W ostatnich dniach dużo mówi się o zanieczyszczeniu powietrza i szkodliwości smogu dla maluchów. Okazuje się, że w znacznej części polskich miast powietrze bywa okresami fatalnej jakości. Do tego stopnia, że odradza się w ogóle wychodzenie z domu. Ale zapomnijmy na chwilę o aktualnej, niewątpliwie katastrofalnej sytuacji i wyobraźmy sobie spacer jak z reklamy – zielona łąka, błękitne niebo, ćwierkające ptaszki, wygodna ławeczka pod kasztanem w parku, na której promienna mamusia czyta gazetkę, podczas gdy maluszek słodko śpi w wózeczku. Znacie to z własnego doświadczenia? Ja też nie J

Obie moje córki niemal od samego początku nienawidziły wózka. Spokojnie leżały tylko przez pierwsze 10 minut, kiedy szłyśmy do parku wzdłuż średnio ruchliwej ulicy. Jeśli szum samochodów i kołysanie na nierównych płytach chodnika jakimś cudem ich nie uśpiły, po przekroczeniu bram parku zaczynał się armagedon, który przerwać mogło tylko noszenie na rękach. Jeśli dzień był dobry, czasem udawało się je ululać przy piersi na jakiejś parkowej ławeczce i odłożyć do wózka na półgodzinną drzemkę, co bynajmniej nie oznaczało, że mogłam posadzić tyłek i zatopić się w lekturze. Nawet chwilowe zatrzymanie wózka wiązało się bowiem ze wznowieniem koncertu. Krótko mówiąc – spacer z niemowlakiem był dla mnie długo najbardziej stresującym momentem dnia. Po urodzeniu drugiego dziecka sprawy skomplikowały się dodatkowo, zwłaszcza że na spacery najczęściej zabieram je zupełnie sama. Choć może zabrzmię w tej chwili jak wyrodna matka, powiedzenie, że nie jestem wielką wielbicielką spacerów z malutkimi dziećmi, jest dużym eufemizmem. Już wyjaśniam dlaczego.

1.Ubieranie

Zabawa zaczyna się jeszcze przed wyjściem. Najpierw pakujemy połowę mieszkania, bo przecież pieluchy, chusteczki, kocyk, ubranko na zmianę, czapeczka dla młodszej, czapeczka, ubranko na zmianę, bidon, przekąska i okulary przeciwsłoneczne dla starszej. I jeszcze lalka, albo miś, albo balon, albo jakiś inny towarzysz podróży, który akurat wymarzy się dziecku, a wyobraźnię maluchy mają raczej bujną. U nas było lajtowo – wprawdzie raz zabraliśmy na majowy spacer pluszowego św. Mikołaja, ale to i tak nic – kiedyś spotkałyśmy dziewczynkę bujającą się z pilotem od telewizora i chłopca – wierzcie lub nie – z łyżką wazową w zaciśniętej kurczowo rączce…

Potem przychodzi czas na to, co mamusie lubią najbardziej – ubieranie. Pół biedy, jeśli jest lato i musisz po prostu założyć swojej dwójce w miarę czyste ubranie i buty w odpowiednim rozmiarze. Gorzej w zimie i tym gorzej, im zimniej – jedna warstwa, druga warstwa, trzecia warstwa (czy to się kiedyś skończy? J;-)), kurtka, szalik, rękawiczki, buty. Kończysz ubierać jedno, wyciągasz drugie zza kanapy i ubierasz, żeby po chwili zauważyć, że pierwsze zdążyło się w połowie rozebrać. Robi się coraz goręcej. W połowie zabawy czujesz, jak pot spływa ci po plecach. Pół godziny i dwa ataki histerii później w końcu pakujesz jedno do wózka, drugie do nosidła i otwierasz drzwi. Złudne wrażenie, że oto się udało, pryska jak bańka mydlana, kiedy starsze otwiera usta i mówi…

2. Mamo, kupa!

Nie ma na świecie bardziej pewnej rzeczy niż to, że twoje dziecko zapragnie udać się do toalety dopiero wtedy, kiedy wpakujesz je w kombinezon lub zimową kurtkę. Nawet jeśli wcześniej wykazałeś się przezornością i zaproponowałeś wizytę na tronie, nie łudź się – to niczego nie zmieni. Dźwięk suwaka jest czymś w rodzaju dźwiękowego detonatora dziecięcych zwieraczy. I lepiej się pośpiesz, bo jeśli nie zdążycie usiąść na czas, to czeka cię wymiana wszystkich warstw!

W czasie, kiedy twoje starsze dziecko załatwia sprawę wiadomą, młodsze gotuje się w zimowym ekwipunku i dostaje szajby. Decyzję, czy nie powinnaś go jednak przebrać z totalnie już przepoconych ciuchów, ułatwia znajomy dźwięk towarzyszący wyjątkowo skoncentrowanej minie malucha. Jeśli chodzi o przedspacerowe kupy kumulacja bywa najczęściej nieuchronna.

W końcu wszyscy ubrani i zadowoleni wychodzicie z domu. Jeszcze tylko znieść wózek po schodach i już, już jesteście u bram zielonego raju. Tylko po to, żeby zaczęło się…

3. A ja… A ja… A ja…

Jeśli masz przyjemność spacerować z dwójką maluchów, najtrudniejszym zadaniem, jakie cię czeka, jest pogodzenie zupełnie różnych potrzeb i spacerowych oczekiwań w taki sposób, żeby samemu nie popaść w obłęd. Ustalmy jedno – twoje starsze dziecko może być mądre i wyrozumiałe (moje zwykle jest), ale jednak jest tylko dzieckiem i ma swoje potrzeby i zachcianki, które często różnią się od potrzeb i zachcianek – ale też możliwości – młodszego. To prosta droga do spacerowego szaleństwa.

Spójrzmy prawdzie w oczy – dopóki twoje dzieci są malutkie, nie masz co liczyć na to, że spacer będzie relaksem dla ciebie. Przygotuj się raczej na rolę stangreta, zabawiacza, negocjatora, nauczyciela, śpiewacza, głaskacza, pocieszacza i co sobie tylko wymyślisz. Już z jednym dzieckiem bywa trudno, jeśli trafi ci się takie, które wcale nie jest spacerowym aniołem. Przy dwójce zaczyna się jazda bez trzymanki: albo chcą czegoś zupełnie innego, czego nie da się pogodzić, albo chcą dokładnie tego samego, czego jednak nie mogą mieć jednocześnie. Przy trójce… Nie wiem i na razie chyba nie zamierzam tego sprawdzać.

4. Poniesiesz mi patyk?

A więc spacer odbębniony, czas w drogę do domu. Pchasz wózek wyładowany dziećmi i klamotami, w wersji bardziej hardkorowej masz jeszcze drugiego bąbla w nosidle czy chuście. Pot leje ci się po tyłku, upchana pod wózkiem hulajnoga wali po piszczelach, spacerowa miłość twojego dziecięcia – bobas/lala/pluszowy mikołaj/łyżka wazowa (niepotrzebne skreślić) co chwilę wypada z wózka na parkową alejkę, zmuszając cię do kolejnych skłonów lub bardziej skomplikowanych akrobacji. Jedną ręką prowadzisz wózek, w drugiej – w ramach urozmaicenia treningu – dzierżysz dodatkowo siatę z dwoma kilogramami ziemniaków, marchewką, jabłkami i połową warzywniaka, do którego wpadłaś po drodze tylko po pietruszkę do zupy. I właśnie wtedy twoje krańcowo zmęczone zakończonym spacerem i siedzeniem w wózku dziecko pyta: „mamusiu, a poniesiesz mi ten patyk?” (kamień/kasztanek/listek czy co tam jeszcze możesz sobie wyobrazić).

Mieląc w zębach „chyba w rzyć go sobie wsadzę”, kombinujesz, gdzie by tu upchnąć to badziewie, a potem jak zgubić je na tyle dyskretnie, żeby zainteresowany się nie zorientował.

Możesz oczywiście odmówić przyjęcia dodatkowego bagażu, powołując się na konwencję praw człowieka albo regulaminy przewozu towarów, które określają maksymalny przydział ciężaru na jednego niewolnika. Możesz spróbować sięgnąć po racjonalne argumenty, że mamusia nie ma siły, każdy nosi sam swoje skarby, a patyk na pewno nie przyda nam się w domu. Istnieje szansa, że to zadziała, ale – co bardziej prawdopodobne, jeśli dziecko nie zdrzemnęło się na spacerze i jest zmęczone – ryzykujesz długą i głośną scenę histerii, co prowadzi nas do kolejnego punktu rozważań.

5. Nie może jej Pani jakoś uspokoić?

Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, bo mojego Małżonka jakoś takie sytuacje omijają, ale ja mam wyjątkowe szczęście do spotykania na swojej drodze pań dobra rada. A czemu ten maluszek nie ma skarpetek? A gdzie czapeczka? Ale żeby dziewczynka miała zieloną kurteczkę? I jeszcze patykiem się bawi? Niech jej pani nie nosi, bo się przyzwyczai. Moje dzieci tak nie płakały. Patrz pani, takie duże dziecko przy cycku? (bobas 6 miesięcy…) – takie cytaty można by mnożyć i mnożyć. Dziś takie teksty mnie już nie ruszają, skóra mi zgrubiała i przestałam się przejmować tym, co obcy ludzie pomyślą o mnie i moich dzieciach. Ale na początku mojej macierzyńskiej drogi każdą parkową scenę i wszystkie krytyczne spojrzenia i komentarze przeżywałam bardzo długo, co dodatkowo podwyższało u mnie poziom spacerowego stresu. Przełamanie nastąpiło pewnego mroźnego dnia, kiedy wracałam z malutką wtedy Starszą ze spaceru. Jedną ręką pchałam wózek po nierównym chodniku, drugą trzymałam okutanego w kombinezon, wiercącego się niemowlaka, który wydzierał się na całe gardło. Ze zmęczenia, irytacji i bezsilności miałam już łzy w oczach i właśnie wtedy, w oczekiwaniu na zielone światło, miła starsza pani zapytała mnie: Nie może Pani jej jakoś uspokoić? No k… Serio?!? I wtedy coś we mnie pękło. Mogłabym, ale lubię jak płacze – odpowiedziałam bez namysłu i poszłam przed siebie. Od tej pory już nigdy nie przejęłam się żadnym głupim komentarzem.

6. Złodziej, złodziej!

Jeśli spodziewacie się jakiejś dramatycznej historii o złoczyńcach grasujących w parku, skradzionych torebkach, porwanych dzieciach itd., to wrzućcie na luz. Nic takiego na szczęście mi się nie przydarzyło. Co nie zmienia faktu, że ze spaceru często wracam z poczuciem, że zostałam okradziona. Z mojego czasu.

Z upływem czasu, niestety zdecydowanie zbyt szybko, moje dzieci ograniczyły swoje dzienne spanie do jednej tylko drzemki. To był zawsze czas dla mnie, czyli – jak zapewne zrozumiałyście wybornie – czas na ogarnięcie tych wszystkich rzeczy, które z dzieckiem u nogi robi się trzy razy dłużej, albo które są zbyt niebezpieczne, żeby robić je w towarzystwie dziecka. I teraz – jeśli ta jedyna dzienna drzemka wypada na spacerze, oznacza to nieuchronnie, że w po powrocie na czas wolny nie ma co liczyć – dzieci na pełnym gazie będą szaleć do wieczora. Pół biedy, jeśli na spacerze zasną obie (nawet starsza, która już zwykle w dzień nie śpi) – masz wtedy chwilę dla siebie, żeby nacieszyć się śpiewem ptaków, spokojnie pomyśleć o wszystkim i niczym, albo nadrobić telefoniczne zaległości. Niestety, szansa na taki zbieg okoliczności jest tak niewielka, że mieści się w granicach błędu statystycznego.

I na tym kończymy wyznania wyrodnej matki spacerowej. Na pocieszenie powtarzam sobie – w oparciu o dotychczasowe doświadczenia – że z czasem jest coraz łatwiej i coraz lepiej. Eskapady z rezolutnym starszakiem, który potrafi komunikować swoje potrzeby i nie jest do końca głuchy na rodzicielskie argumenty, mogą być naprawdę przyjemne. Wiadomo, z czasem atrakcyjności wyjściom dodają różnego rodzaju bunty i demonstracje niezależności, ale jak dla mnie one i tak są bułką z masłem w porównaniu do koszmaru, jaki może zafundować ci niecierpiący spacerów niemowlak. A wy co wolicie?

Reklamy