Każdy, kto „siedzi” w domu z dziećmi, codziennie mierzy się z tą samą prośbą: „mamo, pobaw się ze mną!”. I tak jakieś 36 razy na godzinę 😉 Są okresy, kiedy maluchy mają swoją ulubioną zabawę i najchętniej nie robiłyby nic innego, czasem jednak same nie mają konkretnego pomysłu i oczekują naszej inicjatywy. W obu przypadkach lepiej być przygotowanym, bo albo pozwoli ci się to uwolnić od odgrywania Czerwonego Kapturka po raz osiemnasty z rządu, albo uratuje przed sceną pod hasłem „nuuuuudzęęęę się”. Zresztą, ustalmy, jeśli to ty inicjujesz zabawę, to możesz zaproponować coś, co będzie przyjemne (albo chociaż znośne) także dla ciebie. Największym problemem jest oczywiście urozmaicenie wspólnych zabaw, bo czasem w głowie po prostu pustka. Wszystkim rodzicom, którzy zmagają się z misją „w co się bawić?”, czyli „jak zająć dzieci,, żeby nie oszaleć”, proponuję wyzwanie pod hasłem #jednazabawadziennie. Polega ono na tym, że codziennie proponujemy naszym maluchom jedną nową aktywność i obserwujemy reakcje. Jeśli się sprawdzi, to super, wplatamy ją do grafika naszych zajęć. Jeśli nie – no cóż, po prostu szukamy dalej.

 

Zanim zaczniecie panikować, że oto nadchodzi era skomplikowanych „zrób to sam”, które wymagają manualnych zdolności na poziomie przewyższającym przeciętnego śmiertelnika, od razu uspokajam – zabawa wcale nie musi być wymyślna. Ja staram się korzystać z tego, co znajduje się w każdym domu, sięgać po zwykłe przedmioty i nadawać im nowe funkcje. Warto też wytężyć pamięć i przypomnieć sobie czasy dinozaurów, czyli własne zabawy z dzieciństwa, bo – jak się okazuje – dzieci aż tak bardzo się nie zmieniają i często nasze dawne hity dziś nadal budzą entuzjazm. Ale nie przedłużajmy – oto relacja z naszego pierwszego tygodnia.

lowienie-ryb

Łowienie ryb

Wystarczy miska z wodą, duży ręcznik jako podkład, sitka i garść drobnych zabawek. Wiadomo – miska to jezioro czy inny akwen wodny, a pierdółki to ryby, które nasi wędkarze wyławiają z entuzjazmem wprost proporcjonalnym do ilości rozchlapanej wody. Zabawa najlepiej sprawdzi się w gorące, letnie dni (zwłaszcza jeśli można towarzystwo usadzić na trawie w ogrodzie, oszczędzając sobie sprzątania), ale u nas i w styczniu była jak znalazł.

Jeśli masz więcej niż jedno dziecko, to pewnie skończy się na tym, że maluch będzie wrzucał wszystko z powrotem do wody, co może doprowadzić do nielichej awantury. Ale nic się nie bój – jeśli wysilisz zwoje mózgowe, możesz dorobić do zabawy taką historię, że wybryki młodziaka staną się jej dodatkowym atutem. U nas młodsza była Trytonem, który oswobadzał rybki z niewoli, a starsza rybakiem, który je łowił. I tak chyba z 15 razy! Super sprawa! Zanim jednak odpłyniesz na kanapę i utniesz sobie drzemkę upewnij się, że któreś z dzieci nie wpadło na pomysł awaryjnego opróżnienia zbiornika na podłogę. Chyba nie chcesz oprócz dzieci – co jest nieuniknione – suszyć też swojego dywanu?

pieczenie ciasteczek.jpg

Pieczenie ciasteczek

Uwielbiam gotowanie oraz pieczenie i staram się swoją pasją trochę zarazić dzieciaki. Bardzo skutecznie – wprawdzie na razie chętniej jedzą niż gotują, ale jesteśmy na dobrej drodze. Co jakiś czas – i to nie tylko w okresie świątecznym – zapraszam potomstwo do wspólnego robienia ciasteczek. Jeśli spodziewacie się, że będzie sielsko jak w telewizyjnych reklamach, gdzie maluchy spokojnie siedzą przy stole i precyzyjnie dekorują góry ciastek, to odpuśćcie sobie tę zabawę. Rzeczywistość jest dużo bardziej brutalna. Po prostu: ja zagniatam ciasto, a one wałkują i wycinają kształty, rozsypują mąkę po stole, dywanie, podłodze i samych sobie oraz próbują zjeść surowe ciasto. Podczas gdy dzieciory świrują ze swoimi kawałkami ciasta i kopczykami mąki, ja maksymalnie szybko załatwiam resztę ciasta. Z mojego doświadczenia wynika, że masz jakieś 10-15 minut na zamknięcie produkcji, zanim dzieci dostaną szajby i zapragną innej zabawy (dotyczy trzylatki i 15-miesięcznego bąbla). Jeśli lubisz takie ekstremalne akcje kuchenne, to będziesz się dobrze bawić. Jeśli jednak boli cię bałagan i harmider, to lepiej poszukaj innej opcji. Plus mojej wersji jest taki, że przy okazji załatwiamy sprawę podwieczorku!

jaskinia-niedzwiedzia

Jaskinia niedźwiedzia

To zabawa wymyślona w przypływie geniuszu, kiedy szukałam sposobu, żeby berbecie ze śmigłem w tyłku choć na chwilę usiadły i dały odetchnąć starej matce. Okazało się, że jaskinia z grubego koca powieszonego na krzesełku do karmienia całkiem nieźle się sprawdza i od tej pory pojawia się u nas niemal codziennie. Małe niedźwiadki siedzą w jaskini, a mama LEŻY przed wejściem i strzeże swojej rodziny. Przyucza też maluchy do samodzielnego życia, a robi to, LEŻĄC i wyznaczając im rozmaite zadania np. poszukaj miodku (żółty balon), znajdź strumyk (niebieski kocyk), przynieś jagody dla braciszka (plastikowe piłeczki), wejdź na drzewo (kanapa). Od czasu do czasu mama przerywa na chwilę leżenie i idzie zdobyć coś do jedzenia, a w tym czasie jaskinię atakuje dziki zwierz (w tej roli rozmaite pluszaki), przed którymi maluchy bronią się same lub z pomocą mamy. Na horyzoncie mogą się też pojawić myśliwi i wtedy wszystkie misie chowają się do jaskini i LEŻĄ w ciszy i w bezruchu. Zabawa rozwija sprawność ruchową u misiów i umiejętność leżenia u mamy. Fajna zabawa, nie?

(ps. wybaczcie jakość zdjęcia jaskini – aparat nawalił i zrobiliśmy tosterem 😉 )

zabawa-w-lekarza

Zabawa w doktora

Kto nigdy nie bawił się w doktora, ręka w górę! Świntuchy natychmiast przestają się głupio uśmiechać, bo chodzi o zupełnie niewinną zabawę, w czasie której biedny pacjent (w tej roli pluszak czy lalka) poddawany jest badaniu przez lekarza-dziecko. Jeśli macie zestaw zabawek z serii mały doktor, to sprawa ułatwiona. Jeśli nie, można wykorzystać różne domowe gadżety – u nas np. okulista zaglądał pacjentom do oczu przez tekturową rolkę od ręcznika jednorazowego, dentysta oglądał uzębienie posługując się zwykłą łyżeczką, a chirurg owijał połamańców bandażem z papieru toaletowego. Oczywiście warto zamieniać się rolami – pacjentem czy lekarzem możesz być także ty czy dziecko, a dolegliwości mogą być coraz bardziej wymyślne. Przecież wiadomo, że USG można zrobić nawet balonem.

Tę zabawę poleciła nam sympatyczna pani doktor, kiedy nasza córka miała okres panicznego strachu przed wizytami lekarskimi, i stopniowo to naprawdę przyniosło efekty. Przy okazji dziecko uczy się empatii, dowiaduje się, jak funkcjonuje ludzkie ciało i jakie mogą być konsekwencje ryzykownych zachowań.

Czas trwania zabawy zależy od waszej pomysłowości i cierpliwości. Czasem doktor musi pilnie wyjść już po trzech pacjentach, a czasem dochodzi do epidemii i cały pokój wypełnia się leżącymi pokotem chorymi pod kroplówką.

piknik.jpg

Piknik

Choć czasem o tym zapominamy, okazją do zabawy może być także zupełnie zwyczajny element dnia, jak choćby posiłek. Drugie śniadanie czy podwieczorek można czasem zamienić w piknik. Wystarczy przygotować koszyk ze smakołykami (najlepiej zdrowymi!), rozłożyć kocyk, zaprosić pluszakowych przyjaciół i… po prostu usiąść i cieszyć się czasem spędzonym razem.

20170205_155615.jpg

Piasek kinetyczny

Większość dzieci kocha piaskownice. Nie pytajcie dlaczego, tak po prostu jest. Siedzą, kopią, budują zamki i babki, albo po prostu przesypują piasek i wsypują go sobie we włosy i różne otwory ciała. Niestety, jeśli odliczyć okresy deszczowo-śniegowe, sezon piaskownicowy trwa dosyć krótko. I właśnie dlatego jakiś mądrala wynalazł piasek kinetyczny. Po prostu rozkładamy jakąś większą folię (u nas po prostu ogromny worek na śmieci), wysypujemy piasek, chwytamy łyżki, łopatki, foremki i bierzemy się do roboty. Ułatwienie jest takie, że nie potrzebujemy wody, bo piasek kinetyczny daje się formować bez niej. Przy okazji można z niego lepić kulki, budować wieże, wycinać kształty i co tylko wam przyjdzie do głowy. Trzeba tylko pilnować, żeby maluchy piasku nie zjadły. Jest niejadalny. A poza tym, jak zjedzą, to nie będzie się czym bawić…

chowanego.jpg

Zabawa w chowanego

To jest zabawa, której nie mogło tutaj zabraknąć. Chowany to ukochana zabawa dzieci i dorosłych, choć pewnie my lubimy ją z zupełnie innych powodów. Już maluchy chętnie się w nią bawią, choć czasem ich chowanie się polega po prostu na zamykaniu oczu lub siedzeniu ciągle w tym samym miejscu. Moja trzylatka zwykle melduje mi „mamo, zamknij oczy, ja się schowam pod stół, a ty mnie szukaj”. No i szukam… pięć minut, czasem dziesięć. Głośno zastanawiając się, gdzie też moje dziecko mogło się schować, jednocześnie obieram ziemniaki, wstawiam pranie, albo sprawdzam skrzynkę mailową. Jeśli przychodzi moja kolej na chowanie się, wybieram miejsca nieoczywiste. Nie po to, żeby siedzieć w ukryciu przez długi czas, bo maluchom szybko się nudzi taka zabawa, ale dlatego, że uwielbiam te ich zdziwione buzie, kiedy odkrywają, że można się ukryć pod kołdrą, za drzwiami czy pod wielkim pluszowym misiem. Oczywiście taka zaskakująca kryjówka przez najbliższe kilka kolejek staje się ich ulubioną miejscówką, ale to dobrze, bo – jak wiemy – wtedy znów mogę ich poszukać przez pięć czy dziesięć minut, a mieszkanie stopniowo się ogarnia…

 

I to by było tymczasem na tyle. Taki jest efekt pierwszego tygodnia akcji #jednazabawadziennie, z której relację wrzucam codziennie na bieżąco na fanpage Pozytywny Dom na facebooku i na konto na instagramie. A może i wy dołączycie do naszej zabawy i podpowiecie, jak udaje się wam zająć dzieci, żeby nie oszaleć?

Reklamy