Zgodnie z niedawno zapoczątkowaną tradycją wspominkowych czwartków zapraszam na kolejną opowieść z czasów, kiedy matka nie była matką, a za to była pilotem wycieczek. Że w Toskanii debiutowałam jako pilot, już wiecie. Że udało mi się na swojej pierwszej wycieczce pogubić dzieci, uratować przed aresztem turystę terrorystę i utknąć na promie, też wiecie (a kto nie wie, ten czyta TUTAJ). Ale nie wiecie, że do Toskanii wróciłam jakiś czas później z grupą, która była moją chyba najbardziej szaloną ekipą. Artystyczne dusze, zwariowane pomysły, oderwanie od rzeczywistości i masa kłopotów – tak można najlepiej podsumować ten wyjazd, w czasie którego przyszło mi niańczyć gwiazdę rocka, stawić czoło smokom i rozbrajać tykająca bombę. Bo spokojne wyjazdy to przecież nudne wyjazdy!

Jestem taka ważna!

A wydawało się, że wszystko zaczyna się doskonale. Grupa w gotowości na miejscu zbiórki, bagażniki autokaru mieszczące niemal bez problemu wszystkie klamoty, uśmiechnięci kierowcy i wakacyjne nastroje. I właśnie wtedy zjawia się pani z szajbą. Pani z szajbą charakteryzuje się tym, że jest bardzo ważna i musi wszystko mieć pod kontrolą. Nawet jeśli z wyjazdem ma wspólnego tylko tyle, że dziesięć miesięcy temu, na etapie planowania, przybiła pieczątkę na zapytaniu ofertowym wysłanym do naszego biura. Choć nie uczestniczyła w procesie tworzenia programu i organizacji pobytu, pani z szajbą wie najlepiej, o co powinnam jako pilot zadbać na miejscu, i nic jej nie powstrzyma przed uświadomieniem mi tego. Choć nigdy nie pracowała w branży turystycznej, w małym palcu ma wszelkie procedury, według jakich – w jej mniemaniu – powinnam działaś. Kiedy zapraszam grupę do autokaru, żeby z mikrofonem, spokojnie sprawdzić listę obecności, pani z szajbą niemal rzuca się pod koła autokaru, zakładając z sobie tylko znanego powodu, że odjadę bez zweryfikowania, czy wszyscy turyści dotarli na zbiórkę i zajęli miejsca. Kiedy okazuje się, że przydałaby się nam jej pomoc, pani z szajbą znika 🙂 Ale o tym za chwilę…

Poszukiwany, poszukiwana

A więc wsiadamy do autokaru. Grupa studencka. Na parkingu pociągają nosami sympatie rzucone na żer tęsknocie na całe dwa tygodnie. Gdzieniegdzie nieśmiało machają chusteczkami mamusie, które – jak się okaże – potrafiły dwudziestoletnim pociechom zapakować „na wszelki wypadek” słoik z bigosem. Myślami wybiegamy już do zielonych toskańskich wzgórz, kiedy okazuje się, że na pokładzie brakuje jednej pani i jednego pana, których nazwiska znajdują się na liście. Dzwonimy. Dzwonią koledzy, dzwonię ja, dzwoni bardzo przejęta kierowniczka grupy. Bez skutku. Minuty płyną, a nie jest to bez znaczenia w kontekście czasu pracy kierowców. W końcu odbiera ona. Niemożebnie zdziwiona, że miała być na zbiórce i że ktoś na nią czeka. U niego sytuacja podobna. Wprawdzie gdzieś kiedyś ktoś wspominał, że mają jechać na ten wyjazd (sponsorowany w końcu przez uczelnię), ale oni się nie potwierdzali, ani nic nie podpisywali. On nawet nie jest już na liście studentów, bo nie zaliczył poprawki. Czy kogoś informowali, że nie będą zainteresowani wyjazdem? Owszem, owszem. Dawno temu informowali… panią z szajbą, która nagle – dziwnym zbiegiem okoliczności – zapada się pod ziemię…

Rockstar

Z biegiem czasu okazuje się, że pani z szajbą nie była wcale najdziwniejszą osobowością w tej grupie. Bo oto pojawia się on – kolorowy jak rajski ptak artysta o niespokojnej duszy. Malarz, grafik, poeta, opowiadacz, muzyk. Inicjator zabaw różnych, najczęściej dziwnych i społecznie nieakceptowalnych. W pokoju sąsiadującym z lokum rodziny z małym dzieckiem organizuje kameralne koncerty gitarowe z profesjonalnym nagłośnieniem, które przywiózł sam dla siebie. Choć publiczność w liczbie trzech osób doskonale usłyszałaby jego głos bez żadnego wsparcia, jego talent wymaga mikrofonu, głośnika, wzmacniacza i zapewne tłumu piszczących nastolatek. Jego wybryki sprawiają, że po trzech dniach cała grupa omal nie wylatuje z ośrodka. Proszony o cichsze i spokojniejsze zachowanie, tego samego wieczoru organizuje na basenie imprezę w togach i tylko dobre serce gościnnej Włoszki ratuje nas przed natychmiastową eksmisją. Mistrz dowcipów o kontekście seksualnym („od dziś, Ewelinko, to ja jestem twoim lekarzem pierwszego…hehe… kontaktu…hehe…”) regularnie spóźnia się na zbiórki, gdyż jego wolny duch nie podlega ograniczeniom zegara. Wydaje mu się, że grupa bez niego nie istnieje. I ma rację – wydaje mu się. Przekonuje się o tym, kiedy tracę cierpliwość i odjeżdżamy bez niego na wycieczkę do Sieny. Od tej pory spóźnienia się kończą, ale gwiazdorzenie nie 🙂

Widzę smoki

Wyjazd jest emocjonujący i bardzo pracowity, i to wcale nie z powodu napiętego programu, lecz rozmaitych problemów prowokowanych czy to przez naszego rockmana, czy to przez studentów gubiących klucze, gubiących części odzieży, gubiących leżaki, gubiących w zasadzie niemal wszystko poza własnymi głowami, a i to tylko dlatego, że przyczepione są do szyi. W końcu przychodzi dzień wolny, czyli dzień w ośrodku, w czasie którego grupa zajmuje się malowaniem, a ja planuję zająć się wylegiwaniem na basenie i błogim nic-nie-robieniem ze szczególnym uwzględnieniem wczesnego położenia się spać, bo następnego dnia czeka nas długa i organizacyjnie trudna wycieczka. Prawie udaje mi się zrealizować plan – wprawdzie po drodze na basen zaliczam jeszcze wypożyczalnię rowerów, załatwiam wózki do przewożenia klamotów, sprowadzam łapacza szerszeni, żeby pozbył się gniazda tych owadów, i dostarczam pieczywo do 12 domków, ale w końcu ląduję na leżaku i cieszę się toskańskim słońcem. Zgodnie z planem kładę się wcześnie spać i o 23 leżę w łóżku z nadzieją, że spieczone na raka sierotki też padną z wyczerpania i nie rozniosą ośrodka. Poprzednie noce spędziłam spacerując po ośrodku, żeby stłumić w zarodku ewentualne imprezy, bo dyrekcja jasno dała do zrozumienia, że toleruje nas już tylko warunkowo, więc teraz liczę na spokojny, kilkugodzinny sen. Na darmo. Tuż po 2 w nocy słyszę gwałtowne pukanie do drzwi i już wiem, że mamy problem. Jedna z moich ulubionych – bez ironii – turystek szaleje. Zupełnie dosłownie – szaleje. Jest pobudzona, niespokojna, ma zwidy. Atakują ją – i mówi to z całą powagą – smoki biegające po ośrodku… Oczyma wyobraźni widzę już karetkę zwijającą nas do szpitala i nagłówki w lokalnych gazetach – „szalona turystka z Polski zaatakowana przez smoki”, ale staram się zachować spokój. Dziewczyna należy do tych cichych i nieimprezowych. Twierdzi, że nic nie brała, nic nie piła, i wygląda na tak przerażoną, że naprawdę jej wierzę. Próbujemy ustalić, co mogło się stać. Zatrucie? Narkotyk dosypany przez „życzliwego”? Uderzenie w głowę? Nic z tych rzeczy. Kontynuując śledztwo, idziemy do jej domku. Wchodzimy do środka. W niewielkim pomieszczeniu o szczelnie zamkniętych oknach i drzwiach jest aż gęsto od zapachu farb, rozpuszczalników i terpentyny. Okazuje się, że zakręcona artystka nie zdążyła dokończyć swojego dzieła za dnia, więc w nocy pracowała nad nim w swoim pokoju. Mi wiruje w głowie już po minucie, a ona siedziała tam kilka godzin. Konsultacja lekarska przynosi proste zalecenie – trzeba kobietę wywietrzyć. I tak o to, zamiast odsypiać w łóżku zarwane noce, do siódmej nad ranem spaceruję z sierotką pod ramię wokół ośrodka. Okrążenie za okrążeniem, kilometr za kilometrem. Aż w końcu smoki odchodzą, a nam pozostaje wziąć szybki prysznic, zjeść śniadanie i wsiąść do autokaru. Ona zdrzemnie się po drodze, a ja… A mi pomoże pilocka adrenalina 😉

Wybuchowy domek

Choć może to zabrzmieć niewiarygodnie, to wcale nie smoki okazują się jednak największym wyzwaniem tego wyjazdu. Końcówka imprezy. Studenci dzielnie pracują nad swoimi obrazami, a ja powoli myślę o ostatnich dniach i kilku niespodziankach, które zaplanowałam dla tej przecież sympatycznej, choć szalonej grupy. Pożegnalna kolacja we włoskim stylu, wycieczka na plażę o zachodzie słońca, wieczór karaoke. Robi się późno. Gdzieś po drodze przypominam sobie, że w jednym domku był problem z okiennicą i, choć bardzo, bardzo nie chce mi się już wychodzić, poczucie obowiązku bierze górę. Pukam do domku i po chwili wchodzę zachęcona głosami dochodzącymi ze środka. Od samego wejścia czuję unoszący się w powietrzu dziwny zapach. W pokoju w głębi domku siedzi kilkuosobowe towarzystwo, słychać śmiechy, żarty, dowcipy. Wszyscy w doskonałych humorach. A mi spokoju nie daje ten dziwny zapach, którego chyba nikt poza mną nie czuje. Może to znowu jakieś rozpuszczalniki? Załatwiam sprawę, zbieram się do wyjścia i wtedy TO widzę. W łączącej się z salonem kuchni gotuje się na gazie woda. A raczej gotowała się. Teraz został tylko odkręcony kurek, z którego ulatnia się gaz. Skóra cierpnie mi na myśl, co mogło się stać, gdyby jeden z mieszkańców zapalił papierosa. Albo gdyby gaz wszedł w jakąś reakcję z tymi wszystkim rozpuszczalnikami. Zarządzam szybką ewakuację i wietrzenie. Drżącymi rękami zakręcam kurek. Studenci, z rozbrajającą szczerością mówią, że wstawili sobie wodę na herbatę i zapomnieli. I w sumie to czuli jakiś dziwny zapach, ale się nie przejmowali, bo wiadomo, że w studenckim domku to może dziwnie pachnieć… Wiadomo 🙂 Kiedy po powrocie z Włoch rozstajemy się na parkingu, wręczają mi kartkę z podziękowaniami, na której narysowali eksplodujący domek-bombę…

I to by było na tyle w ten czwartkowy wieczór. Do wspomnień pod hasłem „młodym pilotem będąc” na pewno jeszcze wrócimy. A może wy opowiecie o ciekawych ludziach spotkanych w podróży?

Reklamy