Sięgała głową ledwo ponad stół, ale toczące się po zielonym suknie kolorowe kulki bardzo ją interesowały. Obserwowała grę z roziskrzonymi, roześmianymi oczami.
– Mogę zagrać z wami? – zapytała swoją mamę i ciocię, które właśnie toczyły równie zacięty, co amatorski pojedynek.
– To nie jest gra dla dzieci, Zuziu. Nie umiesz i nie byłabyś dla nas żadnym partnerem. Idź się pobawić, córeczko.
Wróciły do gry, a ona markotnie wspięła się po schodach do swojego pokoju. Już bez roziskrzonych oczu.

Sięgał głową ledwo ponad stół, ale toczące się po zielonym suknie kolorowe kulki bardzo go interesowały. Obserwował grę z roziskrzonymi, roześmianymi oczami.
– Chcesz z nami zagrać? – zapytał go tata, który właśnie toczył pojedynek ze swoim kolegą.
– Eee tam… Nie umiem – odpowiedział zasmucony.
– Nie martw się. Uderzysz najlepiej, jak umiesz.
Nieporadnie wziął w dłonie za długi kij i uderzył. Biała bila minęła kolorową o milimetry.
– Brawo, synku, byłeś bardzo blisko!
Po kilku minutach już znudzony grą wspiął się po schodach do swojego pokoju. Jego oczy błyszczały.

*   *   *

Niewiele trzeba dzieciom, żeby poczuły się szczęśliwe. Kupujemy im zabawki, gry, telefony. Drogie prezenty i małe odwracacze uwagi. Zapominamy, że do szczęścia trzeba im bardzo niewiele – trochę naszej uwagi, trochę naszego czasu. My, dorośli, mamy mnóstwo ważnych spraw i kłopotów, dużo dorosłych rozrywek, żeby o kłopotach i ważnych sprawach zapomnieć i odpocząć. A dzieci czekają na swoją kolej. Na początku niecierpliwie domagają się uwagi, irytują swoim wiecznym „pobaw się ze mną”, kiedy chcemy akurat w spokoju wypić kawę albo przez telefon wyżalić się przyjaciółce na złośliwego szefa. Traktują nasza obecność jak wielkie święto, chcą z nami celebrować te wolne dni w naszym grafiku, cieszyć się nami, bawić się z nami, rozmawiać z nami. Wszystko z nami. Z czasem przyzwyczajają się, że jesteśmy zajęci, że załatwiamy ważne sprawy, że nie można nam przeszkadzać. Zamykają się w swoim pokoju, w swoim świecie. Tak, jak oczekujemy, zajmują się same sobą. Rosną. Pewnego dnia to one już nie chcą się z nami bawić.

O niemowlętach poddawanych treningowi snu mówi się, że przestają płakać, bo tracą nadzieję, że ktoś im pomoże. Ale ten sam mechanizm można zaobserwować u starszych dzieci. Jeśli nie otrzymują odpowiedniej dawki czułości, uwagi czy troski, oddalają się od rodzica, zamykają w sobie, stają się może bardziej samodzielne (bo jakie mają wyjście), ale jednocześnie skryte i smutne. Substytutu rodzicielskiego ciepła poszukają gdzieś indziej – w gronie kolegów, w książkach, w dziecięcych pasjach albo on line. W ostatnich dniach mam okazję obserwować sporą grupę rodzin z dziećmi w różnym wieku (od 8 miesięcy do kilkunastu lat). Widzę różne sposoby wychowania, różne rodzaje komunikacji i wyznaczania granic, różne rodzaje więzi i stopnie bliskości. I jedną wspólną, niestety bardzo częstą tendencję do „pozbywania się dzieci”, czyli dążenia rodziców do spędzenia maksymalnie dużo czasu z dala od swoich pociech. „Idź się pobawić z innymi dziećmi” jest tu chyba najczęściej powtarzanym hasłem. Dorośli chcą zostać sami, pogadać o dorosłych sprawach z innymi dorosłymi. Na urlopie mają w końcu czas dla siebie, dla rodziny. Żeby odpocząć od codziennego stresu, obowiązków, wyścigu z czasem. Bardzo często niestety także – odpocząć od dzieci. Taki paradoks – kiedy pracujemy, nie mamy czasu dla dzieci, bo pracujemy; kiedy jesteśmy na urlopie, nie mamy czasu dla dzieci, bo chcemy odpocząć od pracy…

Zapominamy, że dzieciom często trzeba naprawdę niewiele. Nikt nie mówi, że całe życie i każdą chwilę trzeba poświęcić dziecku, że nie mamy prawa do czasu dla siebie. Ale dzieciństwo trwa krótko, a najlepszy czas na budowę bliskości łatwo jest przegapić. Opisane przeze mnie na początku scenki widziałam w tym samym miejscu na przestrzeni kilku godzin. Wystarczył jeden niewielki w sumie gest rodzica, kilka minut wspólnego czasu, żeby dziecko uśmiechnęło się i samo z siebie pobiegło się bawić z innymi maluchami. Bez nakazów i namawiania, bez odsyłania. Chyba tylko dlatego, że poczuło, że może być częścią dorosłego świata rodziców, że nie jest w nim intruzem.

Jest wiele rozrywek i czynności, które są zarezerwowane dla dorosłych – dzieci to widzą i często czują się sfrustrowane tym, że „nic nie mogą”. Dlatego właśnie jestem zdania, że warto czasem uchylić im drzwi. Nie zaproponuję małemu dziecku oglądania filmu dla dorosłych, nie naleję mu do kubeczka piwa, ani nie pozwolę prowadzić samochodu, ale jeśli wpakuje mi się na ręce w czasie mojej partyjki bilarda z koleżanką, chętnie dam mu pomachać kijem. Nawet jeśli przyniesie mi to sromotną porażkę. Nigdy nie powiem dziecku, że nie jest dla mnie partnerem do gry tylko dlatego, że nie umie czegoś zrobić. Kiedy ma spróbować, jeśli nie teraz? Od kogo ma się uczyć, jeśli nie ode mnie? Z kim ma spędzać przyjemny czas, jeśli nie ze mną? Moje najpiękniejsze wspomnienia z dzieciństwa nie wiążą się z żadnymi super atrakcjami, ale z obecnością rodziców. Ich otwartością na mnie i moich braci, na nasze potrzeby. Z ich cierpliwością dla naszej nieporadności. Z gotowością do uczenia nas nowych rzeczy, także tych „dorosłych” (w oczach dziecka oczywiście). Dlatego – choć czasem jestem zmęczona i niewyspana – wybieram urlop z dziećmi a nie od dzieci. I wierzę, że kiedyś i one nie będą potrzebowały wiecznego urlopu od rodziców.

Reklamy