Skończyła właśnie rozwieszać pranie, jedną ręką przytrzymując mokre ubrania, a drugą niańcząc płaczące niemowlę. Uspokoiła małego i wróciła do salonu, żeby zobaczyć, co porabia starszy, ale nigdzie go nie było. Nagle usłyszała płacz. Pobiegła do kuchni i… zagotowała się z wściekłości. Dopiero co umyta podczas drzemki malucha podłoga była cała zalana sokiem. A winowajca stał pośród całego tego bałaganu i ryczał wniebogłosy.

– Czy ty zawsze musisz robić taki bajzel? Dopiero co posprzątałam, a ty wszystko zalałeś.

Chwyciła za ścierkę i zaczęła nerwowo ścierać podłogę. Młodszy znów zaczął płakać jej na rękach, jakby zarażony rykiem Starszego.

– Idź już lepiej do salonu i nie denerwuj mnie. I przestań płakać. Nie mam teraz czasu na twoje histerie.

***

Miał wielką ochotę napić się soku, ale mamy nie było nigdzie w pobliżu. Była chyba z Młodszym w łazience, bo słyszał jakieś stukanie i płacz brata. Pomyślał, że nie będzie jej zawracał głowy. Przecież ma już trzy lata, jest zuchem, jak mówi tata, i może sobie sam poradzić. Potuptał do kuchni i z kuchennego blatu ściągnął swój ulubiony kubek. Musiał stanąć na palcach, ale udało się. Dumny z siebie wyciągnął z lodówki kartonik z sokiem i odkręcił korek. Ostrożnie przechylił karton, tak jak zawsze robiła to mama, i patrzył z radością, jak struga soku płynie do kubeczka. Nagle karton wyśliznął mu się z rączek, a sok rozprysnął po podłodze. Kałuża była coraz większa. Chciał szybko ją wytrzeć, ale nigdzie nie było chusteczek. Poczuł, że ma mokre skarpetki. Nie udało się! Znowu mi się nie udało! Nic mi nie wychodzi! – rozżalił się i zaczął płakać. Wtedy weszła mama. Nie wyglądała na zadowoloną. A przecież chciał jej tylko pomóc.

***

Jako rodzice otaczamy nasze dzieci opieką, pomagamy i wspieramy. Niewątpliwie chcemy też zapewnić im wachlarz podstawowych umiejętności, dzięki którym będą w stanie poradzić sobie kiedyś same. Chcemy je nauczyć samodzielności. Problem polega na tym, że tę naukę – niezwykle przecież ważną – często odkładamy ciągle na później, ciągle na potem. Na nigdy?

Po 1 – właściwy moment

Problem wielu rodziców polega na tym, że często zbyt długo traktujemy nasze dzieci jak nieporadne maluszki, którym ze wszystkim trzeba pomóc. To naturalne – na początku niemowlę jest bezwolne i bezradne, a więc robimy za nie wszystko – przewijamy, myjemy, karmimy, czeszemy, zabawiamy. Z czasem dziecko rośnie, ale dla nas dalej jest maluszkiem, któremu trzeba pomóc, jeśli nie w ogóle wyręczyć. Brniemy w ślepą uliczkę i nagle okazuje się, że nasz przedszkolak nie potrafi założyć bucików a drugoklasista – zawiązać sznurowadeł. Więcej nawet – przyzwyczajony do wiecznego usługiwania, wcale nie ma na to ochoty! Kiedy jest więc właściwy moment na naukę samodzielności? Odpowiedź jest bardzo prosta – zawsze. Kiedy tylko dziecko wykazuje zainteresowanie samoobsługą albo pomocą nam, pozwólmy mu na to. Niemowlę sięga po łyżkę i nieudolnie pakuje kaszkę w oko? – niech tak będzie, za którymś razem trafi. Pomóżmy mu sterować rączką, pokażmy, gdzie powinna trafić kasza, ale nie zabierajmy łyżki. Przedszkolak chce sam nalać sobie soku? – i bardzo dobrze. Dajmy mu kubeczek, karton soku i pokażmy, jak to się robi. A potem – jeśli zajdzie potrzeba, a jest to wielce prawdopodobne – włóżmy w małą rączkę szmatkę i pokażmy, jak się ściera sok ze stołu. I z krzesła. I z podłogi. Dziecko upiera się przy samodzielnym ubieraniu? Doskonale – kiedy, jak nie teraz ma ćwiczyć. A że założy koszulkę na lewą stronę albo skarpetki nie do pary – co z tego? Najnowsza moda lubi awangardowe rozwiązania. Wrzućmy na luz i pozwólmy naszemu dziecku uczyć się od nas i ćwiczyć nowe umiejętności. Pokażmy, podpowiedzmy, wspomóżmy w wysiłku, ale nie wyręczajmy.

Po 2 – you`re the best

Ręka w górę, kto patrząc, jak dziecko męczy się z przelewającą się przez łyżkę zupą, nie ma ochoty przejąć sztućców i go nakarmić. Albo kto nie przebiera nerwowo palcami, które aż świerzbią, żeby zapiąć te niesforne guziki. Albo kto nie musi kopać się w duchu w kostkę, żeby nie przewiesić tych bombek uwieszonych po jednej stronie choinki, podczas gdy reszta gałęzi pozostaje łysa. Jedno jest pewne – na pewno umiesz lepiej. Przy twoim poziomie doświadczenia i latach praktyki żaden guzik, żaden suwak, żadne sznurowadła nie stanowią dla ciebie problemu. Dla niego tak. Dla niego każde zadanie z tak naturalnej dla dorosłego samoobsługi to wyzwanie, a sprostanie mu to sukces. Co z tego, że rzepy zapiął krzywo a włosy uczesał z jednej strony. Wiadomo, że ty zrobiłbyś to lepiej i precyzyjniej. Ale nie o to chodzi. Ważne, że spróbował. Ważne, że mu się udało. Następnym razem uczesze całą głowę. Następnym razem położy sztućce z właściwej strony talerza. Następnym razem umyje obie stopy. Daj mu szansę stać się równie dobrym jak ty.

Po 3 – tik, tak, tik, tak

Może nigdy tak, jak przy rozwijaniu dziecięcej samodzielności, rodzic nie musi uzbroić się w cierpliwość. Czynności, które sami wykonalibyśmy w kilka sekund, wydają się trwać i trwać. Nieomal już zapięty guzik nagle wymyka się z małych paluszków i zaczynamy zabawę od początku (po małej scenie histerii ofkors). Kanapka niemal już posmarowana masłem spada na podłogę i wszystko od nowa (po dużej scenie histerii ofkors). Zapięte na wszystkie rzepy buty nagle okazują się założone na niewłaściwą nogę i pozostaje je tylko zdjąć (tutaj histeria w wersji podwójnej – rozczarowanego dwulatka i grzejącego się już w zimowej kurtce malucha). Mogę powiedzieć tylko jedno – choć jest to etap niezmiernie irytujący i długotrwały, jest on niezbędny, żeby dziecko wyrobiło sobie pewne sprawności, które będą mu niezbędne w samodzielnym funkcjonowaniu. My, dorośli, zdajemy się często o tym zapominać.

Napotkana niedawno znajoma, która odbiera swojego wnuka z przedszkola, opowiedziała mi, że zawsze jako ostatni opuszczają przedszkolną szatnię, bo chłopiec, jako jedyny z całej grupy, samodzielnie się ubiera. Na początku miałam ochotę mu pomóc, ale mój syn bardzo wyraźnie powiedział mi od początku, że zależy mu na samodzielności małego. Taki był jego warunek. „Nie wymagam od Ciebie, żebyś go odbierała. Ale jeśli się tego podejmujesz, to musisz uzbroić się w cierpliwość, bo on ma sam się przygotowywać do wyjścia” – powiedział mi. A ja się zgodziłam. Na początku denerwowały mnie zdziwione spojrzenia innych mam i babć, ale teraz już mnie to nie rusza. Siedzę obok niego, spokojnie czekam i pomagam tylko w sytuacjach awaryjnych. I wiesz, czuję się dumna z tego, jak coraz lepiej radzi sobie z kurtką, butami, szalikiem i całą resztą. Cóż mogę dodać? Wiadomo, że nie jest łatwo uzbroić się w cierpliwość i czekać, kiedy minuty płyną, a my ciągle i wiecznie gdzieś się śpieszymy. Ale przecież to czekanie to tylko środek, który pozwala nam osiągnąć cel ważny i dla nas, i dla naszego dziecka. Kiedy przetrwamy to zakładanie spodni przez dziesięć minut, koszulkę zalaną przy każdym płukaniu zębów i masło wsmarowane bardziej w talerz niż w chleb, nagle odkryjemy, że nasze dziecko potrafi świetnie zadbać o wiele swoich potrzeb, a to pozwala nam zaoszczędzić wiele wysiłku. Jeśli więc masz poczucie, że ciągle się spóźniacie, bo dziecko zbyt długo się ubierało, zakładało buty, czesało, to mam jedną radę – zacznijcie się po prostu wcześniej przygotowywać do wyjścia J

Po 4 – daj mu środki

Nauka samodzielności to dla dziecka duże wyzwanie. Kiedy zaczyna się okres pod hasłem „ja siam”, w czasie którego dziecko upiera się, żeby wszystko robić samo, a jednocześnie do wielu czynności nie jest jeszcze zdolne, rodzic staje przed dużym wyzwaniem. Poczucie własnej nieudolności połączone z potrzebą samodzielności owocuje wieloma wybuchami skrajnych emocji – gniewu, złości, rozczarowania, smutku. Co zrobić w tej sytuacji? Na pewno wspierać dziecko emocjonalnie tak, jak potrafimy najlepiej. Akceptować emocje, nazywać je, tak jak przy każdym innym wybuchu. Ale można też zrobić coś więcej. Można dać dziecku środki, dzięki którym lekcje samodzielności będą łatwiejsze.

Żeby łatwiej zrozumieć, z czym musi radzić sobie dziecko, warto spojrzeć na świat z jego perspektywy. Krótko mówiąc – przykucnąć i rozejrzeć się dookoła. Nagle okazuje się, że ręcznik wisi bardzo wysoko, mydło jest poza zasięgiem ręki, oba buty wyglądają identycznie, a książki na półce są upchnięte tak mocno, że małym rączkom trudno je wydobyć. Czy nie denerwowałbyś się, gdybyś ciągle musiał prosić innych o pomoc, nawet w najmniejszej sprawie? Ja byłabym bardzo sfrustrowana. Ułatwmy więc życie naszym maluchom i sobie samym – zamontujmy nisko wieszaczek na dziecięcy ręcznik, postawmy w łazience stopień, który pozwoli maluchowi sięgnąć do kranu, postawmy sok w takim miejscu, żeby mógł sam się obsłużyć. Albo wytłumaczmy, że motylek na kozaczkach musi być od zewnętrznej strony, bo chce widzieć świat, a nie tylko drugą stopę. Kupmy gąbeczkę z księżniczką, żeby łatwiej było umyć brzuszek żelem do kąpieli, który przecieka przez małe paluszki. Każdy sposób jest dobry, żeby nabywanie nowych umiejętności ułatwić albo nawet zmienić w dobrą zabawę. Właśnie tak – dla dziecka nauka, przyswajania sprawności, które zbliżają je do dorosłego świata, może się okazać przyjemnością, jeśli odpowiednio to zaaranżujemy.

Po 5 – i niech szklanka będzie zawsze w połowie pełna

Nie łudźmy się, że proces nabywania samodzielności przez dziecko jest łatwy i szybki, bo nie jest. Ale pamiętać trzeba, że choćby nie wiem, jak trudny wydawał się tobie, dla dziecka jest jeszcze trudniejszy. A my, rodzice, potrafimy sprawę dodatkowo pogarszać. Kilka przykładów.

Znowu zapomniałeś szalika! – gderamy do dziecka, które przecież samodzielnie założyło kurtkę, czapkę i rękawiczki.

Znowu buty nie na tę nogę! Nigdy się nie nauczysz! – marudzimy do malca, który przecież sam założył skarpetki, sam wciągnął buty i zapiął rzepy.

Uszy brudne, że aż wstyd! Myć się trzeba dokładnie! – wytykamy przedszkolakowi, który wyszorował się w kąpieli, zapominając o jednym fragmencie ciała.

Zamiast dostrzegać szklankę w połowie pełną, widzimy, że jest w połowie pusta. Skupiamy się na niedociągnięciach i brakach, zamiast docenić to, co udało się zrobić. Kiedy więc twoje dziecko chwali się, że samo się ubrało, zauważ jego wysiłek. Zamiast gderać o zapomnianych skarpetkach, powiedz „widzę chłopca, który sam założył spodnie i koszulkę, znajdźmy jeszcze jakieś skarpetki dla tego zucha”. A kiedy twoja córka uśmiecha się nad samodzielnie zrobioną kanapką, uśmiechnij się do niej i ty, a potem pokiwaj z podziwem głową. Powiedz „ta kanapka ma ser, masło i wędlinę, wygląda apetycznie. Dołóżmy jej może pomidorka, żeby była bardziej kolorowa”. Nie wyśmiewaj nieudanych prób, ale naucz dziecko, że na błędach można się czegoś nauczyć. Obserwujcie, wyciągajcie wnioski, ponoście konsekwencje. Rozlane mleko może być powodem do awantury albo cenną lekcją, że gotujące się mleko ucieka z garnka a rozlany na podłogę płyn trzeba wytrzeć, żeby ktoś nie zrobił sobie krzywdy. Wszystko zależy od punktu widzenia.

Choćby dzieci były nie wiem jak różne, w życiu każdego przychodzi taki moment, że chce robić różne rzeczy samo. Nieporadnie, niezdarnie, często nieskutecznie, ale jednak samo. Bardzo często z tym większym uporem im bardziej nieumiejętnie. Cieszmy się z tego, chociaż nie jest to łatwe, bo oto nasze dziecko wkracza na drogę, na końcu której będzie potrafiło samo się o siebie zatroszczyć. Uniemożliwiając mu nabywanie i ćwiczenie codziennych czynności, wyręczając je i odwlekając praktykowanie możemy mu bardzo zaszkodzić. Pamiętacie to jedyne dziecko w klasie, które nie potrafiło zawiązać butów? Nie miało łatwo, prawda? Nie fundujmy tego naszym dzieciom. Pozwalając im jak najczęściej brać sprawy we własne ręce, wspierając dobrym słowem i cierpliwymi wskazówkami, dajemy najlepszy prezent i jemu, i sobie. Jemu – bo pozwalamy mu stać się samodzielnym małym człowiekiem. Sobie – bo zamiast latać na posługi będziemy mogli w końcu wypić kawę zanim wystygnie.

Reklamy