Jeśli chodzi o wychowywanie dzieci, można spierać się o wiele kwestii, ale nie da się podważyć jednego – narodziny potomka zmieniają twoje życie diametralnie. I nie mówię tu tylko o odkrywaniu pokładów miłości, jakich sobie nie wyobrażałeś, ale o zwykłym, codziennym funkcjonowaniu. Jeśli jesteś osobą często bywającą poza domem, imprezową, i aktywną, mam dla ciebie złą wiadomość – nadchodzą czasy, kiedy wieczór z lampką wina na kanapie będzie dla ciebie najlepszą imprezą miesiąca…

Nie zrozumcie mnie źle, nie twierdzę, że dziecko uniemożliwia korzystanie z życia i dobrą zabawę, ale przez pewien okres, zwłaszcza na początku i zwłaszcza w przypadku mamy, wymusza na nas zmianę priorytetów. Choć może „wymusza” nie jest najlepszym słowem, bo pewne ograniczenia narzucamy sobie – my, rodzice – sami i przychodzi nam to zupełnie naturalnie. Gorąca impreza w klubie? Nie, dziękuję, usypiam malucha. Spontaniczny wypad na weekend w Budapeszcie? Sorry, moje dziecko ma gile po pas. Choć czasem ciągnie nas jeszcze w stronę zachodzącego słońca dzikich imprezowych wspomnień, wystarczy jeden bezzębny uśmiech, jedna rączka oplatająca się wokół naszego palca, żebyśmy uznali, że na imprezowe szaleństwa już nie czas. A może jeszcze nie czas?

Tak, tak. Wierzcie lub nie, ale niemowlę rośnie szybko i z czasem, który upłynie prędzej niż się wam wydaje, okaże się, że może przetrwać kilka godzin bez mamy czy taty. W miarę, jak bobas zyskuje na samodzielności, rodzice coraz częściej myślą o tym, że warto by było znowu wyjść do ludzi, spotkać się ze znajomymi, porozmawiać o czymś innym niż kolki i kupki. Umówmy się, tatusiowie mają generalnie łatwiej – zwykle to oni pracują, a więc nie dość, że mają okazje do utrzymywania kontaktów towarzyskich, to też ich nieobecność jest dla dziecka jednak łatwiej tolerowalna. Gorzej z mamą, która zostaje w domu z dzieckiem (leży i pachnie… hehehehe…) – nie dość, że przyzwyczajony do niej maluch często trudniej znosi rozłąkę, to i jej samej jakoś trudniej zebrać się do wyjścia – niby by chciała, niby szuka okazji, ale jak przychodzi co do czego, to odkłada imprezę na „po zębach”, „po chorobie”, „po lęku separacyjnym”. Zresztą, co tu kryć, często, gęsto, nie bardzo jest z kim wyjść – z dzieciatymi koleżankami trudno zgrać się w czasie, z bezdzietnymi kontakt często już dawno wygasł… Gorzej jeszcze, jeśli w pogoni za miłością trafiło się do innego miasta, państwa – przyjaciele zostali daleko, tu pod bokiem tylko dziecko i partner [jeśli tak masz, witaj w klubie;-) ] On ma swoich znajomych, coraz częściej napomyka, że chciałby z nimi wyjść, że kontakty trzeba pielęgnować, bo wygasną. Że łatwiej dbać o przyjaźń, niż potem próbować budować nową. I ma rację. Ale kiedy on mówi „chcę się spotkać ze znajomymi”, ty słyszysz „a może weźmiesz dodatkowe godziny roboty po tych zwykłych dziesięciu, które spędzasz z dzieckiem, a potem posiedzisz se sama, kiedy ja będę przyjemnie spędzał czas?” I niby chcesz, żeby się dobrze bawił, ale masz ochotę powiedzieć mu coś bardzo brzydkiego, albo walić głową w ścianę. Bo z jednej strony niech się chłop rozerwie, ale z drugiej – dziecko mamy we dwoje i z pewnych rzeczy trzeba zrezygnować. Czy na pewno? A może by tak spojrzeć na to wszystko z innej perspektywy?

Wbrew pozorom to wcale nie musi być tak trudne. Słowa klucze są dwa – akceptacja i równowaga. To naturalne, że możesz wcale nie być superszczęśliwa, jak on wychodzi – nie oszukujmy się: masz więcej pracy, a on dobrze się bawi. Do tego dochodzi jakiś rodzaj zazdrości, bo on MA z kim wyjść, a twoi ludzie często zostali gdzieś tam po drodze, pogubili się, albo znaleźli nowych współimprezowiczów. Czy jednak taka zazdrość, obwinianie się, roztrząsanie prowadzi do czegoś sensownego? Po co pompować tę banię negatywnych emocji? To nie jest jego wina, że twoi znajomi zostali gdzieś daleko, a jego są blisko. Nie możesz mu ich zabierać, zmuszać do rezygnacji, żeby miał tak samo trudno jak ty. Pójdźcie w inną stronę – daj mu szansę zadbać o te znajomości (wszystko z umiarem oczywiście) i cieszyć się nimi. Kiedyś przecież to mogą być wasi wspólni znajomi! Zamiast zamykać się w domu z dzieckiem czy dziećmi, znajdźcie sposób, żeby te drzwi otworzyć. I dla siebie wspólnie, i dla każdego z was z osobna. Łatwo się mówi, ale trudniej zrobić? Wiadomo, że każda para czy rodzina musi znaleźć swoją drogę. Najłatwiej pewnie jest podrzucić dziecko dziadkom (jeśli jest w wieku, który na to pozwala, a dziadkowie są blisko i chętni), ale co gdy przez większość czasu jesteście zdani tylko na siebie? To też da się zrobić.

Załóżmy więc, że przychodzi ten moment, kiedy – po początkowym okresie fascynacji i kontemplowania małych stópek jako ulubionej formy relaksu – zaczynacie przypominać sobie, że istnieją inni ludzie, z którymi można miło spędzić czas. My mamy dwa sposoby podtrzymywania kontaktów.

Opcja 1 – to takie proste! – z niektórymi znajomymi, nawet bezdzietnymi, spotykamy się całą rodziną, razem z naszymi maluchami. Oczywiście takie spotkanie trzeba odpowiednio zaplanować i przemyśleć – odpada raczej zadymiona knajpa z muzyką na żywo czy koncert rockowy (choć mam kolegę, który swoją roczną niespełna córeczkę zabrał na juwenaliowego grilla i wszyscy świetnie się bawili J ), ale za to zapraszamy znajomych do nas albo wpadamy do nich (jeśli nie straszne im ślinienie dywanu). W lecie świetnym rozwiązaniem są spotkania w plenerze. Oczywiście nie ma co liczyć, że oboje będziecie sobie spokojnie siedzieć i plotkować, a dziecko zajmie się samym sobą, ale odpowiedni podział obowiązków może wam pozwolić cieszyć się czasem z przyjaciółmi. Jeśli macie szczęście, w czasie spotkania przypadnie też drzemka malucha (albo pogaduchy przeciągną się do późna i dziecko pójdzie po prostu spać), a wtedy możecie być nawet królami imprezy.

Opcja 2 – to jeszcze prostsze! – wymieniamy się „wychodnym”. On wychodzi sam z kumplami na piwko, mecz, siłownię czy do muzeum, ale w zamian za to ja dostaję swoje wychodne innego dnia – idę do kina, na spacer, zumbę czy na zakupy (uwaga – Biedra się nie liczy:-p ). Wybieram cokolwiek, co sprawi mi przyjemność, i cieszę się tymi dwiema czy trzema godzinami, kiedy nikt nic ode mnie nie chce. Nie ma „chcę siusiu”, „banan wpadł mi za kanapę”, „boli mnie paluszek” czy „zgubiła mi się lala”.

Jeśli potrzebujesz towarzystwa, a znajomi zostali gdzieś daleko, zawsze możesz poszukać jakichś nowych twarzy – na kursie tańca czy w klubie wielbicieli dobrej książki można nawiązać nowe znajomości, a wspólne zainteresowania to dobry punkt wyjścia do plotek przy kawie. Możesz też umówić się z tą miłą mamą poznaną na placu zabaw, ale najpierw zastanów się, czy na pewno chcesz spędzić swoje wychodne na gadaniu o dzieciach. Jeśli masz taką potrzebę – nie krępuj się. Ona ma takie same doświadczenia jak ty i może też potrzebuje się wygadać. Kto wie, może ona wie, jak odkleić gumę do żucia od twojego nowego płaszcza? Możesz też – jak ja – swoje wychodne spędzić po prostu sama. Wyciszyć się, pomyśleć, zrestartować. Pójść do kina – uwielbiam wyprawy do kina w pojedynkę! A na porannych seansach zdarza się mieć salę tylko dla siebie! Możesz zrobić coś zwykłego albo coś szalonego, przejechać się dorożką albo zjeść loda na ławce w parku, przekopać góry ciuchów w second handzie albo zrobić sobie paznokcie, posiedzieć w ciszy biblioteki albo pójść do knajpy z muzyką na żywo. Ogranicza cię tylko twoja wyobraźnia (no i oczywiście zawartość portfela, ale przecież jego – męża znaczy – też!)

Aha, umówmy się, żeby było jasne – zajęcia dla mam z dziećmi nie są wychodnym! Jeśli wychodzisz, ale w torbie masz pieluchę i mokre chusteczki, a w głowie dziecko, to równie dobrze możesz zostać w domu. Każdej mamie potrzebny jest czasem restart bez dziecka. Tobie też! Upomnij się o swoje wychodne!

Reklamy