Kiedy za oknem plucha i smog, niektórzy z nas – w ramach odskoczni – zaczynają myśleć o wakacyjnych wojażach, planować, robić wstępne rozeznanie, szukać inspiracji. Coraz częściej decydujemy się na wyjazdy organizowane na własną rękę, co w dobie internetu i przy podstawowej chociaż znajomości języków wcale nie jest takie trudne. Wielu jednak woli tradycyjną formę podróży – wyjazd oferowany przez tour operatora, ponieważ mają przekonanie, że jest on bezpieczniejszy i pewniejszy. Żeby jednak tak było, trzeba pamiętać o kilku ważnych zasadach.

Kiedy już zdecydujemy, że nie dla nas trudy samodzielnego planowania tras, szukanie noclegów, rezerwowanie lotów itd., udajemy się do biura podróży i prosimy o zaproponowanie czegoś ciekawego. I to jest właśnie nasz pierwszy błąd. Bo – o ile nie mamy od dawna upatrzonego i wybranego wymarzonego kierunku wakacyjnych wojaży – pierwszym krokiem nie powinno być wcale pójście do biura czy wejście na stronę internetową. Najpierw trzeba się zastanowić, czego tak naprawdę chcemy, jaka forma wypoczynku nas interesuje i jakie są nasze oczekiwania. Kraj czy zagranica? Blisko czy egzotycznie? Stacjonarny wypoczynek czy objazdówka? Wersja niskobudżetowa czy luksus na wypasie? Relaks czy intensywne zwiedzanie? Natura czy kultura? Sami czy z dziećmi? Dopiero odpowiedziawszy sobie na te podstawowe pytania możemy zacząć myśleć bardziej konkretnie nad tym, w jakim kierunku chcemy się udać. To jest właśnie ten moment, kiedy warto albo pójść do biura (jeśli wolimy kontakt face-to-face), albo zacząć analizować oferty on-line, żeby znaleźć to, co nas naprawdę interesuje.

Na pytanie o to, jak czytać oferty turystyczne, należałoby odpowiedzieć: tak, jak każdą inną umowę – dokładnie i uważnie. Szczególnie to, co jest drobnym drukiem. Ale chodzi o coś więcej – czasami trzeba pewnego doświadczenia, żeby zobaczyć co kryje się za z pozoru niewinnymi sformułowaniami. Na co więc warto zwrócić uwagę?

Kto jest kim?

Nie daj się zwieść tym, że kupujesz swoją wycieczkę w eleganckim biurze albo na kolorowej stronie, gdzie migają loga najbardziej renomowanych organizatorów turystyki, których reklamy widzimy w telewizji. Ludzie często nie odróżniają tour operatora, czyli organizatora imprezy (u którego możesz także kupić swój wyjazd bezpośrednio) od agenta, który sprzedaje oferty różnych biur i dostaje od tego prowizję. Rozmaite „biura podróży”, których witryny mijamy na ulicach, to zwykle właśnie agenci. Czy nie należy u nich kupować? Ależ oczywiście, że można i nie ma tu dodatkowego ryzyka, ponieważ za wycieczkę ostatecznie odpowiada i tak organizator i to z nim podpisujesz umowę. Uczulam jednak, żeby zawsze uważnie sprawdzać, kto faktycznie tym organizatorem jest i… dokładnie go prześwietlić! Zwłaszcza jeśli jest to firma, o której wcześniej nie słyszeliśmy. Oczywiście, wycieczki organizowane przez małe biura podróży wcale nie muszą być gorsze od wyjazdów z renomowanymi firmami. Przeciwnie – mali organizatorzy często opierają się na ograniczonej bazie stałych klientów, więc zależy im na ich satysfakcji i kontynuacji współpracy, dlatego starają się dbać o każdy detal. Sama pracowałam w takiej firmie. Ale nie oznacza to, że wszyscy mają takie samo podejście. Poza tym zarówno duzi, jak i mali organizatorzy mogą mieć różne profile – jedni skupiają się na imprezach raczej luksusowych, inni robią trampingi, a jeszcze inne – wakacje w cenach budżetowych. Każda z tych opcji jest OK, jeśli tylko pasuje do twojego wakacyjnego planu. Ale sprawdź to PRZED podpisaniem umowy. Zajrzyj do rejestru organizatorów turystyki (klik), żeby upewnić się, czy twój organizator na pewno tam widnieje i czy ma aktualną gwarancję ubezpieczeniową. Zobacz, co piszą o nim dotychczasowi klienci. Tylko uwaga – do komentarzy trzeba podchodzić z odpowiednią dozą zdrowego rozsądku. To, co dla kogoś może być wielkim minusem wyjazdu, dla ciebie może być nic nie znaczącym detalem. Z kolei czyjaś drobna niedogodność może być dla ciebie nie do zaakceptowania. Szukając oceny organizatora, nie ograniczaj się do liczby gwiazdek czy plusików, a raczej wczytaj się w to, co faktycznie piszą klienci.

Hotel pięciogwiazdkowy czy łóżko pod gwiazdami?

Kwestia hotelu lub hoteli, w jakich przyjdzie ci spędzić wakacje, u wielu osób budzi największe emocje. W przypadku imprez pobytowych ma to oczywiście ogromne znaczenie i organizator podaje w ofercie nazwę hotelu, jego kategorię, opis, lokalizację, zdjęcia itd. Nie warto jednak ograniczać się do tego, co o hotelu mówi agent, któremu z oczywistych względów zależy na sprzedaży oferty. Warto poszperać w internecie, poczytać opinie na tripadvisor.com czy booking.com, żeby nie okazało się, że „hotel 100 metrów od plaży” w rzeczywistości oddziela od niej trzypasmowa autostrada, a do najbliższej kładki dla pieszych jest 500 metrów, „klimatyczny, staromodny wystrój” oznacza tak naprawdę wyposażenie pamiętające znacznie lepsze czasy, a „słodkie śniadanie na miły początek dnia” to wysuszone drożdżówki i kawa z termosu. Wielu z nas ulega urokowi zdjęć z reklamowych folderów, choć oczywiste jest, że odpowiedni kadr może znacząco powiększyć hotelowy pokój albo ukryć elektrownię stojącą tuż za płotem. Na tripadvisor można obejrzeć zdjęcia turystów, którzy rzeczywiście w danym hotelu mieszkali i bez retuszu, a często dosyć drobiazgowo, pokazują, jak wyglądają warunki w nim.

W przypadku wycieczek objazdowych, kiedy po drodze zatrzymujesz się w kilku czy kilkunastu hotelach, organizatorzy zwykle nie podają nazw hoteli, a jedynie ich kategorię (ilość gwiazdek, hotel, hostel, pensjonat, ilość osób zakwaterowanych w pokoju itd.). W przypadku tego rodzaju imprezy hotele nie wydają się aż tak bardzo istotne – oczywiście ważne jest, żeby ich standard był zgodny z ofertą, za którą zapłaciłeś, ale świadomość, że w danym miejscu spędzisz ledwie jedną czy dwie noce często zachęca do przymykania oczu na pewne niedogodności, których nie zaakceptowalibyśmy przy dłuższym pobycie. Jeśli koniecznie chcesz wiedzieć, w jakich hotelach będziecie zakwaterowani na trasie, możesz spróbować dopytać u organizatora, ale nie zdziw się, jeśli nie dostaniesz konkretnej odpowiedzi, zwłaszcza jeśli rezerwujesz wyjazd z dużym wyprzedzeniem. Niektórzy tour operatorzy finalizują umowy z hotelami krótko przed wyjazdem, kiedy mają już potwierdzoną liczbę uczestników – w zależności od wielkości grupy można wtedy wybrać mniejszy lub większy hotel, znaleźć alternatywę dla ewentualnych overbookingów itd.

Na koniec jeszcze jedna ważna uwaga: hotele zwykło oceniać się gwiazdkami, ale trzeba zachować ostrożność i w tym przypadku. Są tacy, którzy nie akceptują pobytu w hotelu poniżej 5 gwiazdek, podczas gdy innym wystarczy dach nad głową i ciepłe łóżko. Nic mi do tego, ale trzeba mieć świadomość, że „wypoczynek w hotelu 3*” może oznaczać coś zupełnie innego w zależności od kontekstu. Krótko mówiąc, gwiazdka gwiazdce nierówna. O ile trzygwiazdkowy hotel we Włoszech czy USA może być naprawdę przyzwoitym miejscem, o tyle np. w Egipcie czy Tunezji będzie oznaczać standard znacząco niższy. Hostel czy schronisko w Norwegii często oferuje doskonałe warunki noclegowe, podczas gdy taki sam przybytek w Ameryce Południowej może nam zaoferować atrakcje w stylu deratyzacja w środku nocy czy brak wody w godzinach ogólnie uznawanych za kąpielowe.

Komu w drogę, temu czas

Przy imprezach pobytowych sprawa wydaje się jasna: jeśli nie wybrałeś dojazdu własnego, to lecisz samolotem lub jedziesz autokarem. W takiej sytuacji wpisujesz w googlemaps adres hotelu i wyliczasz trasę z lotniska albo z punktu zbiórki, a na tej podstawie szacujesz sobie czas przejazdu. Takie myślenie może być jednak zwodnicze – aby ciąć koszty tour operatorzy często pakują do jednego pojazdu turystów, dla których miejscem docelowym są różne hotele. Autokar zatrzymuje się wtedy w kilku punktach i wysadza kolejno turystów. I wszystko jest w porządku, jeśli takich hoteli jest 2 czy 3 i dojazd do nich nie wymaga znacznego zbaczania z najkrótszej trasy. Gorzej, jeśli hoteli jest kilkanaście, a podróż wydłuża się przez to znacząco (zwłaszcza, że przystanek nie trwa kilka minut, bo trzeba przecież wyładować bagaże, załatwić klucze itd.) Najlepszym przykładem są wyjazdy narciarskie – dojazd do pensjonatów ulokowanych w górskich miejscowościach po drogach zasypanych śniegiem jest znacząco utrudniony i ci pechowcy, których hotel znajduje się na samym końcu trasy, mogą trafić do łóżek znacznie później niż się tego spodziewali.

Przy imprezach objazdowych organizatorzy często, choć nie zawsze, podają łączną ilość kilometrów do przejechania danego dnia, co mi osobiście wydaje się bardzo dobrym zwyczajem. Trzeba jednak mieć świadomość, że także takie odległości są bardzo względne. 100 kilometrów po żwirowej drodze w środku niczego na Madagaskarze nie równa się 100 kilometrom na niemieckiej autostradzie. Trasa, którą w twojej głowie przejedziesz w dwie godziny, może wypełnić – z krótkimi przystankami – cały dzień. A w dodatku nie wszędzie możesz poruszać się komfortowymi, klimatyzowanymi pojazdami.

Co na obiad?

Dla wielu turystów wyżywienie jest jednym z kluczowych elementów oferty turystycznej i tutaj organizatorzy oferują nam cały wachlarz możliwości. Poczynając od all-invlusive przez wyżywienie częściowe lub wyżywienie własne. I znów, wszystko zależy od preferencji turysty – są tacy, którzy pojadą do apartamentu w Chorwacji z torbami pełnymi zupek w proszku albo półproduktami do samodzielnego gotowania, podczas gdy inni wszystkie posiłki będą degustować w lokalnych restauracjach. Zależy to oczywiście od wielu czynników – zasobności portfela, otwartości na nieznaną kuchnię, upodobań kulinarnych a czasem też uwarunkowań zdrowotnych. Sama znam turystki, które w Japonii stołowały się tylko w restauracjach europejskich, a na wypoczynek w apartamencie we Francji zabrały zawekowane obiady do odgrzania. Nic mi do tego, choć osobiście wolę poznawać kulinarną kulturę odwiedzanych miejsc i do tego zachęcam także turystów, których mam pod opieką.

Jeśli już skupiamy się na kwestii wyżywienia w ofercie, to warto uświadomić sobie, co może się kryć za konkretnymi rozwiązaniami, i zastanowić, jakie są ich plusy i minusy.

– all inclusive (głównie na imprezach pobytowych i czasem też na rejsach) – ma swoich zwolenników i przeciwników; ci pierwsi twierdzą, że to rozwiązanie wygodne, niekłopotliwe i dające duży wybór; ci drudzy krytykują jakość jedzenia („masówka”) i zwyczaje współbiesiadujących, dla których hasłem bojowym bywa często „jedz, Grażyna, bo to zapłacone”

– BB –tylko śniadania – rozwiązanie często stosowane na objazdówkach; turyści jedzą śniadanie w hotelu, a w czasie zwiedzania robione są przerwy, w czasie których można zjeść pozostałe posiłki; plusem jest możliwość wyboru tego, co i w jakim lokalu zjemy (czasem ta możliwość jest ograniczona, jeśli zatrzymujemy się na trasie w środku niczego), minusem konieczność samodzielnego znalezienia miejsca, które wyda nam się zachęcające. Takie rozwiązanie jest też dobre dla osób o ograniczonym budżecie, które marzą o konkretnym kierunku – jak ktoś się uprze, może przejechać całe USA, jedząc hot dogi i hamburgery za 2$, zamiast wydawać znacznie wyższe kwoty w restauracjach. Warto też jednak mieć świadomość, że organizatorzy proponują wersję BB często na tych kierunkach, gdzie wyżywienie jest generalnie drogie. Dobrym przykładem jest choćby Australia, gdzie w niektórych miejscach (jak np. Ayers Rock) koszt posiłków jest dwu- a nawet trzykrotnie wyższy niż w lokalach o podobnym standardzie w innej lokalizacji. W przypadku takiej imprezy włączenie w program innych posiłków niż śniadanie znacząco podniosłoby cenę i mogłoby zniechęcić potencjalnego klienta, który raczej nie ma świadomości, jak dużo będą go kosztować wizyty w lokalach gastronomicznych. Ale znów – to też kwestia względna, bo między fast foodem a ekskluzywną restauracją kryje się cała masa możliwości.

– HB – dwa posiłki dziennie (śniadanie i obiad lub kolacja) – na plus mamy fakt, że nie musimy się kłopotać szukaniem lokalu, wyborem, czasem itd., na minus – menu jest zazwyczaj z góry określone i ewentualny wybór jest w niewielkim zakresie. Czasem trafiają się posiłki w formie bufetowej, ale równie często są to gotowe menu grupowe. Jeśli jesteś kulinarnym smakoszem i liczysz na nietypowe, oryginalne, wyjątkowe doznania smakowe, to raczej się rozczarujesz. Menu grupowe są zwykle „bezpieczne”, bo organizatorowi zależy na tym, żeby trafić w gusta możliwie największej części grupy. Oczywiście zatroszczy się, żebyś spróbował popularnych lokalnych dań i przysmaków, ale często będą one dostosowane do turystycznych gustów. Dobrze to czy źle, decyzja należy do ciebie. Jeśli chcesz autentycznego smaku, możesz się poczuć zawiedziony, ale z drugiej strony – czy twój żołądek jest gotowy na autentyczny posiłek w tajskim barze ulicznym?

Rozwiązanie HB, które ja osobiście lubię najbardziej, daje ci też pewne pole manewru. Dwa posiłki załatwia ci organizator i nie musisz się nimi stresować (a wierzcie mi, że dla niektórych turystów znalezienie lokalu, który uznają za „bezpieczny”, to naprawdę duży stres), ale trzeci – jeśli tylko go potrzebujesz i masz na niego ochotę – pozostaje w twojej gestii i może być polem do eksperymentów, jeśli zabraknie ci ich w programowych posiłkach.

– FB – trzy posiłki – śniadanie, obiad, kolacja – wszystko dostajesz gotowe, nie martwisz się, siadasz do stołu i konsumujesz; najczęściej masz jednak ograniczony wpływ na to, co znajdzie się na twoim talerzu. A zresztą nie każdy potrzebuje trzech solidnych posiłków dziennie – w czasie wycieczki do USA wiele turystek po obfitym lunchu w wypasionej bufetowej restauracji nie miało najmniejszej ochoty na kolację, a niektóre nawet i na śniadanie następnego dnia…

Jeszcze jedno słowo o pakietowych śniadaniach i lunchpakietach – choć w niektórych sytuacjach są one nie do uniknięcia, warto mieć świadomość, że ich obecność w programie to nie kulinarna fantazja organizatora. Krótko mówiąc posiłek pakowany na wynos oznacza, że w danym dniu jest tak dużo do zrobienia/przejechania/obejrzenia, że brakuje czasu na regularny posiłek. Jeśli z hotelu wyjeżdżasz z pakowanym śniadaniem, to bądź pewien, że czeka cię bardzo wczesna pobudka. Jeśli dostajesz obiad w torebce, pewnie zjesz go na kolanie w autokarze (kierowcy tego nie lubią!) albo w czasie postoju gdzieś na trasie. Czy to źle? Czasem nie da się tego uniknąć ze względów czysto logistycznych, ale jeśli takie rozwiązanie ci się nie podoba, to może poszukaj wersji bardziej komfortowej.

Pan za to nie płacił!

Na ten fragment oferty radzę zwrócić uwagę szczególnie wtedy, jeśli cena naszej wycieczki wydaje się bardzo atrakcyjna na tle konkurencji. Nie oszukujmy się – tour operatorzy nie działają charytatywnie i na swoich wyjazdach chcą zarobić. Jeśli cena jest dziwnie niska, to często okazuje się, że znaczna część kosztów przeniesiona jest do rubryki „cena nie obejmuje”. Częstą praktyką jest tzw. „obowiązkowa opłata na realizację programu” płatna albo przed wyjazdem albo już w czasie imprezy na ręce pilota. Obejmuje on bilety wstępu do obiektów, honoraria przewodników lokalnych, napiwki i rozmaite atrakcje. Bez jej uiszczenia możesz równie dobrze zostać w domu, bo twój wyjazd ograniczy się do przejazdów i czasu w hotelu/hotelach.

Obowiązkowej opłaty na realizację programu nie należy mylić w opłatą za wycieczki fakultatywne – na te możesz, ale nie musisz się wybrać. Wycieczki i atrakcje fakultatywne mogą sprawić, że twój wyjazd stanie się bogatszy i ciekawszy, ale i bez nich zrealizujesz program, który znajduje się w ofercie. W przypadku fakultetów to do ciebie należy wybór spośród różnych proponowanych atrakcji, a ich wachlarz może być bardzo szeroki – od wizyty w muzeum archeologicznym, przez spływ dziką rzeką po lot helikopterem nad Kanionem Kolorado. Dzięki fakultatywnym atrakcjom możesz spersonalizować swój wyjazd i wycisnąć z niego to, co dla ciebie najciekawsze. Jeśli oczywiście pozwoli na to program imprezy, dostępny czas i… zasobność twojego portfela.

Przezorny zawsze ubezpieczony

Choć niektórzy o tym zapominają, ubezpieczenie podróżnego to kluczowa sprawa przed wyjazdem. Zgodnie z prawem organizator wyjazdu musi ubezpieczyć swoich turystów w zakresie kosztów leczenia i następstw nieszczęśliwych wypadków. Ma to zabezpieczyć zdrowie i życie uczestników w sytuacji nagłego zachorowania czy wypadku w czasie wyjazdu. W praktyce należy sprawdzić, na jaką wysokość opiewa polisa wliczona w ofertę (zwróć uwagę na waluty, bo często KL jest w euro a NNW w złotówkach) i zorientować się, czy w danym kraju taka polisa jest wystarczająca. Istotne są też warunki ubezpieczenia, które precyzują sytuacje np. kobiet w ciąży, chorób przewlekłych itd. Niektórzy organizatorzy dorzucają w pakiecie także ubezpieczenie bagażu, ale tu też muszą zostać spełnione dość konkretne warunki, żeby można było dochodzić roszczeń w przypadku np. jego kradzieży.

Jeśli zapisujesz się na wycieczkę z dużym wyprzedzeniem, warto rozważyć ubezpieczenie od kosztów rezygnacji z imprezy, które pozwoli ci odzyskać wpłacone już pieniądze, jeśli będziesz zmuszony odwołać wyjazd ze względów zdrowotnych czy innych przypadków losowych. Ubezpieczyciel zwróci ci tę część pieniędzy, których nie odzyskasz od organizatora, o ile oczywiście twoja rezygnacja będzie wynikiem czynników objętych polisą. Tutaj uwaga – jeśli już decydujemy się na wykupienie tej polisy, warto być ze sobą brutalnie szczerym szczególnie w zakresie chorób przewlekłych. Polisa od rezygnacji dla osób cierpiących na takie dolegliwości jest wprawdzie znacznie droższa, ale jeśli liczysz, że ubezpieczyciel przymknie oko na to, że od lat masz nadciśnienie i wypłaci odszkodowanie bez zagłębiania się w dane medyczne, to na pewno się rozczarujesz.

Podróż i odpoczynek dla każdego znaczą coś innego. Możesz podróżować w luksusach albo lubić kempingi. Możesz leżeć na plaży albo zdobywać szczyty. Możesz zwiedzać muzea albo zaszyć się w dziczy. Ważne jest, żeby rodzaj wyjazdu dopasować do swoich potrzeb i oczekiwań. I właśnie dlatego należy uważnie czytać oferty turystyczne. Po prostu. Żeby zamiast na leżaku nie obudzić się nagle w środku wyprawy przez Saharę.

Reklamy