Od kilku dni jesteśmy na feryjnym wyjeździe w górach, a w naszym pensjonacie stacjonują niemal same rodziny z dziećmi w różnym wieku. To doskonałe pole do rozmaitych obserwacji i „bohaterowie” moich ostatnich tekstów to właśnie dzieciaki zauważone i poznane w ostatnich dniach. Nie inaczej będzie tym razem.

Wyobraźcie sobie taki obrazek. Niewielka górka pokryta białym puchem. Dzieci zjeżdżające na saneczkach, mróz łagodzony przez promienie słońca. Wesołe śmiechy dookoła. Słowem – pełna sielanka. Nagle dwoje dzieci w wieku ok. 6-8 lat zaczyna się bić. Nie mam tu na myśli przypadkowego szturchnięcia. Chłopiec i dziewczynka (jak się potem okazuje – rodzeństwo) tłuką się ostro, kopią, szarpią, gryzą. Całość obserwuje ich opiekun – dziadek. Co robi?
a) wkracza do akcji, rozdziela dzieci i tłumaczy, dlaczego nie należy się bić
b) wkracza do akcji, rozdziela dzieci i wyznacza im karę
c) wkracza do akcji i zaczyna się bić razem z nimi
d) krzyczy z dystansu, żeby się uspokoili
e) zapala papierosa i nie robi nic

Ku mojemu zaskoczeniu, prawidłowa okazuje się odpowiedź ostatnia. Nie, żebym się spodziewała wejścia smoka i spacyfikowania dzieciaków, choć dziadek – dodajmy, bo to ważne – jest postawnym mężczyzną w wieku ok. 65 lat i spokojnie rozprawiłby się z nimi jedną ręką i to nie odkładając nawet papierosa. Ale on naprawdę nie zrobił NIC. Choć dzieci lały się nie na żarty, słychać było krzyki, piski i płacze, a potem następował dalszy ciąg awantury, on spokojnie obserwował całe zajście, podczas gdy ja ze znacznie mniejszym spokojem obserwowałam jego…

Ustalmy jedno – warto i należy pozwalać dzieciom na samodzielne rozwiązywanie konfliktów. Przecież kiedy, jak nie w dzieciństwie, powinny się tego uczyć. Ale jest chyba jakaś granica, po przekroczeniu której dorosły powinien interweniować. Dla mnie nieprzekraczalną granicą jest przemoc, która może zakończyć się wyrządzeniem krzywdy drugiemu człowiekowi. Tymczasem dziadek z opisanej wyżej sceny nie zrobił nic – ani w trakcie, ani po zakończeniu konfliktu. Po prostu, kiedy dzieci zmęczyły się tłuczeniem, wyrzucił papierosa i obwieścił, że mogą zjechać jeszcze kilka razy, bo potem czas na obiad. Jest znacząca różnica między kłótnią, nawet głośną i pełną emocji, a regularną, autentycznie niebezpieczną bitką i w momencie, kiedy dzieciaki sięgają po argumenty siłowe, ja wkraczam do akcji bezdyskusyjnie. A jeśli nawet nie zdążę i bicie kończy się przed moją interwencją, nigdy nie zostawiam tego bez komentarza. „W naszym domu się nie bijemy” powtarzam jak mantrę, ucząc moje dzieci, że bicie jest dopuszczalne tylko wtedy, kiedy broni się przed agresywnym atakiem. Mój tata zawsze powtarzał: „nie zaczepiaj, ale nie daj sobie zrobić krzywdy”, a ja wiedziałam, że w sytuacji rzeczywistego zagrożenia mam prawo bronić się wszelkimi możliwymi środkami. Rozumiałam też, co oznacza „rzeczywiste zagrożenie” i wcale nie chodziło o kuksaniec ze strony brata.

Każdy, kto ma więcej niż jedno dziecko, podobnie jak każdy, kto ma rodzeństwo, wie, że konflikty są nieuniknione, i to zarówno te werbalne, jak i fizyczne. Nie oznacza to jednak, że mamy je tolerować bez żadnej reakcji i komentarza. Co więc robić, kiedy wasze dzieci się biją? Może nie ma uniwersalnej recepty i każdy rodzic musi wypracować swoją metodę, ale moja jest następująca:

  1. rozdzielam dzieci, nie pozwalam na zadawanie ciosów, popychanie, szarpanie itd.
  2. mówię stanowczo „w naszej rodzinie się nie bijemy; bicie boli”
  3. uspokajam dziecko bardziej poszkodowane, sprawdzam, czy nie stało mu się coś złego [jeśli ewidentnie jedno było napastnikiem a drugie ofiarą]
  4. uspokajam agresora, nazywam emocje „rozumiem, że jesteś zły, bo.. (np. siostra zniszczyła ci układankę), jednak nie mogę ci pozwolić na bicie siostry”; tłumaczę w kilku słowach (a raczej przypominam), dlaczego nie wolno bić innych – to boli, sprawia przykrość, sprawia, że inni nas nie lubią i nie chcą się z nami bawić
  5. zachęcam dzieci do pogodzenia się – pytam, co mogą zrobić, żeby oboje poczuli się lepiej, sugeruję przeprosiny i przytulenie, ale nigdy nie zmuszam do przeproszenia, jeśli któreś z dzieci odmawia [o tym, dlaczego nie zmuszam do przepraszania, będzie innym razem 🙂 ]
  6. zastanawiamy się razem, co zrobić, żeby uniknąć takich sytuacji w przyszłości np. jeśli konflikt zaczął się od zburzenia wieży z klocków przez Młodszą, ustalamy, że będziemy wieżę budować poza zasięgiem jej łapek (na stole albo w drugim pokoju); jeśli walka zaczęła się od sporu o zabawkę, ustalamy zasadę, że nie zabieramy zabawki lecz proponujemy inną na wymianę i czekamy na zgodę itd.

Ilu rodziców, tyle recept na konflikty fizyczne między dziećmi. Wiele zależy też pewnie od wieku dzieciaków, dynamiki sporów, ich przyczyn itd. Niektórzy do mojego schematu postępowania dorzuciliby pewnie w którymś miejscu karę (za to, że uderzyłeś brata, nie obejrzysz dziś swojej ulubionej bajki; swoje zachowanie przemyślicie w kącie itd.), ale ja osobiście nie jestem zwolenniczką takiego rozwiązania. W moim odczuciu kara oderwana od przewinienia nie wnosi nic dobrego. Raczej wywołuje w dziecku poczucie, że rodzic jest złośliwy i wredny oraz uczy, że ze swoimi przewinieniami powinno lepiej się ukrywać. Serio mówię – pamiętacie kary z dzieciństwa? Ja, siedząc w kącie, wcale nie myślałam o swoim postępowaniu, a raczej użalałam się nad sobą i wściekałam na rodziców, bo w emocjach nie widziałam żadnej logiki i sprawiedliwości w ich postępowaniu (nawet jeśli obiektywnie byłam winna jakiegoś zajścia). Zamiast kar wolę trzymać się metody naturalnych konsekwencji wynikających z pewnych zachowań – bijesz siostrę i teraz ona się ciebie boi, nie chce się z tobą bawić, nie ma ochoty podzielić się zabawką; zepchnąłeś chłopca z karuzeli i uderzył się w kolanko, teraz płacze, a pamiętasz, jak kiedyś ty zraniłaś się w kolanko i to bardzo bolało? Chcę, żeby moje dzieci nie biły innych nie z obawy przed karą, ale ze zrozumienia, że bicie, sprawianie komuś bólu jest złe, a sposobem na rozwiązywanie konfliktów są słowa a nie pięści. Ta metoda wymaga niewątpliwie cierpliwości, powtarzania raz, drugi, dziesiąty i setny, żeby – po pierwsze – słowa dotarły do małej głowy i – po drugie – dziecko nauczyło się kontrolować emocje i wpoiło sobie inne, wolne od agresji reakcje. Czasem wydaje mi się, że walę głową w ścianę, że może porządna kara przyniosłaby szybsze efekty, ale zawsze sobie wtedy powtarzam, że chcę dziecko wychować a nie wytresować. To mi przywraca właściwą perspektywę i pozwala wrócić ze świeżą głową do roli ringowego arbitra… oj sorry… do roli rodzica.

A wy co robicie, kiedy wasze dzieci się biją? Przygotowujecie popcorn i oglądacie przedstawienie, czy raczej staracie się je zakończyć bez ofiar?

Reklamy