Kiedy zapytasz spodziewającą się dziecka kobietę, czy woli chłopca, czy raczej dziewczynkę, bardzo często usłyszysz odpowiedź: „Nieważne. Żeby tylko było zdrowe”. Bo też prawdą jest, że to właśnie choroba dziecka jest tym, co najczęściej chyba spędza sen z oczu rodzicom. I nie chodzi nawet o zarwane noce, o noszenie i tulenie marudnego malucha, o walki z aspiratorami i syropami, ale o dojmujące poczucie bezsilności, kiedy czasem – mimo wielkich chęci – możesz tylko patrzeć, jak twoje dziecko się męczy. Mieć nadzieję, że będzie lepiej, że leczenie zadziała. Trzymać kciuki albo modlić się w zależności od tego, w co wierzysz czy nie wierzysz. Znaczna większość nas, rodziców, ma do czynienia ze zwykłymi, typowymi chorobami wieku dziecięcego – trzydniówki, przeziębienia, infekcje górnych i dolnych dróg oddechowych, wiatrówka itd. Każdą chorobę dziecka, zwłaszcza na początku, zwłaszcza może u dziecka pierwszego, przeżywamy mocno, cierpiąc razem z nim, zamartwiając się nawet katarem u niemowlaka. A właśnie, skoro o katarze mowa…

Moja Młodsza córka miała ledwie sześć tygodni, kiedy dostała kataru. Jeden dzień przeczekaliśmy, ale drugiego katar jakby się nasilił. Głupi katar i aż głupio było mi z nim iść do lekarza, ale Starsza była chora, więc baliśmy się, że może czymś uraczyła Młodszą. No i w dodatku to był piątek, a lepiej nie zostawiać takich spraw na weekend… Wchodzę do gabinetu i niemal przepraszam lekarkę, że zawracam jej głowę taką głupotą, a kilkanaście minut później jadę z dzieckiem do szpitala z podejrzeniem zapalenia płuc. 31 grudnia. Sylwester. Na moją komórkę napływają życzenia wszelkiej pomyślności, a ja siedzę z małą w ciemnym, szpitalnym korytarzu i czekam na opis zdjęcia RTG, ale już wiem, że zostajemy. Że naszego pierwszego Sylwestra w poszerzonym gronie wcale nie spędzimy rodzinnie. Kolejne dni płyną trochę jak w jakimś śnie – jest raz lepiej, raz gorzej. Gdzieś między inhalacjami, antybiotykami, bujaniem przez całe noce i atakami duszącego kaszlu, od którego zamiera mi serce, zmagam się właśnie z poczuciem bezsilności, ze strachem w najczystszej postaci. Tego uczucia ulgi, kiedy leki zaczynają działać a Młodsza ma się coraz lepiej, nie zapomnę nigdy. Choć pewnie jeszcze nie raz przyjdzie mi się zmierzyć z podobnymi sytuacjami.

Ale skąd ten cały post? Nie wiem, czy wiecie, ale dzisiaj jest Światowy Dzień Chorego. Porządkując swój telefon, trafiłam na rozmowę, która miała miejsce, właśnie kiedy byłam z Młodszą w szpitalu.

Możesz zapytać jakiegoś doktora, czy jak podaliśmy witaminę K przed 8 dobą, to trzeba coś robić? – pisze do mnie zaniepokojony S., któremu niedawno urodziło się pierwsze dziecko.

A ja odpisuję:

Zapytam jutro, bo teraz w sali obok reanimują dziecko…

I znowu widzę tamtą scenę. Za szklaną szybą, w boksie obok, mała dziewczynka, cztero-, może pięcioletnia. Nocny alarm. Dookoła tłum lekarzy i pielęgniarek walczących o jej życie. Na korytarzu płacząca mama i pocieszająca ją siostra.

Znowu to samo, znowu to samo… – powtarza jak jakiś przerażający refren. – To już trzynasty raz w tym miesiącu…

Zawiesza głos, jakby sugerowała, że już zaczyna się do tego przyzwyczajać. A mi robi się zimno. Martwimy się o nasze dzieci, zależy nam na ich dobru, na szczęściu, na zdrowiu. Nie przesypiamy nocy, kiedy gorączkują i kiedy budzi ich kaszel. Martwimy się i boimy. A co mają powiedzieć oni? Co mają powiedzieć rodzice dzieci ciężko chorych, walczących z nowotworami, z chorobami, na które lekarstwa jeszcze nie ma. Rodzice dzieci, których nikt nie potrafi zdiagnozować, odsyłanych od jednego lekarza do drugiego, zbywanych. Rodzice dzieci, których leczenie jest tak drogie, że sfinansowanie go graniczy z cudem. Rodzice dokonujący cudów! Stający na głowie, żeby dziecko ocalić, wyleczyć, albo chociaż złagodzić jego cierpienie. Zagryzający zęby i kryjący łzy, żeby nie widział ich ten maluch, któremu chcą dać tyle szczęścia, ile tylko mogą. Nawet jeśli od początku wiedzą, że to szczęśliwe życie będzie tak ulotne jak motyl. Herosi zmagający się z chorym systemem, z niedoborem informacji, z brakiem empatii, ze zobojętnieniem otoczenia. Pokonujący przeciwności, które dla zwykłego śmiertelnika są niewyobrażalne. Często niestety osamotnieni w swojej walce, na skraju wytrzymałości fizycznej i psychicznej. Oni byliby szczęśliwi, gdyby ich jedynym problemem był katar czy wiatrówka. Gdyby ich dziecko miało po prostu choroby wieku dziecięcego.

I znów widzę tamten szpital, tamten ponury korytarz i tamtą załamaną mamę.

Znowu to samo, znowu to samo… To już trzynasty raz w tym miesiącu, a ja za każdym razem czuję, jakbym umierała razem z nią – mówi przez łzy, a ja czuję, jak serce rozpada mi się na tysiąc kawałków. Bo taka jest właśnie prawda o tym naszym macierzyństwie. Do cierpienia dziecka nie da się przyzwyczaić. Nie da się zobojętnieć na cierpienie WŁASNEGO dziecka. A czy można zobojętnieć na cierpienie innych dzieci? Mam nadzieję, że nie. Dziś jest Światowy Dzień Chorego. To dobry moment, żeby to sprawdzić. Pamiętajmy o chorych dzieciach, pomóżmy, jeśli możemy. A przecież – tak na serio – w jakiś sposób i w jakimś stopniu możemy zawsze. Poświęćmy chociaż jedną ciepłą myśl chorym maluchom i ich rodzicom. Cichym bohaterom dnia codziennego.

Reklamy