Każdy młody pilot musi od czegoś zacząć, musi gdzieś pojechać po raz pierwszy i poznać swoją pierwszą grupę turystów. Inaczej się nie da. Ale nie każdy pilot na swoją pierwszą wycieczkę jedzie w miejsce, w którym nie był nigdy wcześniej. To właśnie ja. Pilockie szaleństwo – level master. W ramach wspominkowych czwartków chciałabym się z wami podzielić kilkoma podróżniczymi wspomnieniami z czasów, kiedy matka nie była matką, a była za to pilotem wycieczek.

Na moją pierwszą wycieczkę w roli pilota wybrałam się do Toskanii i choć wcześniej wielokrotnie odwiedzałam Włochy, to akurat ten region był mi obcy. Wierzcie lub nie – Florencję, Sienę czy wyspę Elbę znałam bardzo dobrze, ale tylko ze zdjęć i filmów. Mimo to, kiedy dostałam ofertę wyjazdu, zdecydowałam się podjąć wyzwanie. Żeby nie było, że ktoś tu coś ściemniał, od razu mówię, że moja szefowa była tego w pełni świadoma i dlatego, zgodnie z zasadą „przezorny zawsze ubezpieczony”, postanowiła wybrać się na tę wycieczkę razem z nami. Żeby ratować sytuację i ocalić grupę, gdybym okazała się totalną łamagą…  Prawda jest taka, że nieznajomość tamtych okolic sprawiła, że do wycieczki przygotowywałam się bardzo długo i bardzo szczegółowo, żeby nic nie mogło mnie zaskoczyć. I udało się. No prawie. Niespodzianek nie dało się uniknąć, ale zaskoczyły mnie rzeczy, które zaskoczyłyby każdego, nawet najbardziej doświadczonego pilota. Rzeczy nieprzewidywalne – pomysłowi ludzie, włoska niefrasobliwość. Co ciekawe, to właśnie takie momenty, takie przygody najbardziej utrwalają się w głowie. Jak zdjęcia, jak pocztówki z wakacji. Oto kilka moich toskańskich migawek.

Gdzie jest moja córka?

Jeśli chcielibyście wyobrazić sobie zdanie, które może w sekundę zmrozić krew w żyłach debiutującego pilota grupy w znacznej części złożonej z dzieci i młodzieży, to właśnie wam je podałam. Ale wyobraźcie sobie cały obrazek – San Gimignano, malownicze miasteczko położone na szczycie wzgórza z przepięknymi widokami na toskańskie krajobrazy. Manhattan średniowiecza z wyniosłymi wieżami, wąskimi uliczkami, zabytkowymi kamieniczkami i romańską katedrą. Włoskie lody i pizza. Plener malarski dla grupki rozentuzjazmowanych dzieciaków. Po całym dniu spędzonym leniwie w toskańskim słońcu spotykamy się na zbiórce w najwyższym punkcie miasta, którym jest twierdza Rocca di Montestaffoli. Opiekunowie meldują, że jesteśmy gotowi, więc ruszamy do autokaru. Schody w dół, kolejne schody w dół, uliczki w dół. Ciągle w dół. Niedaleko wyjścia z miasta jedna z turystek melduje, że zapomniała torebki. Bardzo ważnej torebki. Na samym szczycie twierdzy oczywiście.  Szybka decyzja – szefowa sprowadza grupę, a ja lecę po zaginiony skarb. Ciągle w górę. Uliczki w górę. Schody w górę, kolejne schody w górę. To lepsze niż jogging. Torba czeka w punkcie zbiórki, więc chwytam ją w garść i pędzę z powrotem, żeby grupa i autokar nie musiały czekać. Schody w dół, kolejne schody w dół, uliczki w dół. Ciągle w dół. Docieram do autokaru. Kładę nogę na stopniu i wtedy to słyszę. Przesympatyczny i zawsze uśmiechnięty turysta zadaje mi pytanie, od którego jeży się włos na głowie. „Gdzie jest moja córka?” „Gdzie jest moja siostra?” – pada po chwili z ust równie sympatycznej dziewczyny, która z panem nie jest niestety spokrewniona. I tak oto okazuje się, że brakuje nam dwóch małoletnich pasjonatek malarstwa. Rodzice – co zrozumiałe – zdenerwowani, bo spodziewali się spotkać córkę w autokarze (całe popołudnie dzieciaki malowały, a dorośli odkrywali miasteczko). Siostra drugiej zagubionej równie przejęta, choć – co ciekawe – ona akurat była w grupie dziecięcej i od momentu zbiórki nie zorientowała się, że brakuje młodszej. Więc lecę. Ciągle w górę. Uliczki w górę. Schody w górę, kolejne schody w górę. Dzięki wielkie za taki jogging. Ciśnienie pięćset na dziewięćset. Dobiegam na górę, rozglądam się. I stoją, sierotki moje kochane, dwie urocze blondyneczki z kiteczkami. Dziwnie spokojne, jak na zaistniałą sytuację. Po prostu czekają na miejscu zbiórki. „Pani Ewelino, a gdzie są wszyscy? Czemu oni się tak spóźniają?”. Okazuje się, że dziewczynki przycupnęły wspólnie pod krzaczkiem i zatonęły w malowaniu. Nie miały zegarka, ale w pewnym momencie uznały, że czas zbiórki nadszedł, więc po prostu się na nią udały. A że nikogo nie było, to czekały. Zgodnie z zasadą, którą całej grupie – i potem wszystkim moim grupom – powtarzałam od pierwszego dnia wycieczki „czekamy tam, gdzie się zgubiliśmy”. Mądre bestyjki! Zresztą z jedną z nich, dziś już studentką, dalej mam kontakt. I wyrosła na bardzo rezolutną pannę 🙂

A mi z tej przygody (choć przecież tak naprawdę za dzieci odpowiedzialni byli opiekunowie, a nie bezpośrednio ja) zostało jedno – nawyk nieustannego, wielokrotnego, nałogowego LICZENIA członków grupy. Do tego stopnia, że liczyłam ludzi w czasie własnej podróży poślubnej, chociaż wcale nie byłam tam pilotem…

Turysta-terrorysta

Jednym z największych logistycznych wyzwań całej tej wyprawy była wycieczka do Florencji. Duże miasto, dzikie tłumy, kolejki, szaleni włoscy kierowcy, labirynt małych uliczek. Wiele rzeczy może się nie udać, ale wszystko idzie zaskakująco dobrze. Docieramy do Galleria dell`Accademia, gdzie mamy umówione spotkanie z jednym znanym golasem – Dawidem dłuta Michała Anioła. Odczekawszy swoje w ślimaczącej się kolejce z widokiem na ulicznych sprzedawców „dzieł sztuki”, którzy potrafią swój straganik zwinąć w pięć sekund na widok patrolu policji, w końcu wchodzimy do środka. Czekanie urozmaicamy sobie przypominaniem, czego NIE można robić w środku i czego NIE można wnosić do środka. Czy macie nożyczki? Nie. Czy macie dłuta? Nie. Czy macie wodę? Nie. Czy macie maczety? Nie. Czy macie grabie? Nie. Śmichy, chichy, żeby czas leciał szybciej. Wchodzimy, przechodzimy przez bramki. I nagle „pip, pip, piiiiiiiip”. No spoko, chłopak pewnie kluczy zapomniał wyjąć. Ale mina strażnika szybko sprowadza mnie na ziemię. Na dnie plecaka jednego z moich młodszych turystów leży nóż. Nie nożyk. Nóż. Nożysko wielkie jak u jakiegoś bandziora. Pan informuje mnie, że tego rodzaju broni nie można mieć we Włoszech w miejscu publicznym i musi wezwać policję. I poinformować służby antyterrorystyczne! Włosi są bardzo wyczuleni na bezpieczeństwo swoich wspaniałych zbiorów sztuki i trudno im się dziwić, zwłaszcza po tym jak szaleniec zaatakował młotkiem Pietę Michała Anioła. No ale przecież mój turysta to nie terrorysta. Okazuje się, że nóż w stylu Rambo zabrał ze sobą na wycieczkę, bo… Bo tak się stało. Bo zawsze zabierał go na biwaki i mu się odruchowo zabrał na obóz. Próbuję jakoś ugłaskać strażnika. Do dyskusji dołączają kolejni, w końcu zjawia się szef straży i jakiś zastępca dyrektora czegoś tam, co to zna się na terrorystach muzealnych. Debatują nad narzędziem zbrodni leżącym na stole w świetle lamp. I wszystko dobrze, tylko że mój turysta to jednak nie terrorysta. Po wielokrotnych zapewnieniach, że na pewno nie chcieliśmy niczego odciąć Dawidowi ani jego kamiennym kolegom, panowie postanawiają powstrzymać karzącą rękę włoskiej sprawiedliwości. Chyłkiem odciągam chłopaka, zanim się rozmyślą. I wtedy on mówi: „Pani Ewelino, a może ich Pani spytać, czy mogą mi oddać ten nóż?” Także ten… Nie miałam odwagi 🙂

Houston, mamy problem!

Zagubienie turysty na wycieczce jest problemem o stopniowalnej skali ważności. Jak już ustaliliśmy, jeśli zgubisz na wycieczce dziecko, to masz wielki problem. Jeśli zgubisz na wycieczce dorosłego, problem jest mniejszy (chyba że nie ma przy sobie telefonu, albo dla bezpieczeństwa zostawił go w autokarze… – to też Toskania). Jeśli jest to turysta mało lubiany przez grupę, problem maleje jeszcze bardziej 😉 Ale co począć z turystami o złotym sercu, kochanymi przez wszystkich i kompletnie, całkowicie zakręconymi, którzy ciągle się gubią? Zostają za zakrętem, bo zauważyli coś arcyciekawego. Skręcają w prawo, podczas gdy grupa idzie w lewo. Zamiast pod katedrą, czekają na grupę pod muzeum. Oderwani od rzeczywistości, bujający w obłokach albo zwyczajnie pozbawieni zmysłu orientacji. Kochamy ich, bo – choć czasem komplikują nam życie – nie da się ich nie kochać.

I oto siedzę na leżaku nad brzegiem basenu. Piękny ośrodek pośrodku toskańskiej wsi. Dzień wolny. Dzwoni telefon. „Ewelinko, bo ja się zgubiłam…” Eeeeee…. Ale jak to? Przecież jesteśmy w naszym ośrodku. Nigdzie nie wychodziliśmy. „Bo ja wyszłam z domku, poszłam nad basen, potem poszłam do recepcji, a teraz to już nie wiem, gdzie jest mój domek… ” Przez chwilę milczę, powstrzymując śmiech, bo w zasadzie nie wiem, co mam powiedzieć. Sugeruję, żeby pani wróciła drogą, którą przyszła, ale niestety to niemożliwe. Wróbelki pewnie wydziobały okruszki znaczące ślad. „To proszę pójść teraz w prawo…” – mówię. „Ale w które prawo?!?” – słyszę przerażoną odpowiedź i już wiem, że czas zwinąć ręczniczek i ruszyć na ratunek zaginionej owieczce, zanim zje ją jakiś zły włoski wilk.

OMG, zostaniemy tu na zawsze!

Są takie sytuacje, dziwnym trafem przytrafiające mi się zwykle we Włoszech, w których poziom absurdu jest tak wysoki, że wszystko wydaje się niewiarygodne. Oto wracamy z Elby, karnie dzwonimy z informacją, że spóźnimy się na prom jakieś pięć, dziesięć minut, bo korki nas zatrzymały. „Non c’è problema” – odpowiada pan, który – sądząc po głosie – swoją pracą przejął się ostatnio 30 lat temu. Przyjeżdżamy na dziwnie zatłoczone nabrzeże, żeby odkryć, że dwa kolejne promy są mocno opóźnione. Potem okazuje się, że w zasadzie mogliśmy sobie jeszcze pozwiedzać wyspę przez co najmniej godzinę, ale nikt nam o tym nie powiedział, bo – non c’è problema – nikt nic nie wiedział. Każą nam ustawić się przy stanowisku nr 1. Stoimy w tłumie turystów. Po włosku nie mówi prawie nikt poza mną. Oczywiście obsługa mówi za to prawie wyłącznie po włosku. Przychodzi bardzo ważny pan w mundurze i każe nam przejść do stanowiska drugiego. Idziemy, a cała reszta turystycznego stada idzie za nami. Stajemy pod bramką numer dwa, jak w tym starym teleturnieju „Idź na całość”, gdzie za kurtyną czekały na uczestników nagrody. Tylko że my nie zgłaszaliśmy się do żadnego teleturnieju i po prostu chcemy wejść na prom, który nadal nie przypłynął. Oczywiście będzie już za minutkę, za dwie najdalej, choć jeszcze nawet nie widać go na horyzoncie.

Po chwili przychodzi drugi ważny pan w mundurze i każe nam jednak wrócić pod jedynkę. Mówi do mnie, bo już wie, że ja go rozumiem. Tłumaczę więc swoim, a przy okazji też grupce Anglików, wieść się roznosi a tłum zaczyna lekko szumieć. Pytam więc pana, czy jest aby pewny swej decyzji, bo jeśli przespacerujemy się na darmo, to znajdę go, a razem ze mną wszyscy moi koledzy, z którymi wprawdzie się jeszcze nie znam, ale już czujemy się sobie coraz bliżsi w tym palącym słońcu. Pan idzie się upewnić. Jednak zmienia zdanie. Stoimy pod dwójką z nadzieją, że to nie będzie zonk. W końcu nasz okręt przypływa. Wsiadamy, gdzieś po drodze okazuje się, że jeden z moich turystów zgubił swój bilet, ale w zasadzie nikogo to jakoś nie obchodzi. Płyniemy. Lądujemy na stałym lądzie, przybijamy do brzegu. Pada komunikat, by przygotować się do zejścia z promu. Karnie stajemy i czekamy na otwarcie drzwi. I czekamy. I czekamy. Mijają kolejne minuty. W końcu zaczyna się jakiś ruch. Ktoś mówi, że jednak otwarte będą drzwi w przedniej części promu, więc ruszamy. Ale i one są zamknięte. Ktoś inny mówi, że jednak w tylnej części promu, więc ruszamy. A tłum z nami. Robi się coraz później. Już dawno mieliśmy być w naszych domkach. Po trzech okrążeniach wokół statku, w czasie których obsługa jest równie zagubiona, jak my, zatrzymujemy się w końcu i zaczynamy godzić z myślą, że jednak zostaniemy tutaj na zawsze. Że oto prom z Elby będzie ostatnim punktem naszego zwiedzania nie tylko na tej wycieczce. I wtedy właśnie odzywa się głos kapitana, który mówi, że… zgubili zewnętrzne schody, po których opuszcza się statek i w związku z tym musimy wyjść przez ładownię, kiedy wyjadą z niej wszystkie autokary. ZGUBILI SCHODY. Taką wielką wieżę na kółkach, która podjeżdża pod burtę, łączy się przez trap ze statkiem i pozwala ludziom wydostać się z tego metalowego piekła. Więc czekamy, bo co nam pozostało. Autokary wyjeżdżają jeden za drugim, aż w końcu my wynurzamy się z czeluści statku jak z brzucha wieloryba, wychodzimy na ląd. Udało się, jesteśmy ocaleni, wracamy do domków. Jeszcze tylko w autobusie robimy mały quizz, żeby dowiedzieć się, kto zrobił najwięcej okrążeń na promie w poszukiwaniu wyjścia (zwycięzca doliczył się pięciu…). I wszystkich nas dręczy jedno pytanie: jak można zgubić schody?!?

I tyle tych toskańskich migawek. Do przygód młodego pilota wrócimy jeszcze w cyklu wspominkowych czwartków. A tymczasem może wy podzielicie się swoimi pocztówkami z podróży?

PS. Wszystkie zdjęcia w tekście są autorstwa mojego niezrównanego Małżonka – Macieja Gałdeckiego.

Reklamy