Nie lubię przypinania ludziom etykiet. Ani dorosłym, ani dzieciom. A już szczególnie nie lubię etykiety „grzeczny”/”niegrzeczny”. Bo cóż niby ta grzeczność ma znaczyć? Według Słownika Języka Polskiego „grzeczny” to po prostu „dobrze wychowany; o dzieciach też: posłuszny i spokojny”. Już sama ta definicja kryje w sobie podstawowy błąd rozumowania, zawężając dobre wychowanie do osiągnięcia stanu, kiedy to nasze dziecko jest spokojne, posłuszne i generalnie niekłopotliwe. Zastanówcie się przez chwilę – czy w dobrym wychowaniu, czy w wychowaniu dziecka chodzi właśnie o to? Czy taki cel nam przyświeca?

 

Przez długie lata pokutowało myślenie, że „dzieci i ryby głosu nie mają”. Takie słowa słyszała dorastając moja mama i jej bracia, podobnie zresztą jak całe ich pokolenie. Bo też cel był prosty: dzieci miały zajmować się sobą, słuchać poleceń, nie sprawiać kłopotu, nie hałasować. Generalnie NIE PRZESZKADZAĆ dorosłym. Niestety takie myślenie pokutuje często do dziś. Jako młoda mama często słyszę pytania w stylu „czy ona już sama zasypia?”, „czy przesypia ci noce?”, „dalej musisz ją karmić?”, „czy ona ciągle tak gada?”, jakby fakt, że na pewnym etapie życia dziecko wymaga naszej opieki i zaangażowania było po prostu uciążliwością, którą należy przeczekać, żeby mieć święty spokój. Jeśli to niemowlę, masz szczęście, opinia publiczna może ci jeszcze sporo wybaczyć. Ale jeśli twój trzylatek nadal nie zaśnie bez trzymania cię za rękę, jeśli odmówi zjedzenia surówki zrobionej przez ciocię, nie zechce założyć zielonego sweterka albo, na twoje polecenie, odpowie „a dlaczego?” lub – gorzej jeszcze – „nie!”, to masz pozamiatane. Wychowałaś potwora, nie wpoiłaś mu zasad posłuszeństwa i generalnie cała wasza patologiczna rodzina jest na równi pochyłej w dół. O zła, zła matko, co bezstresowo bachory wychowujesz!

 

Nie zrozumcie mnie źle – nie jestem absolutnie zwolenniczką pozwalania dzieciom na wszystko. Przeciwnie – uważam, że rolą rodzica jest mądre wpajanie dzieciom zasad postępowania. Wpajanie nie tylko słowem, ale przede wszystkim czynem – poprzez własne zachowanie. Jakie masz prawo oczekiwać od dziecka pokoju posprzątanego na błysk, jeśli na twoim biurku leżą kanapki z zeszłego tygodnia i skarpety żony? Jak możesz karać je za krzyczenie na młodszego brata, jeśli przez telefon wydarłeś się na kuriera, który cię zirytował? Czemu oczekujesz, że twoja córka będzie uprzejmie witać sąsiadkę, jeśli za jej plecami mówisz o niej „ta stara raszpla spod dwójki”? Może twoje dziecko jest niegrzeczne, bo ty też jesteś niegrzeczny? Ale zbaczamy trochę z tematu.

 

Etykietka „niegrzecznego” dziecka jest dziś niestety bardzo łatwo przypinana dzieciom, które nie zachowują się jak aniołki z obrazków. Dzieciom, które po prostu są dziećmi. A my, rodzice, nie możemy i nie powinniśmy się wstydzić za to, że nasze przedszkolaki zachowują się po dziecięcemu, a nie jak dżentelmeni z brytyjskich klubów. Nie możemy się dać wpędzić w poczucie winy tylko dlatego, że nasza latorośl nie spełnia oczekiwań kogoś, kto nie obcuje z nią na co dzień i nie ma bladego pojęcia o etapach rozwoju dziecka. Jasne, nie jest fajnie usłyszeć, że ktoś mówi o twoim dziecku, że jest niegrzeczne. Ale zanim wpadniesz w paranoję i zaczniesz gorączkowo szukać przyczyn swojej wychowawczej porażki, zastanów się, czy rzeczywiście są powody do zmartwienia. Albo zrób tak, jak ja. Po prostu zapytaj tego ktosia, na czym według niego polega to niegrzeczne zachowanie. Konkretnie. Bez ogólników. To pomoże ci określić, czy problemem jest rzeczywiście postępowanie dziecka, czy też wygórowane i nierealne oczekiwania twojego rozmówcy. I być może twoje. Odpowiedzi, które usłyszysz, często są powtarzalne aż do bólu. Więc może rozprawmy się z nimi krótko.

 

Twoje dziecko jest niegrzeczne, bo…

…nie zjada wszystkiego z talerza, nie chce jeść brukselki, skrytykowało barszcz zrobiony przez ciocię…

Temat stary jak świat. Dziecko nie jest niegrzeczne, tylko po prostu ma prawo jeść tyle, ile potrzebuje i ile chce. Co więcej, ma prawo nie lubić niektórych rzeczy. Tak jak ty nie lubisz bigosu teściowej a ten rosół cioci Wandzi to dla ciebie za tłusty. Jedyna różnica między wami jest taka, że ty pewnie zjesz z grzeczności, opróżnisz talerze do ostatniego okruszka, żeby babci nie było przykro, chociaż ziemniaki czujesz jeszcze w gardle a na kotlecie już prawie siedzisz. Dziecko jest proste. Najadło się, nie jest głodne, nie lubi, to nie je. I niech tak zostanie. Przy dzisiejszej pladze otyłości wśród dzieci i młodzieży warto uczyć swoje pociechy, że jemy dla siebie, a nie dla innych, i to my sami najlepiej potrafimy określić własne zapotrzebowanie na pokarm.

 

…nie słucha twoich poleceń bez zadawania pytań

A powinno? Oczywiście, uczymy dziecko, żeby nas słuchało i przestrzegało zasad. Ale czy rzeczywiście chodzi nam o ślepe posłuszeństwo? O wpojenie myślenia „słuchaj mnie, bo jestem dorosły”? Chyba lepiej, żeby jednak rozumiało, dlaczego oczekujesz pewnych zachowań. Żeby wiedziało, że to nie twoje wymysły i kaprysy, ale życzenia podyktowane troską o niego, społecznymi zasadami, wymogami zewnętrznymi itd. Ja cieszę się, kiedy moje dziecko pyta, dlaczego ma coś zrobić. I nie gniewam się, jeśli odmawia. Daję mu do tego prawo. Staram się przekonać, wytłumaczyć, namówić. Chcę, żeby rozumiało, że moje prośby wynikają z troski i miłości, a nie z dorosłego widzimisię. Nawet jeśli pewne rzeczy muszę tłumaczyć po raz setny, to wierzę – i widzę! – że to przynosi efekty. I trzymam się jednej zasady: jeśli nie potrafię jakiegoś życzenia uzasadnić racjonalnie, to znaczy, że jest tylko moją zachcianką, a zatem nie oczekuję od dziecka jej spełnienia, jeśli ono nie ma na to ochoty. Prosty przykład: jeśli proszę dziecko o założenie ciepłej kurtki, bo jest mróz, to jest to życzenie uzasadnione. Jeśli chcę, żeby założyło kurtkę zieloną, a ono woli niebieską, to jest już tylko moja fanaberia i nie widzę podstaw wymuszania na dziecku swojej wizji. A że niebieska nie będzie mu pasować do butów? No i co z tego? Najwyżej ustanowi nowe trendy w dziecięcej modzie. Zresztą, nie oszukujmy się, tych butów i tak za chwilę nie będzie widać spod błota…

 

… robi sceny

Jeśli oczekujesz od przedszkolaka, że będzie potrafił panować nad swoimi emocjami, tłumić gniew, rozczarowanie, smutek i komunikować gwałtowne uczucia elokwentnymi frazami bez łez i krzyków, to zaiste czas zejść z obłoków. Nawet dorośli ludzie mają z tym problem! Rozejrzyj się dookoła – miła starsza pani wtyka szpile kasjerce w supermarkecie, sąsiadka trzaska drzwiami po kłótni z mężem, sympatyczni skądinąd panowie skaczą sobie do gardeł w walce o jedyne wolne miejsce parkingowe. Jedyna różnica jest taka, że my – dorośli i teoretycznie przynajmniej dojrzali – powinniśmy już umieć emocje kontrolować i rozładowywać w sposoby społecznie akceptowane. Małe dzieci jeszcze tego nie potrafią, a naszą rolą jest ich tego nauczyć. I jest to jedno z najtrudniejszych zadań, jakie nam przypada. Nie oczekuj, że jedna wskazówka, jedno wytłumaczenie wystarczy. Pamiętasz jak uczyłeś się jeździć na rowerze? Ile czasu, ile wywrotek kosztowało cię opanowanie jednoczesnego prowadzenia kierownicy, kręcenia pedałami i utrzymywania równowagi? Zapewniam cię, że nasz mózg i nasze emocje są o wiele bardziej skomplikowanym mechanizmem. Daj dziecku prawo do emocjonalnych wywrotek.

 

… nie wita się ładnie z gośćmi, nie daje buziaków na pożegnanie

I tutaj w grę wchodzą bardzo złożone kwestie. Z jednej strony konwenanse społeczne, które regulują międzyludzkie relacje, z drugiej strony emocje dziecka, które potrafi je wyrażać w sposób bardzo bezpośredni. Od najmłodszych lat uczymy dziecko „dobrych manier”, tłumacząc, że pewne zachowania nie są mile widziane w towarzystwie. Ale nie wymagajmy od przedszkolaka, że będzie miało te wszystkie zasady w małym paluszki i, co więcej, będzie się do nich zawsze stosować. Nawet na przekór własnym uczuciom. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie udawał w autobusie, że nie widzi znajomego, z którym wcale nie ma ochoty rozmawiać! Dziecko też może czasem nie mieć ochoty z kimś rozmawiać. Może być zajęte zabawą, zaaferowane bajką, zwyczajnie zmęczone, albo po prostu nieśmiałe. Myślisz, że zmuszanie go, żeby powiedziało to nieszczęsne „dzień dobry” wujkowi Kazikowi naprawdę przyniesie inny efekt niż irytację i bunt? A może po prostu odpuść i SAM przywitaj gości w imieniu swoim i rodziny? Może konsekwentnie bądź miły dla ludzi w swoim otoczeniu, żeby dziecko miało dobry wzór do naśladowania?

I jeszcze a propos buziaków na powitanie/pożegnanie – jest dla mnie absolutnie niezrozumiałe, jak można wymuszać na dziecku takie gesty jakimiś nakazami czy emocjonalnymi szantażami („bo dziadziusiowi będzie smutno”). Czy dziecko nie ma prawa do stawiania granic intymności? Do decydowania o tym, jaki kontakt fizyczny jest dla niego akceptowalny, a jaki nie? Zastanów się – dziś każesz córce dać buziaka wujkowi Zdzichowi, którego widzi po raz pierwszy w życiu; jak myślisz, jak zareaguje, kiedy buziaka zażąda kolega kolegi albo woźny w szkole? Wiadomo, trudno opierać się i walczyć przeciw całej rodzinie i przyzwyczajeniom i oczekiwaniom, które mają pewnie zupełnie niewinną motywację. Ale dobro dziecka jest jednak ważniejsze. My problem niechcianych buziaków rozwiązaliśmy prosto – jeśli dziecko nie chce kogoś ucałować na pożegnanie, zawsze może przesłać rączką wirtualnego buziaka. Moja córka bardzo chętnie zaakceptowała taką alternatywę. Może i u was się sprawdzi!

 

… biega, piszczy, krzyczy

No i bardzo dobrze! Jest dzieckiem. Roznosi je energia, radość życia, beztroska, której tak mu zazdrościmy. Niech biega, niech krzyczy, niech piszczy. My też tak robiliśmy, kiedy byliśmy dziećmi. A kiedy przeszkadzało to dorosłym, po prostu szliśmy hałasować gdzieś indziej. Dzisiaj często trudniej o takie opcje, dzieci więcej czasu spędzają w domu, w zamkniętej przestrzeni, znacznie bliżej dorosłych niż kiedyś. Problem nie leży więc w samym zachowaniu, ale w jego uciążliwości dla otoczenia. Zamiast więc marudzić, że dzieci – jak to dzieci – robią harmider, może poszukać im miejsca, gdzie będą mogły hasać do woli? Może stworzyć przestrzeń, gdzie piszczenie i bieganie nie będzie nikomu przeszkadzać? I przy okazji wrzucić na luz. Bo nie ma nic gorszego, niż opiekun biegający za dzieckiem po placu zabaw (!) i musztrujący je nieustannie swoimi „nie tak szybko”, „nie krzycz”, „ciszej”. A weźże se pan usiądź i książkę poczytaj!

Oczywiście, są miejsca gdzie takie zachowania są niedopuszczalne, i naszą rolą jest uczyć tego dzieci. A jeśli zachowują się niezgodnie z zasadami np. w restauracji czy bibliotece, odpowiednio reagować (wytłumaczyć, przypomnieć zasady, uspokoić, a jeśli to nie działa, to po prostu wyjść z dzieckiem). Myślę jednak, że wiele zależy od umiejętnego zarządzania energią dziecka – jeśli zapewnimy mu możliwość „wyszumienia się”, łatwiej przyjdzie mu spokojne wysiedzenie kilkunastu minut wtedy, kiedy będzie to niezbędne.

 

… nie zajmuje się samo sobą

A wiadomo, że powinno. I to najlepiej jak najszybciej, żeby dorośli mieli święty spokój. Ja usłyszałam taki zarzut w odniesieniu do sześciomiesięcznego malca, który wyjątkowo lubił się przytulać, nosić i być blisko mamy. A przecież powinien się już sam sobą trochę zająć… Dla mnie sprawa jest prosta – małe dziecko potrzebuje uwagi i bliskości rodzica. Owszem, z biegiem czasu i stopniowo uczy się samodzielności, także w zabawie, ale i tak obecność dorosłego długo jeszcze będzie dla niego bardzo pożądana i atrakcyjna. Pozostaje pytanie, czy rzeczywiście i dla kogo jest to problem. Wiadomo, nie jest łatwo gotować zupę z dzieckiem na ręku. Czasem chciałoby się w spokoju wypić gorącą herbatę bez nieustannego „pobaw się ze mną”, ale z drugiej strony… ten czas tak szybko mija! Kiedy patrzę na moje dzieci, wciąż przecież małe, widzę, jak z dnia na dzień stają się coraz bardziej samodzielne. Jeszcze teraz mnie potrzebują, jeszcze chcą mnie w świecie swoich zabaw, ale już zaczynają budować własne światy, mają ulubione bajki, własne pomysły. Ani się obejrzę, a będą hasać z kolegami, budować bazy na drzewach, grać w piłkę. Więc jeśli moje dziecko nie zajmuje się samo sobą, jeśli chce i potrzebuje mojego towarzystwa, to mogę się z tego tylko cieszyć. I mieć nadzieję, że nawet za kilkanaście lat znajdzie dla mnie miejsce w swoim napiętym grafiku.

… przeszkadza dorosłym w ich ważnych dorosłych sprawach

A na czym to przeszkadzanie polega? Najczęściej na tym, że dziecko czegoś chce od nas właśnie wtedy, kiedy my mamy coś ważnego do załatwienia. Telefon w sprawie pracy? „Mamo, chcę kupkę”. Kurier z paczką? „Mamo, nalej mi soczku”. Plotki z koleżanką? „Mamo, pobaw się ze mną”. Telefon z ofertą abonamentu? „Mamo, smutno mi… Buuuuu”. Ciągle małe i duże potrzeby i zachcianki. Płacze, krzyki, marudzenie. „Mamo, popatrz na mnie! Mamo, posłuchaj! Mamo, tu jestem!” Najczęściej wtedy, kiedy potrzebujesz trochę czasu, żeby ogarnąć ważne sprawy, załatwić interesy, rozwiązać problemy. Z jednej strony zwykłe codzienne potrzeby dziecka wynikające z jego niesamodzielności, która dnia na dzień będzie się zmniejszać. Z drugiej jedna z najważniejszych potrzeb każdego dziecka, każdego człowieka w sumie – potrzeba bliskości. Spędzacie cały dzień razem w domu, ale ile tak naprawdę czasu spędzasz z dzieckiem? Bez zerkania w telefon. Bez mieszania drugą ręką w garze. Bez myślenia o liście zakupów i praniu, które kisi się w pralce trzeci już dzień. Jasne, twoje obowiązki są ważne i maluch musi się tego nauczyć. Ale ważne są i jego potrzeby, a potrzeba bliskości jest jedną z tych fundamentalnych. Może twoje dziecko jest „niegrzeczne”, bo po prostu potrzebuje uwagi? Może wystarczy poświęcić mu, tak bez reszty, pół godziny, żeby potem zyskać te 15 minut na rozmowę telefoniczną bez ryku w tle?

 

Dorośli często mówią, że zazdroszczą dzieciom beztroski, radości, wolności od obowiązków. Ale jest jedna rzecz, która jest nie do pozazdroszczenia – dzieci są ciągle na cenzurowanym. Świadomie czy nie, nieustannie poddawane są ocenie dorosłych, którzy sprawdzają, testują, analizują, czy dany egzemplarz mieści się w ramkach grzecznego dziecka, którym można się pochwalić znajomym. My, rodzice, często boimy się tych ocen. Nie chcemy słyszeć, że nasze dziecko jest niegrzeczne, bo odbieramy to jako naszą własną porażką. Przestańmy! Zadajmy sobie pytanie, czy chcemy wychować dziecko posłuszne czy raczej mądre? Potulne czy broniące własnego zdania? Uległe czy świadome własnej wartości? Zamiast sugerować się ocenami innych (często bezdzietnych albo takich, którzy swoje dzieci wychowywali baaardzo dawno temu) po prostu spójrzmy na swoje dziecko i zastanówmy się, czy jego niby niegrzeczne zachowania to rzeczywiście coś, czym warto i trzeba się niepokoić. Bardzo często okazuje się, że wcale tak nie jest. Kiedy więc ktoś zarzuca twojemu dziecku, że jest niegrzeczne, bo… – i tutaj wstaw jeden z wyżej wymienionych argumentów – powiedz mu po prostu: „Jeśli dla ciebie to jest definicja niegrzeczności, to masz racje. Moje dziecko jest niegrzeczne. I BARDZO DOBRZE!”

 

PS. Jeśli spodobał Ci się ten wpis i uważasz, że może się komuś przydać, polub go lub udostępnij. Dzięki temu będzie nas więcej!

Reklamy