płacą! Zazdroszczę Ci!”. W całej swojej pilockiej historii nie spotkałam się z reakcją w stylu „to musi być trudna robota”. No chyba że trafiałam na innego pilota. Nie zrozumcie mnie źle – praca pilota wycieczek (podobnie jak każda inna) ma swoje plusy i minusy. Jest bardzo ciekawa i ma ogromną ilość zalet, ale – w co trudno uwierzyć osobom „zewnętrznym” – jest też niezmiernie trudna i często wycieńczająca psychicznie i fizycznie. Z wielu powodów. Jednym z nich są turyści.

Wystarczy chwilę pobawić się w pilotowanie wycieczek, żeby odkryć, że obok setek sympatycznych, przemiłych, ciekawych ludzi musi, po prostu musi pojawić się ktoś, kto za cel obierze sobie utrudnienie życia tobie i całej grupie. Z różnych powodów i na różne sposoby. Oto moja galeria turystycznych osobliwości. Zbieżność imion przypadkowa. Jeśli rozpoznasz się w którymś z typów turystów, możesz się obrazić. Albo wziąć się za siebie 🙂

1. Pani „wszyscy zginiemy” Asia

Jeszcze dobrze nie wyruszyliście, a ona już zrelacjonowała ci wszystkie zagrożenia, jakie wiążą się z pobytem w miejscu docelowym. Jest doskonale przygotowana do wyjazdu – wprawdzie nie zabrała dobrego humoru i wakacyjnego luzu, ale za to w małym paluszku ma wszelkie istotne informacje – od statystyk dotyczących przestępczości po zachorowania na choroby zakaźne. Zabrała oczywiście maseczki ochronne, pięciokilogramową apteczkę i instrukcję postępowania w przypadku spotkania z niedźwiedziem grizzly. Na wszelki wypadek. Nawet jeśli jedziecie do Nowego Jorku.

W samolocie czujnie nasłuchuje, czy nie krztusi się silnik, a pilotowi najchętniej kazałaby dmuchnąć w alkomat przed startem. Jeśli wpadniecie w turbulencje, ona pierwsza wyciągnie różaniec. W restauracji będzie lustrować każde serwowane danie, przyjrzy się dokładnie oponom autokaru, a w torebce będzie nosić gaz pieprzowy. Przed rejsem po zatoce Ha Long zacznie spazmować, że nie wsiądzie na „podejrzaną” łódź, bo nie jest ona wyposażona w wihajster. Jeśli masz szczęście, grupa ją wyśmieje. Jeśli masz pecha, wszyscy zaczną domagać się zamontowania wihajstra.

Generalna zasada jest taka, że dopóki wszystko będzie szło dobrze, pani Asia będzie wywoływać najwyżej kpiące uśmiechy, ale jeśli w realizacji programu napotkacie problemy, może szybko zarazić innych swoją szajbą, a nawet wywołać bunt w grupie. Wystarczy, że zasieje ziarno niepokoju w głowach kilku turystów, a może ono szybko wykiełkować w bujną roślinę paranoi. Jeśli nie spacyfikujesz jej na początku, napytasz sobie biedy.

2.Pani „ja miałam lepiej” Krysia

Pani Krysia była już wszędzie i wszystko widziała. Jeśli masz szczęście, to może poza miejscem, w które akurat jedziecie. Zresztą to i tak nie ma znaczenia, bo ona i tak miała zawsze najlepiej. Oczywiście z kimś innym niż twoje biuro. Pani Krysia skutecznie psuje zabawę innym. Jak bańkę mydlaną przekłuje wspaniały nastrój grupy delektującej się zachodem słońca nad Ayers Rock (No ładnie, ładnie. Ale w zeszłym roku to nam tu jeszcze kangury skakały). Jeśli w San Francisco mgła zasłoni wam chociaż część mostu Golden Gate, ona wyciągnie komórkę, żeby pokazać wszystkim idealną fotkę z podróży swojej koleżanki. Grillowany łosoś na Alasce będzie w tym roku jakoś mniej świeży, a program tamtej innej wycieczki znacznie bardziej przemyślany (nawet jeśli zawierał o połowę atrakcji mniej). Jeśli zamieszkacie w hotelu o niższym standardzie, pani Krysia zacznie wzdychać do basenu, który był oczywiście w tamtym innym hotelu. Jeśli zastrzelisz ją wypasionym luksusowym resortem, wspomni ze łzami w oczach nastrojowy hotelik w okolicy.

Jeśli masz szczęście, grupa będzie sobie z niej robić żarty i w końcu wypchnie ją na margines towarzyski. Jeśli masz pecha, wszyscy wezmą od niej namiary na tamto inne biuro. Choćbyś stanął na rzęsach, baby nie zadowolisz. Żeby nie zaraziła grupy swoim narzekaniem, najlepiej nie dopuszczaj jej do głos

3. Pan „bez krakowskiej nie ma życia” Andrzej

Choćbyś na wszystkich przedwyjazdowych spotkaniach zaznaczał i powtarzał, że nie wolno przewozić jedzenia w bagażu, on i tak uzna, że jego te ograniczenia nie dotyczą. Czy jedziecie na objazdówkę do USA czy na all inclusive rejs do Australii, on na pewno ma ukrytą w walizce żelazną rezerwę kiełbasy krakowskiej. I polską wódkę oczywiście. Żeby było zabawniej, także na dnie walizki ma spakowany – dla bezpieczeństwa oczywiście – paszport. Który będzie musiał wygrzebać na lotnisku, tuż pod okiem ochrony lub celnika. Próby zarekwirowania prowiantu potraktuje jak zamach na swoją godność osobistą i bez walki nie odda ani jednego pęta. Tylko odlatujący za niecałą godzinę samolot skłonić go może do rezygnacji ze zjedzenia 2 kilogramów kiełbasy na miejscu, żeby „się nie zmarnowała”.

Jeśli masz szczęście tylko najesz się za niego wstydu, jeśli masz pecha, będziesz musiał wyciszyć wielką aferę kiełbasianą na lotnisku. Żeby go ułagodzić już na samym początku, razem z nim ponarzekaj na niewdzięczników niedoceniających walorów polski wędlin. To może być początek pięknej przyjaźni.

4. Pani „niech oni się nauczą po polsku” Barbara

Pani Barbara nie mówi w żadnym innym języku niż polski. Nie z powodu braków w wykształceniu, ale z wyboru. Wprawdzie ma świadomość, że ludzie „zagramanicom” mówią na co dzień w innych językach, ale w głowie jej się nie mieści, że ktoś mógł się nie nauczyć polskiego specjalnie dla niej. Z uporem maniaka będzie mówić po polsku do tajskiego kelnera, który spróbuje się z nią dogadać po angielsku, niemiecku, francusku i tajsku, a na koniec machnie ręką i spojrzy na ciebie błagalnym wzrokiem. Jeśli zaproponujesz pomoc, pani Barbara uzna ją za zbędną i dalej będzie mówić po polsku, tym razem jednak głośno, wyraźnie i powoli, gdyż – jak powszechnie wiadomo – mówienie powoli otwiera połączenia między neuronami, które sprawiają, że każdy człowiek na świecie zaczyna płynnie mówić w naszym ojczystym języku.

Jeśli masz szczęście, pani Barbara obrażona zamilknie i będzie się komunikować na migi. Jeśli masz pecha, będzie mówić coraz wolniej i coraz głośniej. Na wszelki wypadek kup stopery. Najlepiej dla całej grupy.

5. Pani „jeszcze tylko jedna fotka” Bożenka

Już od momentu jej wejście do autokaru wszyscy wiedzą, że to ona będzie dyżurnym fotografem tej imprezy. Wypasioną lustrzanką powieszoną na szyi uwieczni wszystko – od waszych walizek, przez posiłki, spotkanych po drodze ludzi, zabytki, samochody, tablice rejestracyjne, zwierzątka, domki, śmietniki, witryny sklepowe, parkowe ławki, śmieci. Dosłownie wszystko. Oczywiście w ustawieniu „auto”. Szczególną potrzebę zrobienia zdjęcia zgłosi zawsze w momencie, gdy grupa po zbiórce będzie ruszać w dalszą drogę. Nie zawaha się przed przepędzeniem każdego, kto wejdzie w jej wymarzony kadr, a jednocześnie uwieczni na swoich fotkach także tych, którzy zupełnie sobie tego nie życzą. Zdjęć oczywiście nie sortuje, bo wszystkie to prawdziwe perełeczki. Przekonanie o walorach artystycznych własnych dzieł łączy z absolutnym brakiem taktu, który pozwala jej zrobić zdjęcie monstrualnie otyłej nieznajomej prosto w twarz i oczywiście z fleszem (true story…). Nieustannie musisz jej pilnować, bo zaaferowana fotografowaniem gubi się w tłumie i zderza z słupami.

Jeśli masz szczęście, będzie ci tylko opowiadać o genialnych fotkach, które właśnie zrobiła. Jeśli masz pecha, będzie chciała ci je wszystkie pokazać. Najlepiej już na początku powiedz, że jesteś daltonistą.

6. Pan „a może byśmy usiedli” Ryszard

Wybrał się na wymagającą, intensywną objazdówkę, ale chyba tylko on sam wie, co go do tego skłoniło. Może nie chciał być gorszy od sąsiada? Choćbyście mieli w programie Niagarę, kanion Kolorado czy zaginione miasta Inków, dla niego główną atrakcją turystyczną będzie ławeczka. Najlepiej, panie, w cieniu gdzieś. Pół biedy, jeśli nieborak po prostu się przeliczył, i jego potrzeba usadzenia pośladków wynika z braku sił – w takiej sytuacji często możesz tak zaplanować zwiedzanie, żeby zobaczył maksymalnie dużo, jednocześnie się nie wykańczając. Gorzej jeśli Rysiek jest po prostu wygodnicki. Będzie jojczył, że nogi go bolą i ciągle trzeba gdzieś łazić, że porządne biuro załatwiłoby riksze (a lepiej jeszcze lektyki), że wszystko za wysoko, za daleko, za stromo. I oczywiście za gorąco albo za zimno. A w ogóle, to może byśmy w końcu usiedli.

Jeśli masz szczęście, z entuzjazmem zareaguje na propozycję pozostania w autokarze. Jeśli masz pecha, pójdzie z wami i swoim marudzeniem zacznie irytować resztę grupy, która albo go spacyfikuje, albo… też zacznie marudzić.

Najlepiej na początku zachwyć się jego tężyzną fizyczną i energią, może wtedy głupio mu będzie marudzić. Albo kup składane krzesełko turystyczne specjalnie dla Ryśka.

7.Pan „a co tu tak drogo” Roman

Zapłacił za wycieczkę miliony złotych monet i nie zamierza dołożyć do niej ani grosza. Bynajmniej nie dlatego, że go na to nie stać. W alpejskim schronisku, gdzie zapasy dowozi się na saniach, oburzy go 4 euro za kawę. W luksusowym hotelu zapakuje do walizki mydło, szampon i napoczętą rolkę papieru toaletowego, bo przecież za nie zapłacił. Wziąłby też telewizor, ale nie mieści mu się do walizki. W eleganckiej restauracji zje ostrygi i homara za 80 dolców, ale pożałuje 3 dolarów napiwku dla kelnera, który skakał wokół niego przez cały wieczór. Gdy w czasie przelotu uszkodzą mu walizkę, natychmiast załatwi sobie nową w ramach odszkodowania. Jeśli nie zażądają od niego pokwitowania, zaraz po powrocie złoży reklamację jeszcze raz, żeby dostać drugą.

Generalnie Roman jest szczwanym lisem. Ma kupę kasy, ale dopilnuje, żeby maksymalnie skorzystać z tego, za co zapłacił. Choćby na basen hotelowy musiał się wybrać o 4 rano, żeby zdążyć przed wylotem. To on będzie pilnował, żebyś program zrealizował do ostatniej kropeczki i napisze reklamacje, jeśli na jego talerzu znalazły się cztery, a nie pięć krewetek jak w ofercie. Jeśli coś jest fakultatywne, Roman z tego nie skorzysta, choćby to była jedyna taka okazja w życiu. Jeśli jest w cenie, chętnie skorzysta nawet za innych.

Jeśli masz szczęście, Roman będzie robił sobie obciach, a tobie uda się stworzyć wrażenie, że nie jesteście razem. Jeśli masz pecha, cały wyjazd spędzisz jako negocjator i prywatny księgowy Romana.

Najlepiej weź kilka dodatkowych dolców w ramach funduszu rezerwowego, może jakiś bonus na początku go spacyfikuje?

8. Pani „gdzie ja jestem” Kasia

Choć na początku wydaje się nieszkodliwa i urocza w swoim zagubieniu, to właśnie ona może przyprawić cię o największy ból głowy. Wyróżnia się absolutnym brakiem orientacji w terenie przyprawionym dużą dawką roztrzepania i zaskakującą umiejętnością kamuflażu. Jeśli umówicie się z grupą pod katedrą św. Marka w Wenecji, na pewno będzie czekać pod małym kościółkiem na jakimś innym placu. Jeśli wasz samolot odlatuje z bramki 13, ona niechybnie stoi pod 31. Gdy na głównym placu Sieny umówicie się pod charakterystycznym zielonym neonem apteki, ona będzie czekać na was dokładnie po przeciwnej stronie przed wejściem do maleńkiego przybytku farmacji, o którym wiedzą tylko lokalsi. W najbardziej skrajnych przypadkach zgubi się na terenie ośrodka, w którym mieszkacie, i spod recepcji będziesz ją odprowadzał do jej domku odległego o jakieś 60 metrów w linii prostej. Telefon komórkowy wyciszy, wyłączy, albo zostawi w autokarze, żeby się nie zgubił. Jedno jest pewne – pani Kasia sprawi, że możesz sobie odpuścić poranny jogging bez obawy, że nie wyrobisz swojego kilometrowego limitu na każdy dzień.

Jeśli masz szczęście, pani Kasia będzie się bardzo pilnować i zgubi się tylko raz dziennie. Jeśli masz pecha, cały wyjazd przerodzi się w zabawę „gdzie jest Kasia”.

Żeby ułatwić sobie życie możesz ją zaprosić do pierwszej pary i cały czas trzymać za rękę, ale to nie gwarantuje sukcesu. Na twoje szczęście ma zwykle tyle uroku osobistego, że grupa po prostu nie potrafi się na nią złościć.

9. Pani „nie ma sensu się myć” Monika

Choć wydawałoby się, że w XXI wieku podstawowe zabiegi higieniczne stały się codzienną normą, masz niemal 100% szans na to, że trafisz w swojej karierze na kogoś, kto mycie się uważa za zbędne zawracanie głowy. Nie łudź się, że wyjazdy na dalekie, drogie wycieczki ochronią cię przed spotkaniem z pachnącym inaczej – wyznawcy zasady „często mycie skraca życie” czają się nawet w szeregach śmietanki towarzyskiej. Jeśli na starcie widzisz dżunglę wyglądającą spod pachy uroczej pani prawnik, to wiedz, że coś się dzieje. Delikatne aluzje oraz neutralne uwagi z gatunku „w tym Meksyku jest tak gorąco, że antyperspirant to naprawdę podstawa” nie przyniosą efektu. Niektórzy po prostu nie uważają, że prysznic po 10-godzinnym locie jest potrzebny – przecież i tak od razu idzę spać, to wytrę się w prześcieradło, a rano się założy świeżą koszulkę… Co ciekawe, pani Monika często jest wielbicielką pływania. Kiedy widzisz, jak zanurza się w basenie, zaczynasz naprawdę rozumieć, czym są mieszane uczucia. Z jednej strony – w końcu się umyje, z drugiej, no cóż, ten basen jest dla ciebie stracony…

Jeśli masz szczęście, jedziecie do zimnego kraju albo macie dużo basenów na trasie. Jeśli masz pecha, jedziecie w tropiki i poruszacie się małym busikiem.

Żeby się ocalić, zawsze możesz wręczyć turystom antyperspirant jako powitalny prezent od firmy i modlić się, żeby i ona go zastosowała. Szanse, że tak się stanie, są mizerne. Postaraj się chociaż, żeby nie wyznaczyli ci w samolocie miejsca tuż obok niej.

10. Pan „pozwolę sobie się wtrącić” Darek

Nie ma co się oszukiwać – jako pilot wycieczek, zwłaszcza początkujący, nie jesteś w stanie perfekcyjnie opanować całej wiedzy o miejscach, do których jedziesz. Dlatego często współpracujesz z lokalnymi przewodnikami, którzy w małym paluszku mają tajemnice Machu Picchu czy egipskich piramid. Ale czasami, zwłaszcza na objazdówkach, znaczną część trasy obsługujesz sam i – tak przynajmniej było w moim przypadku – starasz się do tego przygotować, jak najlepiej potrafisz. Mimo to jest duża szansa, że w grupie trafi ci się pasjonat danego kierunku, wielbiciel archeologii, profesor historii sztuki czy inny bzik, który na pewne tematy będzie wiedział więcej niż ty. Pół biedy, jeśli swoimi wiadomościami będzie się dzielił tylko ze swoim towarzyszem podróży, albo podrzuci ci kilka dodatkowych anegdotek. Gorzej, jeśli co chwilę będzie ci wpadał w słowo albo poprawiał podawane przez ciebie informacje. Ustalmy jedno – fajnie jest mieć w grupie mądrych ludzi. Nie mam problemu z przyznaniem się, że ktoś może wiedzieć więcej ode mnie, i sama kiedyś podzieliłam się mikrofonem z pasjonatem, którego historyjki chłonęła cała grupa. Gorzej jeśli Darek, przy całej swojej wiedzy, jest upierdliwcem i nudziarzem, który będzie zasypywał ciebie i innych fascynującymi inaczej szczegółami na temat uprawy prosa czy populacji mew na kornwalijskim wybrzeżu.

Jeśli masz szczęście, trafisz na Darka z jajem, który podniesie wartość edukacyjną twojej wycieczki. Jeśli masz pecha, trafisz na Darka jajogłowego, który skutecznie będzie was usypiał opowiadaniem o zalaniu Krety w czasie balangi w plażowym barze.

Najlepiej spacyfikuj go od razu, bo, jeśli się rozbryka, może mocno podkopać twój autorytet. Co ciekawe, pomocna w pacyfikacji może być grupa. Kiedyś w akcie desperacji oddałam mikrofon jednemu upartemu Darkowi. Po jego godzinnym wykładzie w autokarze na temat łupania kamienia przedstawiciel grupy poprosił – w połowie jego zdania – o włączenie JAKIEGOLOKWIEK filmu. Darek aluzję pojął. W końcu Darki to zwykle inteligentne chłopaki.

11. Pan „napijmy się” Piotrek

Jeszcze dobrze nie wyjedziecie z parkingu, a on już polewa. Wiadomo, żeby się dobrze jechało. Jeszcze dobrze nie przeszliście odprawy lotniskowej, a on już w sklepie wolnocłowym robi zapasy na czarną godzinę. W samolocie wypije 15 kubeczków wina, bo akurat te linie serwują je za darmo. Na objazdówce kolejne przystanki na siku uczci piwkiem, powodując oczywiście konieczność kolejnych przystanków na siku. Znaczną część imprezy przeżyje w pijanym zwidzie, na wieczornej imprezie zaśnie w talerzu makaronu, a jego pijackie popisy ściągną na grupę groźbę eksmisji z hotelu. Skacowany bidulek będzie spóźniał się na poranne zbiórki i z cierpiętniczą miną skarżył się na wczesne pobudki, a w końcu wypadnie z autokaru w kompletnej dziczy i rozbije sobie głowę, dając ci unikalną szansę na poznanie od podszewki szpitala w Kambodży. Pół biedy, jeśli to pobytówka z dodatkowymi wycieczkami, najwyżej zostawisz go w hotelu w ramach nauczki. Gorzej, jeśli macie objazdówkę, bo wtedy musisz zataszczyć go do autokaru i włożyć w dłonie jednorazową reklamówkę „na wszelki wypadek”. Najlepiej bawi się na imprezach typu all inclusive, bez krępacji degustując wszystko, wszędzie, o każdej porze. Byle dużo. Szukając towarzysza libacji, będzie z wyrzutem powtarzał „ze mną się nie napijesz?”, jakbyście znali się od kołyski i mieli wspólną szczoteczkę do zębów.

Jeśli masz szczęście, będzie upijał się na wesoło i kulturalnie, dostarczając uciechy całej grupie. Jeśli masz pecha, będziesz za sobą ciągać na przemian zalanego i skacowanego kolesia, który zacznie wkurzać całą grupę. Jeśli masz największego pecha, cała grupa zacznie pić razem z nim.

Oczywiście w skrajnej sytuacji możesz go wysadzić z walizką i odesłać do domu, ale takie skrajne decyzje zwykle odbijają się mocno na klimacie imprezy. Lepiej spróbuj dyskretnie ograniczyć mu dostęp do alkoholu albo rozcieńcz zawartość piersiówki. Wasze relacje może poprawić duży zapas środków na kaca.

I to by było na tyle. Oto rejestr turystycznych osobliwości, z jakimi niechybnie przyjdzie ci się zmierzyć w pilockim życiu. Lista zresztą nie jest zamknięta i pewnie każdy może do niej dorzucić kilka swoich typów. Nie łudź się, prędzej czy później Piotrek, Kasia, Bożenka czy Asia staną na twojej drodze i sprawią, że zaczniesz się zastanawiać nad zmianą pracy. Nie rób tego – świat jest pełen świrów, którzy odnajdą cię w każdej innej robocie.

Oczywiście jest jeszcze jeden, najważniejszy typ – CUDOWNI NORMALNI. Ciekawi świata, energiczni, pozytywnie nastawieni do życia, sympatyczni ludzie, którzy traktują podróż jak okazję do poszerzenia horyzontów, odpoczynku i rozluźnienia pośladków. Tych jest na szczęście najwięcej. I oby wszyscy byli tacy.

PS. Podróże, obok mojej rodziny, pozostają moją największą pasją i dlatego na blogu na pewno pojawi się wiele wpisów na ten temat. Swoje pilockie doświadczenia postanowiłam zebrać w cykl „Młodym pilotem będąc…” Mam nadzieję, że będziecie się bawić równie dobrze, jak ja.

Reklamy