Jeśli chodzi o wychowywanie dzieci, to więcej jest chyba kwestii, co do których eksperci się nie zgadzają, niż co do których są zgodni. Jak usypiać, jak karmić, jak nosić, jak kłaść do spania – listę punktów zapalnych można by mnożyć w nieskończoność. Ale chyba nie ma ani jednej osoby, która podważyłaby tę jedną tezę – warto spacerować z dzieckiem od samego początku. Jakiś czas temu pisałam o rzeczach, które sprawiają, że spacery z dziećmi niekoniecznie są moją ulubioną rozrywką klik. Ale jest i druga strona – oto dlaczego spacery z maluchem (a nawet dwoma) mogą być naprawdę fajne.

1. Zobacz, mamo!

Choć może zabrzmi to banalnie, my, dorośli, tracimy wrażliwość na małe rzeczy. Pędzimy przed siebie, odhaczamy kolejne zrealizowane cele, skupiamy się na zadaniach. Spacer to jeden z nich – droga do parku, kilka alejek, plac zabaw, droga do domu. Jeszcze tylko nakarmić wiewiórki czy kaczki, wtaszczyć wózek po schodach kamienicy i zrobione. Gdzieś kątem oka zauważamy, że zmienił się kolor liści („no tak, już jesień, zaraz zacznie się chorowanie”), spadł śnieg („kurcze, a opony ciągle nie zmienione na zimówki!”), załatali dziurę w chodniku („w końcu ktoś pomyślał!”). Rozglądamy się tylko, żeby ominąć kałuże, nie wdepnąć w psią kupę na trawniku albo ochronić dzieci przed zderzeniem z rozpędzonym rowerzystą. Maluchy widzą wszystko inaczej. „Mamo, zobacz!” – słyszysz co chwilę pełne entuzjazmu okrzyki wywołane przez żuczka, zaschnięte w dziwne kształty błoto, ścigające się wiewiórki. Źródłem ekscytacji i pochłaniaczem uwagi przedłużającym i opóźniającym każdy krok może być kolorowy liść, kamień, kwiatek. Cokolwiek. Z irytacją wzruszamy ramionami próbując wykrzesać z siebie odrobinę zainteresowania czymś, co jest takie… zwykłe. Ale czy na pewno? A gdyby tak spojrzeć na świat oczami dziecka? Przyjrzeć się z bliska korze drzewa? Zamieść parkową alejkę miotłą z wysuszonej gałęzi? Pobiec „z górki na pazurki” po pochyłym trawniku? Łowić ryby patykiem w kałuży?

Kiedy traktowałam spacer jako kolejny obowiązek z zakresu wychowywania dzieci, śpieszyłam się z realizacją codziennego planu, irytowałam, że „mieliśmy iść do kaczek, a stoimy przy tym krzaku 10 minut”, wracałam do domu zmęczona i zniechęcona. Zmiana podejścia, przyjęcie bardziej dziecięcej perspektywy, uratowało dla mnie spacery. Co z tego, że przez godzinę idziemy jedną krótką alejką i zatrzymujemy się co dwa kroki? Co z tego, że zamiast wiewiórek oglądamy ślady butów na piasku? Co z tego, że zamiast zjeżdżać na zjeżdżalni usypujemy kopiec z suchych liści? Spacer to dla maluchów nie przejście z punktu A do punktu B przez punkt C, ale sposób na poznawanie świata, odkrywanie kolejnych jego aspektów, eksperymentowanie. Pozwólmy im zrobić to w ich własny sposób. Pozwólmy sobie spojrzeć na świat także ich oczami. To może być bardzo ciekawe doświadczenie. I dobra zabawa. Sprawdziłam.

2. Akcja mobilizacja

Choć maksymalnie daleka jestem od stwierdzenia, że mama „siedzi” w domu z dziećmi, to przyznaję jednocześnie, że to „siedzenie” może w pewien sposób rozleniwić. O ile nie jesteś szczęściarą z własnym ogrodem, która po prostu otwiera drzwi i już jest na spacerze (po drobnej komplikacji w postaci ubierania potomstwa), to wyjście choćby do parku oznacza całą eskapadę – pakowanie torby, windy, schody, nierówne chodniki, siku pod krzaczkiem, cyc na ławce itd. W takim kontekście zostanie w domu często jest kusząco wygodniejszą perspektywą – łatwiej upilnować dzieci, wszystko jest pod ręką, że o tym całym ubieraniu już nie wspomnę. No i trzeba wyskoczyć z własnego dresiku i włożyć coś bardziej wyjściowego… Uczesać się, może chociaż oko machnąć… Dużo zachodu 😛 Może za dużo?

Wierzcie lub nie, ale spacery z dziećmi lubię też za to, że chronią mnie przed takim rozleniwieniem, „rozmemłaniem” (jak mawia moja mama). Mobilizują po prostu. Fakt, że spacer jest stałym elementem dnia (chyba że pogoda wyjątkowo nie sprzyja albo chorujemy), naszym wspólnym nawykiem, pozwala nam lepiej się zorganizować, urozmaica codzienny harmonogram, odrywa od domowych pieleszy. Przy okazji to dodatkowa szansa na ruch na świeżym powietrzu, który jest ważny nie tylko dla dzieci, ale też dla mamy – daje szansę na odzyskanie czy zachowanie formy fizycznej i pozwala zadbać o równowagę psychiczną. Ale o tym w kolejnym punkcie.

3. Wymęczyć wroga

Wszyscy wiemy, że dzieci mają niespożytą energię. Potrafią szaleć przez cały dzień, jakby miały motorki w wiadomej części ciała (oczywiście osłabną gwałtownie, jak tylko poprosisz je o pomoc w sprzątaniu 😉 ). Są momenty, kiedy czujesz, że rozniosą ci chatę, jeśli nie znajdziesz wentyla bezpieczeństwa. Spacer może spełnić taką właśnie rolę. Brzmi to jak truizm, ale wybiegane dzieci są po prostu bardziej znośne. Po dobrej dawce ruchu i parkowo-placozabawowego szaleństwa schodzi z nich trochę pary i łatwiej można je namówić na zabawy, które nie skończą się wiszeniem na żyrandolu. Istnieje oczywiście ryzyko, że wybiegawszy się w parku, dziecko zapadnie w błogą drzemkę w trakcie drogi powrotnej w wózku (jeśli go masz) albo już w domu. To dlatego ja wybieram się na spacery przed południem – drzemka na tym etapie dnia nie przeszkadza mi, a wręcz przeciwnie. Po południu sytuacja się zmienia – żadnemu rodzicowi nie muszę chyba tłumaczyć, co czujemy, gdy nasz trzylatek zasypia o godzinie 17…

5. Rozproszenie hałasu

Są takie dni, kiedy przebywanie w mieszkaniu grozi trwałym uszkodzeniem słuchu. Kochająca zwykle pluszaki i książeczki Starsza nagle zaczyna wyciągać z czeluści szafy wszystkie chińskie zabawki wygrywające skoczne melodie. Oczywiście bez regulacji głośności. Młodsza nawala pałeczkami w otrzymaną od Mikołaja perkusję (dzięki, braciszku… w przyszłym roku wasza córka dostanie trąbkę) albo ćwiczy świeżo nabytą umiejętność dmuchania w flecik. W przerwach krzyczą, piszczą albo wyrywają sobie zabawki, co skutkuje jeszcze większą lawiną krzyków i pisków. A ja mam wrażenie, jakbym siedziała w środku pudła rezonansowego. I wtedy właśnie łono natury okazuje się zbawieniem. Szum drzew, śpiew ptaków… hehe… Jeśli liczysz na to, że się nimi nacieszysz, to jesteś optymistą.

Bądźmy szczerzy – jeśli dzieci mają dzień szajby, marne szanse, że nagle wyłączą się po przekroczeniu bram parku. Jedyna pociecha w tym, że na otwartej przestrzeni ten hałas jest jakby mniej dokuczliwy (jeśli oczywiście nie stresują cię potępiające spojrzenia miłych starszych pań) i mniej… hałaśliwy. Zresztą, umówmy się – dźwięki paszczowe są zwykle bardziej znośne niż te wszystkie przebijające bębenki melodyjki z grających zabawek, a w dodatku – przy odrobinie sprytu – możesz je kontrolować. Kto powiedział, że od okrzyków wojowników atakujących zamek, nie możecie przejść do naśladowania głosów zwierząt, żeby skończyć na zabawie w echo czy imitowanie szumu wiatru? Zawsze warto spróbować. A jeśli się nie uda i małe demony zaczną roznosić system, zawsze możesz spojrzeć w drugą stronę i udawać, że to nie twoje dzieci 😉

5. Nawiązywanie kontaktów

Że mamy „siedzące” w domu bywają samotne, napisała przepięknie Jaskółka o tutaj. W naszych czasach coraz rzadziej istnieją domy wielopokoleniowe, coraz częściej dzieckiem i kolejnymi dziećmi zajmuje się sama jedna mama. Ojciec oczywiście jest, często pomaga, jak może, ale jednak to ona zmaga się z rzeczywistością każdego dnia, każdego identycznego dnia, którego rytm wyznaczają drzemki, posiłki, spacery, zabawy. Siłaczka codzienności. Przez te osiem czy dziesięć godzin, kiedy jest z dziećmi sama, często najbardziej brakuje jej po prostu kogoś dorosłego, do kogo można otworzyć usta, wymienić kilka zdań, zapytać o coś i dostać normalną odpowiedź. Jasne, rosnące dziecko staje się coraz ciekawszym partnerem do rozmów, ale zanim nastąpi ten etap, przetrwać trzeba okres konwersacji absolutnie jednostronnych, a to wcale nie jest proste, zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z matką do tej pory bardzo towarzyską. Spacer łączy nas wszystkie. Staje się okazją do tych spotkań, krótkich, a może z czasem coraz dłuższych rozmów na codzienne tematy, zwykle o dzieciach, z rzadka o czymś innym. Zaczyna się od zdawkowych „ile ma lat?”, „gdzie Pani kupiła te butki?”, przechodzi przez „jakie przedszkole polecacie?”, „a ten pediatra to sensowny?”, a kończy na „mój stary doprowadza mnie do szału!”. Spacerując z moimi dziećmi, wpadając zawsze na ten sam plac zabaw, widzę mamy, które przez te codzienne spotkania zdążyły się już nie tylko poznać, ale nawet zaprzyjaźnić. Umawiają się na wspólne spacery, czekają na siebie obok karuzeli, na swój widok rozpromieniają się uśmiechem. A ja z nimi. Cieszę się, że ten dziecięcy spacer daje coś także im.

6. Kumulacja szczęścia

Bo czasem… bardzo, bardzo rzadko… ale jednak… na spacerze zasypiają obie na raz! A ja mogę wtedy po prostu pospacerować. I pomyśleć. Ciiii… nie budźcie ich 😉

PS. Wiem o smogu. Nie o tym jest ten tekst.

Reklamy