Miała blond kiteczki, wielkie, niebieskie oczy i radosny uśmiech, który prawie nigdy nie schodził z jej twarzy. Prawie nigdy. Trzy razy w ciągu dnia jego miejsce zastępował najpierw grymas niechęci, potem strachu, a w końcu rozpaczy. Łzy ciekły po policzkach. Siedziała nad talerzem, grzebała widelcem w jedzeniu, słuchała, że „Zuzia zjadła więcej, Janek zjadł wszystko, Krzyś zawsze zostawia pusty talerze” i czuła się bardzo, bardzo nieszczęśliwa. Trzy posiłki, trzy najgorsze momenty dnia. Trzeba tylko je przetrwać. I wcale nie chodziło o to, że nie lubiła jeść. Lubiła, nawet bardzo. Ale nie tak dużo. Nie wszystko. Nie zawsze. Czemu oni tego nie rozumieli? Czemu dostawała taki duży talerz? Czemu musiała słuchać „przełykaj! Jak wyplujesz, to włożę ci to z powrotem”. Chyba była niegrzeczną dziewczynką.

Miała blond kiteczki, wielkie, niebieskie oczy i radosny uśmiech. Ale teraz siedziała nad talerzem, a wielkie łzy kapały do talerza pomidorowej.

*   *   *

Jednym z najbardziej wyrazistych wspomnień mojego dzieciństwa jest sytuacja, w której przez ponad godzinę siedziałam nad kubkiem mleka i zalewałam się łzami. Pamiętam to jak dziś – kubek był szary ze złotym paseczkiem wokół wewnętrznej krawędzi. Był najmniejszy, jaki mieliśmy w domu. Taki właśnie wybrałam do przedszkola, żeby mleka zmieściło się w nim jak najmniej. A mleka nienawidziłam jak niczego innego. I tak siedziałam. Moje przedszkolne koleżanki i koledzy bawili się w najlepsze, a ja nie mogłam do nich dołączyć, bo NIE WYPIŁAM. Czas płynął, na mleku zrobił się kożuch, co było jeszcze gorsze. Moja ukochana koleżanka chciała mi pomóc i dosypała kakao (w 89 roku to było nie byle co), ale to też nie pomogło. To nadal było paskudne mleko. Tamtego dnia ominęła mnie cała zabawa. Mleka nie wypiłam.

Byłam niejadkiem i moja mama nie miała ze mną łatwo. Sera żółtego nie, twarogu nie, mleka nie, jajo tylko na twardo, jajecznicy nie. Łatwiej było chyba wymienić rzeczy, których nie jadłam niż jadłam. Z obiadami nie było problemu – mięso i ryby były moimi dobrymi przyjaciółmi, ale śniadania i kolacje… Cóż, dobrze, że parówki wtedy miały inny skład niż dziś J Dobrze też, że moja mama rozumiała, że dziecko – jak dorosły – ma prawo coś lubić, a czegoś nie lubić, mieć lepszy lub gorszy apetyt, mieć lub nie mieć na coś ochoty. Kiedy dowiedziała się o sytuacji z mlekiem, poszła do przedszkola i zabrała kubek. Od tamtej pory do drugiego śniadania piłam herbatkę albo domowy kompot. Dzisiaj nie mam problemów z jedzeniem. Jem także produkty, których jako dziecko nie lubiłam. Poza mlekiem, którego nie piję do dziś.

Jeśli spojrzeć na mamusiowe portale i fora, jeśli rozejrzeć się wśród dzieciatych przyjaciółek, to jedzenie okazuje się jedną z najbardziej zapalnych kwestii w życiu rodzica. Czy moje dziecko się najada? Czy nie je za mało? Co zrobić, żeby jadło więcej? Moje dziecko nie lubi mięsa/jogurtów/warzyw, co robić??? – pytania mnożą się szybciej niż króliki, a zrozpaczone mamusie codziennie z niepokojem odliczają łyżki, które trafiają do ust dziecka. Nie pomagają w tym tabelki dotyczące rozszerzania diety, które w gramach i mililitrach podają, ile marchewki, kleiku czy mięsa powinno zjeść dziecko w wieku 8, 10 czy 12 miesięcy. Chcąc jak najlepiej dla naszych dzieci, ulegamy jakiejś paranoi, bo synek sąsiadki zjada więcej niż nasza córeczka, choć jest o miesiąc młodszy. Gubimy zdrowy rozsądek. A przecież wystarczy zadać sobie kilka pytań – Czy JA mam codziennie dobry apetyt? Czy jem tyle samo, co moja siostra albo sąsiadka? Czy nie zdarza się, że moje upodobania kulinarne się zmieniają? Czy zawsze mam ochotę na to, co ugotuje dla mnie mama/babcia/mąż? Czy zawsze zjadam tyle, ile nałożą mi na talerz choćby w restauracji? Chyba wszyscy wiemy, jaka jest odpowiedź. Dlaczego więc w zakresie żywienia odmawiamy naszym dzieciom tych praw i decyzji, które w odniesieniu do nas samych wydają nam się oczywiste? Dlaczego nie potrafimy uszanować ich upodobań, ich smaków, ich preferencji? Dlaczego nie dajemy im po prostu prawa wyboru? Co więcej – dlaczego wydaje nam się, że lepiej niż one wiemy, czego i w jakiej ilości potrzebują danego dnia ich brzuszki? Dziewczynka z kiteczkami, o której pisałam na początku, nie jest niestety moim wymysłem, choć może być w sumie symbolem tysięcy dzieciaków, które codziennie zmagają się z koszmarem rodzinnych posiłków, z tuczeniem, namawianiem, wciskaniem jeszcze jednej łyżeczki za mamusię i za tatusia. Siedziała przy stoliku obok nas w stołówce, a widok jej łez odbierał mi apetyt.

Kiedy urodziłam pierwsze dziecko kwestia rozszerzenia diety nie zaprzątała mi za bardzo głowy. Wiedziałam, że najnowsze zalecenia WHO nakazują rozpoczęcie rozszerzania diety po zakończeniu 6 miesiąca, jeśli dziecko jest na to gotowe (m.in. wykazuje zainteresowanie jedzeniem i potrafi siedzieć) i tego zamierzałam się trzymać. Po drodze nasłuchałam się sugestii, opowieści i dobrych rad, że trzymiesięczny maluch powinien jeść zupę z butli, samo mleko mamy mu nie wystarczy i generalnie bez marchewki marny jego los. Sprawę dodatkowo komplikował fakt, że mała była drobna i ponad 10 centyl nie wychodziła, co miało potwierdzać tezę o jej „niedożywieniu”. Ale trzymałam się twardo. Kiedy w końcu skończyliśmy 6 miesięcy, zaczęliśmy się karmić. Marchewki, kalafiorki, brokułki wpadały do małego brzuszka jak ta lala, a ja puchłam z dumy, kiedy w odpowiedzi na odwieczne pytanie „a co ona je?” mogłam w końcu zacząć wymieniać i wymieniać. Sprawa się rypła, kiedy z gładkich papek przeszliśmy na jedzenie z grudkami i żarłoczny dotąd maluch odmówił współpracy. Ile my smaków wypróbowaliśmy! Ile zupek i potrawek! Reakcja zawsze była taka sama – odruch wymiotny, plucie a w końcu ryk. No i co? Oczywiście i tu pojawiły się dobre rady – samolociki, ukrywanie mięsa pod papkami z marchewki, a nawet zatykanie nosa, żeby dziecko przełknęło (no bo jak raz czy drugi zmusisz do przełknięcia, to dziecko zrozumie, że musi jeść…) – takie perełki spływały na mnie jak lawina, bo wszakże niejedzące dziecko jest problemem społecznym. Ale ja miałam w sobie głęboki sprzeciw wobec takich metod i wiedziałam jedno – moje dziecko nie będzie zmuszane do jedzenia. Wtedy właśnie trafiłam na BLW i to nas ocaliło. A na pewno ocaliło moje zdrowie psychiczne i miłość mojego dziecka do jedzenia.

Nie będę się wdawać w szczegóły metody, bo na ten temat są mądre książki, artykuły i blogi (warto zajrzeć choćby do Alaantków – TUTAJ), ale wyjaśniam w kilku słowach. BLW – z angielskiego Baby led weaning – to metoda stopniowego STEROWANEGO PRZEZ DZIECKO przechodzenia od pokarmów mlecznych do wszystkich pozostałych. Kluczowe jest tutaj zaufanie do dziecka i pozwolenie mu eksperymentowanie, zabawę, próbowanie, jedzenie i odrzucanie jedzenia. Nie oznacza to oczywiście, że wpuszczamy dziecko do kuchni i pozwalamy zjeść na co tylko ma ochotę, choćby był do słoik nutelli czy fosforyzujące żelki. Proponujemy dziecku zdrowe i różnorodne dania, pozwalając mu jednak zdecydować, czy i ile zje tego, co pojawiło się na jego talerzu. Pomijamy etap karmienia łyżeczką i podawania dziecku papek, w zamian za to serwując mu jedzenie w kawałkach, które maluch może samodzielnie włożyć ręką do buzi. Trzeba oczywiście przygotować się na duży bałagan i równie dużą liczbę zaskoczonych lub oburzonych komentarzy cioć i babć, ale zalety płynące z takiego rozwiązania są tak liczne, że warto spróbować. Dziecko dostaje wartościowe pożywienie i ma szansę poznać produkty o różnych konsystencjach i smakach, uczy się samo kontrolować swój apetyt i ilość spożywanego pokarmu, zaczyna kojarzyć jedzenie z przyjemnością i odkrywaniem świata, a nie przymusem i walką o kolejny kęs. Do tego rozwija swoją motorykę (złapanie ziarenka ryżu to niezłe ćwiczenie małych paluszków), uczyć się gryźć i żuć pokarmy o różnej konsystencji, nabiera wiary we własne możliwości, poznaje świat wszystkimi zmysłami (a wiedzieliście, że galaretka przepływa między palcami i świetnie klei się do włosów?) i – last by not least – jest od początku pełnoprawnym uczestnikiem rodzinnych posiłków. Przyznacie, że to sporo korzyści z punktu widzenia dziecka. A z punktu widzenia mamy można dodać kilka bardziej przyziemnych – dziecko siedzi z wami przy stole, więc także ty masz szansę zjeść swój posiłek na ciepło; dziecko je – stopniowo – to samo, co wy, więc nie musisz osobno gotować, przecierać, miksować itd. Przy okazji jest to świetna okazja, by zadbać o zdrowszą dietę dla całej rodziny, więc korzystają tak naprawdę wszyscy. U nas BLW rozwiązało błyskawicznie problem z jedzeniem na etapie papek z grudkami i sprawdziło się na tyle dobrze, że przy drugim dziecku nie mieliśmy wątpliwości, że pójdziemy drogą Bobas Lubi Wybór (czy też Bobas Lubi Wyrzucać) od samego początku.

Są mamy, które metoda BLW przeraża, bo boją się zadławienia dziecka, które od początku dostaje do ręki kawałki pokarmów, i w pełni je rozumiem. Należy oczywiście nauczyć się metod pierwszej pomocy, żeby poczuć się pewniej, ale jeśli dla kogoś każdy posiłek ma być drżeniem o życie malucha, to taka droga jest bez sensu (dziecko czuje emocje rodzica i zacznie kojarzyć jedzenie z nerwami i obawami). Dla mnie kluczowe w BLW jest to, że szanujemy dziecko i jego wybory, a taką postawę można przyjąć także podając łyżeczką roztarte papki. Jeśli potrafimy powstrzymać w sobie chęć „wepchnięcia” jeszcze jednej łyżeczki, gdy dziecko zaciska usta i odwraca głowę, jeśli umiemy wyłączyć w sobie myślenie, że dziecko znowu zjadło „za mało” (w naszej opinii), jeśli wyłączymy w sobie wieczne „zjedz mięsko”, „znowu zostawiłeś surówkę”, jeśli nie lecimy do apteki po „syropek na apetyt”, bo wnusio sąsiadki zjada dużo więcej, to – w mojej opinii – możemy być mamą „w duchu BLW” i bez serwowania niemowlęciu kawałka marchewki do ręki.

Choć kosztowało mnie to dużo nerwów i często niezbyt przyjemnych dyskusji, nie pozwalam zmuszać moich dzieci do jedzenia. Nie pozwalam straszyć brakiem deseru ani faszerować podczas opowiadania czy oglądania bajki. Bo chcę, żeby jadły świadomie. Żeby jadły same. Żeby jedzenie było dla nich przyjemnością i zabawą, a nie smutnym obowiązkiem i przykrym punktem dnia, który trzeba jakoś przeżyć. Pamiętacie blondyneczkę z początku tego wpisu? Kiedy tata wziął ją w obronę i przekonywał, że przecież może mieć po prostu gorszy apetyt, mama i ciocia naskoczyły na niego: „jak jej pozwolisz dziś nie zjeść, to jutro też nie będzie chciała” i „jak będziesz jej odpuszczał, to będzie tak jak z Zuzką (starsza siostra siedząca obok) – dziecko ma siedem lat i nic nie je”. Tata odpuścił, a ja nie mogłam przestać się zastanawiać, jak to możliwe, że ta rzekomo nic nie jedząca Zuzka dobiła do siódmych urodzin i to w świetnej formie, kipiąc wprost energią. Może jednak jadła tyle, ile potrzebowała? Może jednak porcja, która jej mamie (nota bene – ze sporą nadwagą) wydawała się za mała, dla jej żołądka była właśnie w sam raz? Wiecie, marzy mi się świat, w którym dzieci nie zmusza się do jedzenia. W którym od samego początku daje im się do wyboru zdrowe, pyszne dania i pozwala kształtować swoje gusta, eksplorować smaki, wcinać pomidora z musztardą i kurczaka z sosem malinowym, jeśli mają na to ochotę. W którym pozwala im się nałożyć na talerz tyle, ile chcą. I nie zmusza do siedzenia przy stole, dopóki talerz nie będzie pusty. W którym brak apetytu nie oznacza bycia niegrzecznym. Chcesz skutecznie nakarmić dziecko? Podaj mu pyszne jedzenie i po prostu pozwól mu jeść. Tak, jak chce, i tyle, ile chce. Ono. Nie ty. Ty skup się na swoim posiłku.

Kiedy ktoś mnie pyta, co jedzą moje dzieci, odpowiadam – wszystko, co mają ochotę wybrać ze swojego (albo mojego 🙂 ) talerza. Pewnego dnia znajoma namawiała moją trzylatkę na „jeszcze jednego ziemniaczka” i usłyszała od niej „ale ciociu, jemy przecież tyle, ile potrzebujemy, ani za dużo, ani za mało”. Nie muszę chyba mówić, jak dumna poczułam się z mojego dziecka. I z siebie. Bo nauczyłam ją odpowiedzialności za własne jedzenie. W dobie otyłych dzieci to bardzo dużo.

PS. Cały mój wywód dotyczy dzieci ZDROWYCH. Brak apetytu (rzeczywisty a nie urojony), zwłaszcza w połączeniu z innymi objawami, jak ospałość, apatia, wypadanie włosów, osłabienie itd., należy skonsultować z lekarzem!

Reklamy