Usypiam Młodszą. Właściwie leżymy już razem na łóżku, ona kończy jeść i powoli odpływa. Ale wiem dobrze, że jest jeszcze zbyt szybko, żeby odebrać jej cyca i odejść do swoich obowiązków. I wtedy na scenę wkracza Starsza. Jako że przyswoiła sobie jako tako powtarzane miliard razy prośby „kiedy usypiam siostrę, a ty czegoś potrzebujesz, nie krzycz, tylko przyjdź i po cichutku powiedz”, przychodzi na paluszkach i teatralnym szeptem melduje „Mamooo… chcę siusiu”. Za sobą ciągnie drewnianą kaczkę. W myślach dziękuję losowi, że mamy w sypialni wykładzinę, która tłumi kłapanie gumowych łap.

Ja: Twoja siostra właśnie zasypia. Dasz radę chwilę wytrzymać?
Ona: Nie.
Przestępuje z nogi na nogę, więc jestem skłonna jej uwierzyć. Ale przecież nie mogę się teraz ruszyć.
Ja: A może spróbujesz zrobić sama? Weź stołeczek pod nogi.
Ona: Dobrze.
Słyszę stukot małych stópek i otwierane drzwi. Po chwili wraca.
Ona: Ale w kibelku jest ciemno.
No tak, zapomniałam. A do kontaktu nie sięgnie.
Ja: To może weź sobie nocniczek do salonu?
Ona: Dobrze.
Znów słyszę stukot małych stópek i otwierane drzwi. Po chwili wraca.
Ona: Nie widzę nocniczka. Jest tam ciemno. Mogę się uderzyć.
No tak. Przecież mówiła, że jest ciemno.
Ja: To masz mój telefon. Włączę ci latarkę i sobie poświecisz, żeby znaleźć nocniczek. Potem przynieś mi telefon. (Oczyma wyobraźni już widzę, jak pływa w sedesie…)
Ona: Dobrze.
Odchodzi. Zanosi nocnik do salonu. Przynosi latarkę. Odchodzi. Znów słyszę tupot stópek. Przychodzi.
Ona: Nie mam papieru. A w kibelku jest ciemno.
No tak. No przecież, że ciemno…
Ja: To weź może chusteczki ze stołu.
Ona: Dobra.
Znów wraca.
Ona: Nie mogę dosięgnąć.
Ja: Przecież dosięgasz do stołu, a nawet wyżej. Spróbuj!
Ona: Aha.
Znów wraca.
Ona: Gdzie mam wyrzucić tę chusteczkę?
Ja: Możesz do nocniczka.
Ona: Lepiej do kosza wyrzucę.
Ja: No dobrze.
Odchodzi. Znów wraca.
Ona: A to siusiu to gdzie wylać?
Do lodówki, kurczaczku – aż ciśnie mi się na usta, ale uśmiecham się tylko, bo oczyma wyobraźni widzę już żółtą ścieżkę na dywanie.
Ja: Zostaw nocniczek, kochanie. Potem go wyniosę.
Odchodzi. Po chwili wraca.
Ona: Umyłam ręce. Zobacz, jak pachną mydełkiem.
Uśmiecha się promiennie, dumna z siebie. Rękawy ma mokre po łokcie, ale ani jej, ani mi to nie przeszkadza. Każda okazja jest dobra, żeby uczyć się samodzielności.

Reklamy