W poprzednich odcinkach cyklu wspominkowego z czasów, kiedy matka nie była matką, a była pilotem wycieczek, zabrałam was na wycieczkę do Toskanii w doborowym towarzystwie. Dzisiaj zmiana klimatu – spod włoskiego słońca przenosimy się do zasypanych śniegiem kurortów narciarskich. Jeśli interesują was babeczki zagubione w wiosce kóz, cud rozciętego pośladka i pułapka, w której omal nie utknęłam na zawsze, to wskakujcie do wehikułu czasu.

 

Zanim jednak podzielę się wspomnieniami, kilka słów na poważnie: wyjazdy narciarskie to dosyć specyficzna działka branży turystycznej. Z pilockiego punktu widzenia to może być bułka z masłem – przywozisz ludzi, kwaterujesz, wręczasz karnety i życzysz miłego tygodnia. Potem odbierasz, wsadzasz w autokar i odwozisz do domu. Dlatego też na takie wyjazdy biura podróży często wysyłają młodych, początkujących pilotów, dla których to okazja do wzbogacenia CV, a często też pojeżdżenia na nartach. I wszystko jest dobrze, dopóki jest dobrze. Problem pojawia się wtedy, kiedy w czasie wyjazdu zadzieje się coś nietypowego, co najczęściej oznacza pechowego połamańca, którego trzeba otoczyć opieką medyczną. Nasze biuro stawiało raczej na pilockie doświadczenie, więc każdy młody musiał odbyć najpierw wyjazd szkoleniowy pod okiem szefa. I bardzo dobrze. A poza tym akurat my nie przyjmowaliśmy taktyki „bawcie się dobrze, widzimy się za tydzień”, tylko staraliśmy się integrować grupę i zapewniać rozmaite atrakcje także wieczorami. Czasem jednak zupełnie niespodziewane atrakcje zapewniali nam nasi turyści. I to właśnie o nich będzie ten wpis!

 

Głupie kozy!

Na mój pierwszy narciarski wyjazd trafiło mi się miejsce wymarzone – rejon Bramy Słońca, urokliwy kurort Avoriaz. Malownicze miasteczko wolne od ruchu kołowego, w którym po ulicach jeżdżą sanie i skutery śnieżne, a narciarze prosto spod hotelu wjeżdżają na szerokie nartostrady. Idealnie, czyż nie? Idealnie to by było, gdybym potrafiła wtedy jeździć na nartach. A nie potrafiłam. I nie mówię tego ze swej wrodzonej skromności. Ja autentycznie nie miałam wcześniej nart na nogach… Już to sprawiło, że na tej wyprawie byłam eksponatem z muzeum osobliwości. Ale nic to! Okazało się bowiem, że nie jestem sama i jeszcze trzy babeczki też na nartach nie jeżdżą. Postanowiłyśmy więc sobie zagospodarować czas na intensywnym wędrowaniu po okolicy, gdyż – jak się okazało – Francuzi i na takie wybryki natury byli przygotowani.

I tak oto jednego dnia, kiedy znudziło nam się sączenie grzanego wina na słonecznych tarasach i udawanie, że te leżące obok narty to są nasze, wybrałyśmy się na wyprawę do Les Lindarets, czyli uroczej wioski leżącej niedaleko Avoriaz, która słynęła z tego, że żyje tam na wolności stado kóz. Czaicie? Kozy sobie normalnie spacerują po ulicach między domami i nikomu to nie przeszkadza. Wiadomo było, że musimy to zobaczyć. Jako wytrawne wędrowniczki zdecydowałyśmy się na wycieczkę pieszą i powiem wam, że szło nam się genialnie, głównie dlatego, że trasa ciągle wiodła z górki, a widoki były wspaniałe. Dotarłyśmy w końcu do wioski. Rozglądamy się w pełnej gotowości do zaprzyjaźnienia się z kozami, a tych piorunów nigdzie nie widać. Jak już się pewnie domyśliliście – chyba każdy poza nami by na to wpadł – kozy w wiosce bytują tylko w lecie, kiedy to pasą się na okolicznych łąkach. W zimie szukają ciepłego schronienia w stajniach i chrupią pachnące sianko zamiast skakać po zaspach. Nasze rozczarowanie było tak ogromne, że ugasić je mogła tylko gorąca czekolada w pobliskiej knajpie 🙂

Ale na tym nie koniec, czekał nas teraz powrót do Avoriaz, które leżało dużo wyżej niż Les Lindarets. Wędrówka z górki była wspaniała, wspinaczka w górę nie przedstawiała się już tak zachęcająco. Gdybyśmy chociaż zobaczyły te kozy, to pewnie leciałybyśmy na skrzydłach euforii, a tak zostały nam tylko napełnione czekoladą brzuszki. Na szczęście główka pracuje – postanowiłyśmy wrócić wyciągiem kabinkowym, który woził okolicznych narciarzy. I tutaj problem – okazuje się, że na dolnej stacji nie ma kasy! Zdziwiony pan z obsługi kabinek patrzy na mnie jak na czubka, kiedy tłumaczę mu, że chcemy pojechać na górę a nie mamy biletu, bo zeszłyśmy na nogach. „Na nogach? Ale dlaczego?” – dopytuje się. O przemądry Francuzie, toż my właśnie zadajemy sobie to samo pytanie! Cóż nas opętało, żeby łazić na kopytach, zamiast wozić pupy w ogrzewanej kabince. Uznawszy nas widocznie za szaleńców pan radzi wrócić na górę na nogach, ale taka opcja nie wchodzi w grę. Proszę więc koleżanki, żeby wyglądały na bardzo cierpiące i zmęczone, co wychodzi im znakomicie. Czy to wrodzony talent aktorski, czy po prostu predyspozycje, oceńcie sami. Tłumaczę więc panu, że ja – i owszem – jak gazela wbiegłabym na górę, ale nie mogę pozostawić mojego stada, które oto tutaj kona z wycieńczenia i niechybnie padnie, jeśli ktoś nas nie ocali. W końcu pan mięknie. Warunkowo i nielegalnie wsadza mnie do kabinki i pozwala pojechać po bilety dla całej grupki. „Tylko niech Pani po nie wróci!” – napomina mnie przerażony. Więc lecę pędzę, zwłaszcza że kasa niedługo się zamyka. Na szczęście się udaje. Wracamy do hotelu i obiecujemy sobie solennie, że następnym razem będziemy chodzić tylko po płaskim.

Karma, bitch!

Avoriaz było także areną debiutu jednej z naszych znajomych pilotek, której – do pełni szczęścia – trafiła się w grupie pani (nazwijmy ją) Zofia. Zofia właśnie, nie Zosia, Zośka czy Zosieńka. Do pani Zofii można było się zwracać tylko w taki sposób, a obowiązek ten w równym stopniu dotyczył nieznajomych, co jej małżonka. Otóż pani Zofia wybrała się na wyjazd narciarski autokarem, z dużą grupą i do apartamentów z wyżywieniem we własnym zakresie, ale wydawało jej się, że jedzie prywatną limuzyną, zupełnie sama i do hotelu all inclusive. Kiedy grupa karnie wracała do autokaru po przerwie na siusiu, pani Zofia właśnie rozsiadała się z kawą w knajpie. Kiedy wszyscy stali w kolejce do przybytku zadumy, ona spokojnie mijała ogonek i wbijała się do zwolnionej właśnie kabiny. W autokarze zażądała wyłączenia w połowie oglądanego przez grupę filmu, bo przyszedł jej czas na sen (godz. 21)… Generalnie dama dawała popalić wszystkim dookoła, a najgoręcej miała oczywiście młoda pilotka, która na swoim debiucie nie bardzo potrafiła jeszcze stawiać granice… Najstraszniej zrobiło się jednak po zakwaterowaniu w apartamentach, kiedy pani Zofia najpierw zaprzęgła pilotkę do pomocy w zanoszeniu bagaży do pokoju (co dobra dusza zrobiła), żeby potem powiedzieć jej wprost „no to teraz bierz się do gotowania!”. Tego już było pilotce za wiele. Grzecznie ale zdecydowanie przypomniała, że posiłki nie są wliczone w cenę imprezy, po czym ewakuowała się na tyle szybko, że usłyszała tylko oburzone „no chyba nie myślisz, że JA będę sobie gotować”.

Ale na tym sprawa się nie skończyła. Pani Zofia kilkakrotnie odwiedziła jeszcze pokój pilotki, bezskutecznie próbując ją przekonać, żeby rozszerzyła swój zakres obowiązków. Dziewczyna powoli zaczynała mięknąć i niewiele pewnie brakowało, żeby spędziła tydzień na kulinarnym dogadzaniu wrednej babie. Uratował ją pies. Otóż w hotelu na recepcji wylegiwał się pies należący do właścicieli czy też recepcjonistki. Pies anioł. Bernardyn o złotym sercu i niezmierzonych pokładach cierpliwości. Dzieci tarmosiły go za uszy, wspinały się na niego, a on ani nie mruknął. Z równie stoickim spokojem znosił radosne piski, gwizdanie, głaskanie, poklepywanie i setki zdjęć, jakie robili sobie z nim turyści. Wydawało się, że nic nie może go wytrącić z równowagi. Wydawało się. Udało się to pani Zofii, która swoim biadoleniem, jojczeniem, czepianiem się i marudzeniem w końcu wkurzyła i jego. No więc otworzył oko, machnął ogonem i zwyczajnie ugryzł ją w łydkę. Nie za mocno, raczej ostrzegawczo, ale niezwykle skutecznie. Pozostałą część wyjazdu pani Zofia spędziła w czeluściach swojego apartamentu z obiadami donoszonymi z restauracji przez małżonka. A cała grupa wydarzenie uczciła wielką imprezą!

 

Zostałem ranny, sprawa jest delikatna!

W każdej grupie jest taki jeden człowiek. Miły, zabawny, sympatyczny, rozrywkowy. I absolutnie pechowy. To właśnie on zgubi bagaż w czasie kwaterowania, jemu gogle wpadną do studzienki kanalizacyjnej, a rozpędzony deskarz rozjedzie telefon. Nazwijmy go Jacek. Nam taki Jacek trafił się w bajkowym otoczeniu Meribel. Świetne warunki śniegowe, wszyscy w doskonałych nastrojach, drugi dzień pobytu. Jacek umawia się na wspólne zjazdy z koleżanką poznaną w autokarze i wydaje się, że wszystko jest na dobrej drodze do narciarskiego romansu. Więc spotykają się, wkładają narty, zawsze uprzejmy Jacek chce się odrobinę przesunąć, żeby zrobić przejazd dla zbliżającego się narciarza. Zalicza wywrotkę, ale po chwili się podnosi i ruszają oddawać się białemu szaleństwu. Po kilku zjazdach euforia jednak opada, żeby ustąpić piekącemu bólowi w części ciała, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę… Dzwoni do nas. „Jest taka kłopotliwa sprawa…” – zagaja, a my zachęcamy go, żeby walił prosto z mostu, bo szkoda czasu na owijanie w bawełnę. „No skoro tak… Rozciąłem sobie zadek!” – informuje, a my z trudem powstrzymujemy śmiech. Bo oto i cały Jacek – stojąc w miejscu upada, czy właściwie przysiada na WŁASNĄ nartę i rozcina sobie pośladek. I to tak, że potrzebuje szycia. Kolejne kilka godzin spędzam w kolejce do ambulatorium i w gabinecie zabiegowym, gdzie – w roli tłumacza – asystuję w zszywaniu męskiego tyłka. I choć zabrzmi to dziwnie, cała nasza trójka – lekarz, Jacek i ja – bawimy się świetnie. I tylko ludzie za drzwiami pewnie niezbyt rozumieją, czemu nam tak do śmiechu.

A najlepsze jest jedno – chłopak ma głęboko rozcięty tyłek, ale zakrywająca pośladki kurtka, podobnie jak spodnie narciarskie pozostają nienaruszone. Nasz mały cud!

 

Co się wydarzyło na oślej łączce i dlaczego chciałabym o tym zapomnieć?

Jak wspominałam, w czasie swojego pierwszego narciarskiego wyjazdu nie potrafiłam jeździć na nartach. Kilka lat później, kiedy wybierałam się na wyjazd kolejny, tym razem do pięknego Belle Plagne, mój ówczesny chłopak, a dziś mąż, wziął sobie za punkt honoru, że nauczy mnie jeździć. Plan był ambitny i groził całkowitą katastrofą naszego związku, ale postanowiliśmy zaryzykować. I tak oto trafiamy na oślą łączkę. Jakieś trzydzieścioro dzieci w wieku – na oko – od dwóch do sześciu lat i ja, prawie trzydziecha na karku. Bąble sięgały mi poniżej pasa, ale największym paralitykiem na stoku byłam bez wątpienia ja. Zresztą, trudno mówić o stoku, bo była to po prostu polanka o stopniu nachylenia pozwalającym na poruszanie się do przodu w prędkością żółwia skrzyżowanego ze ślimakiem. I oto mój pierwszy raz – ruszam. Narty, buty, kijki, gogle, kask. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mam jakby za dużo kończyn, które się nieustannie plączą. A jednocześnie zupełnie nie mam się na czym oprzeć i co chwilę ląduje na śniegu. Uczniem jestem posłusznym. Uginam kolana, pochylam się i jadę. O matko, jak ja jadę! Normalnie życie miga mi przed oczami. Kiedy wydaje mi się, że szusuję z prędkością zbliżoną co najmniej do slalomu giganta, widzę kątem oka, jak mijają mnie kolejne dwulatki. Te dzieci to są szalone! Na odcinku jakichś dwustu metrów wywalam się chyba ze trzydzieści razy. W sumie to nie wiem, bo po dwudziestym odechciewa mi się liczyć. Ale się nie poddaję.

Docieram w końcu do podnóża zbocza. I teraz czeka mnie podjazd do góry. Szczerze, to najchętniej wzięłabym narty na ramię i poszła, ale postanawiam być twardzielem. Mój pierwszy wyciąg w życiu. Wyrwirączka. Na wysokości nieco powyżej moich kolan (to w końcu miejsce nauki dla dzieci) porusza się gruba lina, do której przyczepione są „łapki”. Lina wyciąga narciarzy do góry, zatacza koło i na pusto wraca na dół, gdzie czekają kolejni chętni. Dzieciaki radzą sobie bez problemu, więc i ja powinnam dać sobie radę. Chwytam więc łapkę, przyjmuję pozycję, która z boku musi wyglądać komicznie, i kurczowo trzymając się uchwytu, jadę w górę. Dobrze idzie, jestem już w połowie drogi i zaczynam czuć się pewnie. Pffff… Co to dla mnie taki wyciąg dla maluszków! Dajcie mi prawdziwy orczyk! I właśnie wtedy moje narty jakimś cudem krzyżują się i plączą, a ja ląduję tyłkiem dokładnie w środku wyrwiłapki, między dwoma linami. Wyciąg się zatrzymuje, a ja próbuję wydostać się z pułapki. Dołem nie mogę się wyczołgać, bo lina idzie zbyt nisko. Górą nie przelezę, bo nie mogę wypiąć tych głupich nart, których nienawidzę w tej chwili całym swoim sercem. Wszyscy się patrzą, a ja się miotam jak ryba w sieci. A więc tak wygląda piekło. Zostanę tutaj na zawsze, a dwulatki będą mnie wytykać palcami, mówiąc, że dorośli to pierdoły. Po trzeciej nieudanej próbie wydostania się z pułapki mam już tylko ochotę położyć się na śniegu i poczekać na nadejście nocy. A jest dopiero po jedenastej… Z opresji ratuje mnie mój facet, mój bohater. Za goglami zaszklone od łez oczy, szalik naciągnięty na usta kryje uśmiech, którego po prostu nie da się powstrzymać. Wyciąga mnie, wygrzebuje spomiędzy tych lin. I ja wam powiem, że ja już wtedy wiedziałam, że on musi być mój. Bo skoro nie porzucił mnie w takim obciachu, to już nic nas nie rozdzieli 🙂 Kolejne dni upłynęły na intensywnej nauce i w końcu poskromiłam te narty, choć łatwo nie było. Ale tamtej oślej łączki i tamtej wyrwiłapki nie zapomnę nigdy.

 

I to by było na tyle. A wy jeździcie na nartach? Może pochwalicie się swoimi narciarskimi wyczynami i wpadkami?

 

Reklamy