Kiedy rodzi się dziecko, życie zmienia się nieodwołalnie. To banał, ale też sama prawda. Z pojawieniem się maluszka, pojawiają się nowe obowiązki, zmieniają priorytety, napływają nowe emocje. Doba wydaje się skracać, czasu na sen brakuje. Brakuje też czasem rąk do pracy. Zanim wdrożysz się w nowy rytm, zanim nauczysz się funkcjonować z tym małym człowiekiem, zanim przyzwyczaisz się do nieprzespanych nocy (tak, tak, można się przyzwyczaić do chronicznego braku snu!), marzysz czasem, żeby ktoś zabrał dziecko choć na godzinę, żeby nadgonić zaniedbane obowiązki, umyć włosy bez nasłuchiwania płaczu, zjeść obiad na ciepło albo po prostu się przespać. Wiele mam nie ma tego luksusu. Żyjemy coraz częściej „na swoim”, wielopokoleniowe domy odchodzą w niepamięć, a wraz z nimi pojawia się konieczność radzenia sobie samemu. Czy raczej samej. Partner, owszem, stara się pomóc, ale przecież w końcu wychodzi do pracy, zamyka za sobą drzwi, zostawiając cię w wirze kolek, pieluch, pierwszych ząbków i przecierowych zupek. Zostajesz sama i zastanawiasz się często, w co ręce włożyć. Gdzie te czasy, gdy na podorędziu była zawsze mama, babcia, ciocia, sąsiadka? Fajnie by było mieć je tuż za ścianą, no nie? Czy aby na pewno?

Mówi się, że, „aby wychować dziecko, potrzebna jest cała wioska”. Często spłycamy dziś znaczenie tego wyrażenia – myślimy o pomocnej dłoni udzielonej młodej mamie, podczas gdy chodzi przecież o coś znacznie głębszego – wspólnotową odpowiedzialność za dziecko, jako część plemienia. W naszych czasach struktura społeczna zmieniła się tak dogłębnie, że nie ma już powrotu do dawnej wizji świata. Możemy wspominać z nostalgią dawne czasy, ale dziś już dzieci nie biegają z kluczem na szyi, sąsiadki nie zbierają ferajny na podwieczorek, wujek nie ukróci zapędów, kiedy zaczną rozrabiać. Dzisiaj odpowiedzialny za dziecko jest jego rodzic, tylko i wyłącznie, i to właśnie ta odpowiedzialność przytłacza młode mamy. Na lepsze, czy gorsze, świat się zmienił – zamiast wioski opiekującej się wspólnie dzieckiem, mamy sąsiadki ładujące się z butami do twojego domu, wygłaszające złote rady i… wychodzące chyłkiem, kiedy coś pójdzie nie tak. Zamknięte w domach mamy, samotnie zmagające się z wysiłkiem opieki nad dziećmi, szukając najbardziej podstawowej pomocy, zapominają o jednym poważnym ryzyku – otwierając drzwi na pomocną dłoń, często otwierasz je na falę dobrych rad, których wcale nie potrzebujesz. Dobrych rad, które podkopią twoją wiarę w siebie, zniszczą z trudem budowane fundamenty macierzyństwa, zakwestionują twoje metody, podejście, cele. Nie przeczę, oni (a częściej one) mają dobre chęci. Ale to nie zmienia faktu, że – jeśli w porę nie postawisz granic – mogą w imię niesienia pomocy, zepchnąć cię do pozycji, w której sama zaczniesz potrzebować KOMPLEKSOWEJ pomocy. Ja mówię im stop. Nie potrzebuję waszej wioski. Zabierzcie swoje dobre rady i wyjdźcie z mojego salonu!

Droga babciu, siostro, koleżanko, ciociu, teściowo, sąsiadko…

Mówisz mi, że moje dziecko za mało je, że jest za chude, że niewłaściwie je karmię. Że to całe BLW to jakiś nowomodny wymysł, bzdura jakaś. Że kiedyś to się dzieci karmiło, jak Pan Bóg przykazał. Że dopóki talerz nie był czysty, nie było deseru. Że ten sos to zbyt tłusty, a surówkę trzeba dosłodzić, to zje więcej. Że trzeba „za mamusię i za tatusia”, albo bajkę opowiedzieć, to upchniesz jeszcze ze trzy łyżki. Że mięso można schować pod ziemniakiem.

A ja Ci mówię, że je tyle, ile potrzebuje. Że nie jest chude, tylko drobne. Że karmię je najlepiej, jak potrafię. Że BLW się doskonale sprawdza, a moje dziecko zamiast papki z marchewki i królika, je kaszę gryczaną, brokuły, krewetki, oliwki i całe mnóstwo produktów, których dzieci zwykle nie lubią. Że wie, jak wyglądają, smakują i pachną różne produkty. Że chętnie próbuje nowości. Że nie będę dosładzać, bo wolę, żeby zjadł dwie łyżki samej marchewki z jabłkiem niż cztery łyżki marchewki z łyżką cukru. Że nie opowiadam bajek przy jedzeniu, bo dzięki temu skupia się na talerzu. Że nie ma jeść „za mamusię i za tatusia” tylko dla siebie. Tyle, ile potrzebuje. Ani mniej, ani więcej. A deser nie jest nagrodą za pusty talerz tylko częścią posiłku. I nie jest więcej ani mniej warty niż pozostałe części obiadu.

Mówię Ci to wszystko, ale Ty nie rozumiesz. Nawet nie słuchasz.

Więc mówię Ci po prostu: TO NIE TWOJA SPRAWA!

Mówisz mi, że źle je ubieram. Że kto to widział bez czapki, bez rajstopek. Że nie można bez kapci. Że jak się uczy chodzić, to trzeba je wsadzić w buty z wysoką cholewką. Że pod kombinezon koniecznie wełniany sweter. Że kurteczka nie zapięta, a inne dzieci to mają nawet szaliki. Że bez rękawiczek grzebie w śniegu i dostanie zapalenia płuc.

A ja Ci mówię, że skoro jest ciepło i ja sama nie mam czapki, to ono też nie musi. Że rajstopki przy 30 stopniach to przesada. Że kapcie może i były niezbędne na zimnych kaflach, ale na naszych wykładzinach wystarczą skarpetki. Że ortopedzi zalecają, żeby maluchy jak najwięcej chodziły na boso, bo to dobre dla małych stópek. Że nie chcę przegrzewać. Że od zmarzniętych na śniegu rąk jeszcze nikt nie umarł. Że odczuwanie temperatury jest subiektywne, a inne dzieci mnie nie interesują. Że chcę, żeby się uczyło odpowiedzialności i oceniania swoich potrzeb. Żeby potrafiło powiedzieć „jest mi zimno, potrzebuję swetra” albo „gorąco mi, chcę zdjąć bluzę”.

Mówię Ci to wszystko, ale Ty nie rozumiesz. Nawet nie słuchasz.

Więc mówię Ci po prostu: TO NIE TWOJA SPRAWA!

Mówisz mi, że za dużo je przytulam. Że nie muszę biec na każde kwilenie niemowlaka. Że niech się wypłacze, bo poćwiczy płuca. Że mną manipuluje. Że przytulenie powinno być nagrodą za dobre zachowanie. Że „nie noś, bo się przyzwyczai”. Że półroczny maluch to już powinien się trochę sam sobą zająć. Że po co mi ta chusta, to nosidło. Że kojec mi konieczny, niezbędny jest do szczęścia.

A ja Ci mówię, że będę przytulać, ile tyle sił mi starczy. Że będę biec, kiedy tylko zapłacze. I nosić, i tulić, i całować, i kołysać. Nie martw się o moje plecy, o moje ręce – świetnie sobie radzę z tym noszeniem. Żeby dać mu poczucie bezpieczeństwa. Żeby bicie mojego serca ukołysało je do snu. Mówię Ci, że nie ma w moim domu miejsca na tortury, na wypłakiwanie. Że ćwiczenie płuc to bzdura. Że nieutulony płacz podnosi poziom szkodliwego kortyzolu. Że przytulenie to nie nagroda, tylko zaspokojenie podstawowej potrzeby dziecka – potrzeby bliskości. Że jeśli się przyzwyczai do noszenia, to będę szczęśliwa, że daję mu coś wyjątkowego. Zresztą, bez obaw, będzie miał mnóstwo czasu, żeby się odzwyczaić. Widziałaś kiedyś, żeby ktoś nosił dziecko do podstawówki? Do gimnazjum?

I mówię Ci jeszcze, powtarzam wielokrotnie, że niemowlę, które nie potrafi jeszcze nawet podnieść głowy, nie jest manipulującym geniuszem zła, tylko maluszkiem, dla którego płacz to jedyna forma komunikacji. Że jest bezradne, zagubione, często przytłoczone nowymi bodźcami i przerażone obcym światem dookoła. Że jestem i będę dla niego ostoją. Że chusta i nosidło to nieodzowny element mojej rzeczywistości, mojej wizji wychowania, mojego rodzicielskiego planu. Że może kojec ułatwił ci życie, ale ja go nie chcę i nie potrzebuję. Że doskonale radzę sobie bez niego, nawet jeśli wymaga to czasem więcej wysiłku.

Mówię Ci to wszystko, ale Ty nie rozumiesz. Nawet nie słuchasz.

Więc mówię Ci po prostu: TO NIE TWOJA SPRAWA!

Mówisz mi, że dziecko w tym wieku (nieważne, czy to sześć miesięcy, rok, dwa lata) powinno samo zasypiać. Że rozpuszczam je, nosząc na rękach i śpiewając kołysanki. Że jest taka świetna metoda „5-3-1”. Że są nawet trenerzy snu, którzy nauczą twoje dziecko zasypiać. Że popłacze jedną, dwie noce, ale potem zaśnie, bo zrozumie, że nie przyjdziesz, więc nie ma po co płakać. Że te wszystkie bajki, tulaski, trzymanie za rękę do momentu zaśnięcia to jakiś wymysł.

A ja Ci mówię, że dzieci są różne. Że jedna zasypiają same w minutę, a inne potrzebują czasu, ciepła, obecności rodzica. Że noszenie na rękach i śpiewanie kołysanek to nasz rytuał, a dzieci tak szybko rosną, że nawet nie zdążę się nim nacieszyć, a ten okres się już skończy. Że metody „5-3-1” i inne treserskie wymysły są okrutne i nie ma na nie miejsca w moim domu. Że nie ma we mnie zgody na to, żeby dziecko zasypiało z płaczem i samo siebie utulało do snu w rozpaczy. Że jeśli moje dziecko przestanie płakać, bo uzna, że nikt do niego nie przyjdzie, że nie może na mnie liczyć, że jego emocje się dla mnie nie liczą, to będzie dla mnie rodzicielska porażka a nie pedagogiczny sukces. Że te wszystkie bajki, tulaski, trzymanie za rękę to chwile, kiedy budujemy naszą relację. I że są ważne tak samo dla niego, jak i dla mnie. Że odgłos jego uspokajającego się oddechu, delikatny uśmiech na twarzy, zamknięte powieki, to najpiękniejsze elementy mojego dnia. Że bez ucałowania go na dobranoc nie wyobrażam sobie udanej nocy.

Mówię Ci to wszystko, ale Ty nie rozumiesz. Nawet nie słuchasz.

Więc mówię Ci po prostu: TO NIE TWOJA SPRAWA!

Mówisz mi: „kto to widział spać w łóżku z dzieckiem?”. Że Ty odkładałaś, bo inaczej nie mogłaś się wyspać. Że to niewygodne, niebezpieczne, niehigieniczne. Że to niewłaściwe. Oburzasz się, że nie odkładam go do łóżeczka. Że nie ma swojego pokoju, tylko gnieździ się z nami w sypialni. Straszysz, że nigdy się od niego nie uwolnimy. Że nigdy nie będzie chciał spać sam. Że zniszczy nasze życie intymne, rozwali nam małżeństwo. Że nie będziemy mieć więcej dzieci.

A ja Ci mówię, że to dla nas najlepsze rozwiązanie. Że Ty mogłaś odkładać, ale ja znacznie lepiej śpię z maluchem przy boku. Że tak mi wygodniej karmić, że przestrzegamy wszystkich zasad bezpieczeństwa i higieny. Że nie widzę w tym nic niewłaściwego. Że to naturalne i nawet zwierzęta śpią ze swoimi małymi. Że nie odkładam do łóżeczka, bo się rozbudza, budzi co chwilę. Że nie opłaca mi się co chwilę chodzić, żeby go nakarmić. Tłumaczę, że przeniesie się do swojego łóżka, kiedy będzie taka potrzeba. Że starsze nie miało z tym problemów. Że do wszystkiego stopniowo się dorasta. Że wyszło z naszego łóżka i śpi samo, choć czasem wpadnie jeszcze na porannego przytulaska.

I choć nie wierzę, że i z tego się tłumaczę, zapewniam Cię, że nasze życie intymne ma się doskonale, a nasze małżeństwo jest silniejsze niż kiedykolwiek. Nie wiem, czy wiesz, ale seks można uprawiać nie tylko w sypialni. Nie tylko na łóżku. Że jakoś udało nam się zrobić drugie dziecko, a nawet myślimy o kolejnych.

Mówię Ci to wszystko, ale Ty nie rozumiesz. Nawet nie słuchasz.

Więc mówię Ci po prostu: TO NIE TWOJA SPRAWA!

Mówisz mi: „to ty DALEJ karmisz?”, choć moje dziecko ma ledwo pół roku. Choć ma rok, dwa lata. Mówisz mi, że karmiłaś tylko dwa miesiące i też było dobrze. Że bez sensu tak się trzymamy tego cyca. Że ciągle wisi na piersi, więc się nie najada. Że sąsiadki córka to daje swojej małej tamto super mleko z puszki i ona tak świetnie przybiera na wadze. I skórę ma jakby lepszą. I ta matka to sobie może spokojnie wyjść nawet na całą noc, a dzidziusia zostawić z dziadkami. Że po roku to już sama woda. Że robię mu krzywdę i krzywię go psychicznie. Że już dawno powinnam mu dać marchewkę i zupę z butelki. A tę herbatkę to trzeba dosłodzić.

I jeszcze mi mówisz, że nie powinnam jeść ogórków i kapusty, i kalafiora, bo przenikają do mleka i dziecko ma kolki. Że jak mały płacze, to pewnie przez tę jajecznicę, bo kto to widział smażone dla matki karmiącej. Że na wigilię to mogę tylko ruskie i rybę na parze. A najlepiej to ryż i marchew i gotowanego kurczaka. Bez soli, wiadomo, bo sól to źle, i szkodzi. A inne przyprawy też niedobre, bo dziecko nie będzie mleka jadło. Zresztą może to i lepiej, bo jak mu się da tamto z puszki i doda kleiku, to na pewno prześpi całą noc. Bo kto to widział, tak karmić co chwilę, na żądanie. Kiedyś to się robiło nocną przerwę sześciogodzinną, a jak płakało, to dawało się wodę z glukozą. I dobrze było. A nie dziś, jakieś wymysły. I potem wisi to dziecko na cycku przez całą noc, zamiast spać, jak przystało na grzeczne niemowlę.

A ja Ci mówię, że tak, dalej karmię. Choć ma sześć miesięcy, rok, dwa lata. I że wcale nie wiem, kiedy ta mleczna droga się skończy. Że zalecenia WHO i organizacji pediatrycznych są jasne – wyłącznie piersią do ukończenia 6 miesiąca życia, mleko mamy jako podstawa do roku, a potem dalsze karmienie do dwóch lat i dłużej, jeśli mama i dziecko mają na to ochotę. My mamy! I choć przekonujesz mnie, że zalecenia się zmieniają i trzeba ufać twojemu doświadczeniu a nie aktualnej nauce, to ja pozwolę sobie zawierzyć badaniom, bo one potwierdzają to, co intuicyjnie czuję. I właśnie dlatego ci mówię, że mleko nie traci na wartości, nie zmienia się cudownie w wodę, ani w wino, bo to nie Kana Galilejska. Że nie chcę puszek, bo mleko modyfikowane jest środkiem zastępczym dla dzieci, które z jakichś przyczyn nie mogą dostać mleka mamy. Że nie będę dopajać, przepajać, przyzwyczajać do butelki. Że nie potrzebuję wyjść na całą noc. Że marchewkę dostanie w odpowiednim czasie, a zupę zjemy łyżeczką i rączkami a nie z butelki i smoczka. I jeszcze ci mówię, i powtarzam do znudzenia, że nie ma absolutnie żadnych badań potwierdzających, że długie karmienie piersią szkodzi psychice dziecka, uzależnia, wypacza, krzywi. Oj, ileż by dali producenci mleka w proszku, żeby takie badania były. Podejrzewam nawet, że pewnie sami takie finansują, ale wyników brak. Nie ma, nie ma dowodów. A twoje domysły mnie nie przekonują, domorosły Freudzie.

I jeszcze mówię Ci, że dieta mamy karmiącej nie oznacza rezygnacji ze wszystkiego, co smaczne. Że powinna być po prostu zdrowa. Że po kapuście wzdęcia mogę mieć ja, a nie dziecko. I że pestki z truskawek nie wchodzą do mleka. Że kolki to efekt niedojrzałego układu pokarmowego malucha, a nie konsekwencja kukurydzy, którą zjadłam na obiad. Mówię ci też, że to fascynujące, jak dziecko uczy się smaków także przez karmienie piersią. Że wiele z nich już zna z okresu ciążowego. Że nie będę mu dawać kleiku na noc, bo to wcale nie gwarantuje przespanej nocy. Że od nocnej przerwy się odchodzi, bo dziś już wiemy, że nocne mleko ma inny skład od dziennego i jest niezwykle cenne dla dziecka. Że warto i trzeba karmić w nocy. I jeszcze wiele bym ci chciała opowiedzieć o mleku mamy. Czytałam dużo o magii, jaka się w nim kryje, o tym, jak się zmienia i dopasowuje do dziecka, o przeciwciałach, komórkach macierzystych.

Mówię Ci to wszystko, ale Ty nie rozumiesz. Nawet nie słuchasz.

Więc mówię Ci po prostu: TO NIE TWOJA SPRAWA!

Mówisz mi, że na zbyt dużo mu pozwalam. Że jest rozpuszczone, że mną rządzi. Że to rodzic ma zawsze rację. Że po co się tłumaczysz? Że kiedyś to dzieci znały swoje miejsce, nie odzywały się nieproszone. Że kara to najlepsze narzędzie wychowawcze, że postawić do kąta, nie zwracać uwagi, w tyłek dać, to się od razu uspokoi. Że jak odwala histerię w sklepie, to wyjść i je zostawić, to nigdy więcej tak nie zrobi. Że tym piskiem i łzami wymusza przytulanie. Że póki się nie uspokoi, niech siedzi w swoim pokoju. Niech sobie przemyśli. Że twoje dzieci nie były takie niegrzeczne.

A ja Ci mówię, że nie podoba mi się taka metoda. Możesz się oburzać, ale nie uważam, że rodzic zawsze musi mieć rację. Że uzasadnienie „bo tak” z mojej strony, nie jest żadnym uzasadnieniem, a jeśli nie umiem czegoś racjonalnie wytłumaczyć, to dlaczego mam to wymuszać? Że nigdy nie uderzę swoje dziecka, bo bicie to nie jest żadna metoda. I choć ciągle słyszę od ciebie „ja nie raz dostałam i wyszłam na ludzi”, to znacznie bardziej przekonują mnie badania dowodzące, że bicie nie tylko nie rozwiązuje problemu, ale po prostu szkodzi. A moja intuicja mi mówi, że agresją nie nauczę dziecka niczego dobrego. Że nie mam prawa wyładowywać swojej frustracji na tym maluchu, za którego jestem odpowiedzialna. I że nie chcę budować swojego autorytetu na strachu.

Potem tłumaczę Ci, że dla mnie dziecko to po prostu mały człowiek, z prawem do własnych uczuć, preferencji, obaw, zachcianek. Do własnych emocji. Tych dobrych i tych złych. Że jego miejsce nie jest w kącie, że staram się mu wpoić zasady dobrego wychowania, ale nie powiem mu nigdy, że „dzieci i ryby głosu nie mają”. W moim domu dzieci mają głos – są częścią rodziny i lubię poznawać ich opinie. Lubię, kiedy uczestniczą w planowaniu naszego życia, dzielą się swoimi marzeniami, wychodzą z propozycjami. I jeszcze ci mówię, że nie wierzę w kary i nagrody, że metoda kija i marchewki dobra jest może dla osła, ale ja uważam moje dziecko za mądrzejsze. Że chcę mu pokazywać konsekwencje własnych zachowań, uczyć odpowiedzialności za własne czyny, empatii, szacunku do innych, troski, cierpliwości. Że chcę, aby rozumiało emocje własne i innych. Żeby motywacji szukało w sobie, a nie w nagrodach. Żeby swoją samoocenę opierało nie na tym, jak postrzegają je inni, ale na swoich własnych odczuciach i przekonaniach.

A potem tłumaczę Ci i powtarzam, że nie zostawię histeryzującego dziecka w sklepie. Ani w domu, ani w parku. Ani nigdzie indziej. Że nie możesz wymagać od trzylatka, by kontrolował swoje emocje, skoro sama czasem wybuchasz. Że na pewno nie zostawię go samego z tą rozpaczą, gniewem, strachem, zagubieniem. Że pomogę mu sobie poradzić z tymi uczuciami. Najlepiej, jak potrafię, choć pewnie niedoskonale. Że zawsze może liczyć na moje otwarte ramiona, na przytulenie, na rozmowę. Na otarcie łez. I nie musi zamykać się ze swoimi emocjami w swoim pokoju, nie musi tłamsić ich w kącie. Niech wie, że kocham je niezależnie od tego, jak bardzo jest wściekłe i rozżalone. Że – choć nie pozwalam mu na pewne czyny – akceptuję jego emocje. I że może nie podobać mi się jego zachowanie, ale kocham je nadal tak samo mocno. Tłumaczę Ci, że – jeśli już upierasz się przy tej „grzeczności” – to moje dziecko nie jest niegrzeczne, ale po prostu czasem niegrzecznie się zachowuje. I że to jest znacząca różnica.

Mówię Ci to wszystko, ale Ty nie rozumiesz. Nawet nie słuchasz.

Więc mówię Ci po prostu: TO NIE TWOJA SPRAWA!

I jeszcze wiele rzeczy mogłabym Ci powiedzieć. Kwestii, w których się nie zgadzamy, jest przecież tak wiele. Smutne jest to, że one wszystkie nie miałyby najmniejszego znaczenia, gdybyś przyznała mi jedno prawo – prawo do wychowywania dzieci tak, jak uważam to za słuszne. Tylko tyle i aż tyle. Wychowałaś swoje dzieci najlepiej, jak potrafiłaś. Nie neguję tego. Chwała Ci za to. Ale to, że twoja metoda się sprawdziła, nie oznacza, że jest jedyną właściwą. Nie oznacza, że jest jedyną dobrą. I nie oznacza, że sprawdzi się i u mnie. Bo też ja jestem od Ciebie inna i moje dziecko jest inne od twoich. Zaakceptuj to – twoje pięć minut już minęło. Pozwól teraz mi wykonać moją pracę.

Ja wiem, Ty chcesz dobrze. To twój wnuk, chrześniak, bratanek. Chcesz dla niego jak najlepiej. Ale skąd w tobie taka wiara, że tylko Ty znasz właściwą drogę? Czy to nie jakiś przerost pewności siebie? Długo kiwałam grzecznie głową, ale teraz powiem Ci prawdę – twoje wieczne doradzanie mi nie pomaga. Nie chcę wciąż słuchać, że wszystko powinnam robić inaczej. Że wszystko robię nie tak. Ja wierzę w moje metody. Wierzę, że one się sprawdzają. Jeśli mam wątpliwości, szukam, drążę, czytam, konsultuję się z ludźmi, którzy są dla mnie autorytetami. Nie wstydzę się prosić o pomoc, ale na koniec sama podejmuję decyzje. Być może się mylę, ale nie do Ciebie należy ocena tego. To ja będę się musiała zmierzyć z konsekwencjami moich błędów. Nie Ty. Więc może umówmy się, że, jeśli będę potrzebowała rady, po prostu Cię o nią poproszę.

Ale nie, znam Cię dobrze, wiem, że ta prośba nie zadziała. Wiem, że nie powstrzymasz się od złotych rad. Więc może pójdźmy na kompromis. Skoro już musisz, bo inaczej się udusisz, daję Ci prawo do wyrażenia swojej opinii jeden raz w danym temacie. Obiecuję, przemyślę ją. Jeśli mnie przekona, wprowadzę ją w życie. Jeśli nie, twoje jęczenie i wielokrotne powtarzanie naprawdę niczego nie zmieni. Poza naszymi relacjami. Na minus oczywiście.

Mówisz mi, że przecież „masz jakieś prawa”, a ja Ci mówię, że masz prawo poznać moje dziecko, cieszyć się nim, bawić się z nim, spędzać z nim miło czas. Ale o jego wychowaniu będę decydować ja i tylko ja. Jego wychowanie, jego dobrostan, jego szczęście to moja, nie Twoja sprawa. I wtedy mówisz mi, że jest ci przykro, i ja to rozumiem. Naprawdę rozumiem. Ale jesteś dorosła i poradzisz sobie ze swoimi emocjami. Dla mnie liczą się uczucia mojej rodziny, moje i mojego dziecka. Pozwól, że skupię się na nich.

Reklamy