A więc zdecydowaliście się na dziecko. Po dziewięciu miesiącach oczekiwania, planowania i przygotowań pojawił się na świecie nowy człowiek, który zupełnie zmienił wasze życie. Stał się priorytetem. Zapewne zdecydowaliście (jak robi większość), że – przynajmniej na początku, przez pierwsze miesiące, a może i lata – ty zostaniesz z maluchem w domu, a on, jego ojciec, wróci do pracy. Podział obowiązków jest jasny – ty zajmujesz się domem i dzieckiem, a on pracuje i zapewnia wam utrzymanie. Wydaje się sprawiedliwe, nie? Masz rację, wydaje się.

Oczywiście, każda sytuacja jest inna, bo też różne mamy układy rodzinne, różne zawody, różne formy zatrudnienia itd. Są kobiety, które mają do pomocy babcię czy nianię, ale też takie, które radzić muszą sobie same. Są faceci, którzy cały dzień ciężko pracują fizycznie czy intelektualnie, ale są i tacy, którzy w pracy mają raczej lekko. Są mamy, które opiekę nad maluchami godzą z biznesem prowadzonym z domu, oraz takie, którym przypadło w udziale bardzo wymagające dziecko i już ono jest tak absorbujące, że cała reszta to wyższa szkoła akrobacji. Są panowie, którzy znaczną część czasu spędzają w delegacjach, które wcale nie są urlopami, a są i tacy, dla których konferencje to relaks i dobra zabawa. Wydaje się więc, że, mówiąc o podziale obowiązków w rodzinie, można i należy wziąć pod uwagę mnóstwo zmiennych, i jest to niewątpliwie prawda. Ale prawdą jest też, że, mimo tych wszystkich zmiennych i mimo tych wszystkich zastrzeżeń, w partnerskim związku – a do takiego przecież dążymy, czyż nie? – obowiązywać powinna jedna prosta zasada: sprawiedliwego i równego obłożenia obowiązkami. No przecież ona ma dom i dzieci, a on pracę! To jest po równo! – powie ktoś z oburzeniem, zastanawiając się, jak można siedzenie w domu z dziećmi porównać do ciężkiej fizycznej czy intelektualnej pracy żywiciela rodziny. I tu jest pies pogrzebany! W momencie, gdy ktoś użyje tego magicznego zwrotu-wytrychu, jakim jest SIEDZENIE Z DZIEĆMI, zaczyna mi zwykle pulsować żyłka, chociaż z natury jestem niesłychanie spokojnym człowiekiem. Bo dopóki mówić będziemy, że kobiety siedzą w domu z dziećmi, dopóty nikt nie będzie traktował poważnie pracy, jaką wykonują przez cały dzień i przez całą noc. 24 na dobę, 7 dni w tygodniu. Tak, tak. Jeśli nigdy nie zostałeś z malutkimi dziećmi sam na dłużej niż dwa dni, to daruj sobie te grymasy i westchnienia. Albo lepiej – zabierz maluchy na weekend, a do tej rozmowy wrócimy po tej przygodzie. I wtedy opowiesz mi, ile razy sobie w tym czasie posiedziałeś.

Kiedy rozmawiam z koleżankami, które niedawno zostały mamami, bardzo często słyszę pytanie o to, czy mąż pomaga mi w domu. Odpowiadam zawsze tak samo – nie pomaga. Jeśli spodziewacie się, że zacznie się teraz lawina utyskiwań i narzekań, jaki to mi się niedobry chłop trafił, to muszę was rozczarować. Mój mąż mi nie pomaga w obowiązkach domowych z jednego prostego powodu – ponieważ nie uważamy, że obowiązki te spoczywają tylko na mnie. Zgodnie ze Słownikiem Języka Polskiego pomagać znaczy «wziąć udział w pracy jakiejś osoby, aby ułatwić jej tę pracę» oraz «dokonać jakiegoś wysiłku dla dobra jakiejś osoby, aby jej coś ułatwić lub poratować ją w trudnej sytuacji; też: dać komuś coś». W obu tych znaczeniach kryje się sugestia, że jedna osoba wykonuje pracę kogoś innego, przejmuje część jego obowiązków. Możecie uznać, że czepiam się słówek, ale moim zdaniem to coś więcej niż kwestia językowa, bo przecież język jest też narzędziem opisywania i konstruowania świata. Dopóki będziemy więc mówić – i wierzyć – że mężczyzna „pomaga” kobiecie w obowiązkach domowych, dopóty będziemy zakładać, że to ona sama za ten ich wspólny przecież dom jest odpowiedzialna, a on może – ale wcale nie musi, bo to jego dobra wola – podać jej pomocną dłoń, jeśli ona sobie nie radzi. Tak więc mój mąż nie pomaga mi w gotowaniu, sprzątaniu, praniu czy opiece nad dziećmi. On to robi razem ze mną. Bo to także jego obiad, bałagan, brudne ubrania czy płaczące maluchy. Tak po prostu.

No dobra – powiecie może – ale przecież ona ma swoją robotę i ty razem z nim nie robisz projektów, nie planujesz zajęć, nie tworzysz pomocy naukowych. A Aśka ze swoim nie chodzi do kopalni, ani Jolka ze swoim do banku na kasę. Czy więc to, że on uczestniczy w prowadzeniu domu, a ty nie uczestniczysz w jego pracy, jest sprawiedliwe? A i owszem – jest. Dlatego, że w czasie gdy on uczy, przygotowuje, planuje, sprawdza i robi wszystkie te inne rzeczy, jakie wiążą się z jego stanowiskiem, ja gotuję, zmywam, odkurzam, zabawiam, rozwijam, bajki opowiadam, wycieram nosy i pupy, czyli robię wszystko to, czego wymaga bycie mamą w domu. Różnica między nami – podobnie jak między większością Jolek, Asiek i ich partnerów – polega na tym, że jego praca zwykle w pewnym momencie się kończy, a moja – biorąc pod uwagę wiek dzieci, regularne nocne pobudki, ząbkowania, karmienie piersią itd. – trwa w zasadzie 24 godziny na dobę. Tak naprawdę ostatnią wolną noc, kiedy przespałam cięgiem więcej niż 4 godziny, miałam dokładnie 5 grudnia 2013 roku. Ponad trzy lata temu! Potem pojawiły się dzieci a wieczny etat się zaczął. I nie, nie chodzi tu o użalanie się, bo w życiu nie wybrałabym innej drogi, ale o ustalenie pewnych faktów. A fakty są takie, że bycie mamą to prawdziwa i naprawdę ciężka, także fizycznie, praca. Zwłaszcza w pierwszych latach życia dzieci, kiedy bezsenne noce są na porządku dziennym. Co to oznacza w praktyce? Tylko tyle, że masz pełne prawo domagać się, żeby twój partner wziął prowadzenie domu także na swoje barki i nie uważał, że robi ci łaskę, jeśli „umyje ci naczynia” albo „wstawi ci pralkę”. Albo kupi ci w prezencie urodzinowym nowy mop.

No dobra, teoria teorią, ale jak to zastosować w praktyce? Załóżmy, że on wraca po ośmiu godzinach z pracy. W progu wita go ona z uwieszonymi u nóg pociechami. W kuchni góra naczyń, w salonie nie widać podłogi spod warstwy zabawek, a łazienka tonie w mydlinach. I on potrzebuje odpoczynku, i ona ma już dość. Jak porównać, kto pracuje więcej, a kto mniej, czyj dzień był trudniejszy, a czyj łatwiejszy? Kto bardziej jest zmęczony, a kto mniej na odpoczynek zasłużył. Nijak. Bo po co macie to robić? Jeśli się kochacie i szanujecie, to chyba potraficie uczciwie powiedzieć sobie „miałam dziś luźny dzień”, „widzę, że jesteś wykończony” albo „weź ich na trochę, bo oszaleję”. I wierzycie sobie, że rzeczywiście tak było. Że ta druga połowa nie próbuje się wymigać, wykręcić, żeby przed telewizorem poleżeć kosztem waszego potu i łez. A jeśli mieliście oboje ciężki ten dzień, to też oboje weźmiecie się w garść, żeby jakoś dotrwać do wieczora, położyć maluchy do łóżek, ogarnąć sajgon, a potem wypić razem lampkę wina, przytulić się, pogadać po prostu. Przybić sobie piątkę, bo znowu daliście radę.

Skoro więc tak trudno porównać rodzaj i „ciężar” pracy wykonywanej przez nią i przez niego, to jak sprawiedliwie podzielić te domowe obowiązki? Może zabrzmi to naiwnie, ale w moim rodzinnym domu obowiązywała jedna zasada: razem pracujemy i razem odpoczywamy. To proste – każdy ma do wykonania jakiś zakres obowiązków i każdy angażuje się w ich wykonanie. Bez ściemy i bez obijania się. A jak już wykona swoją działkę, to pomaga temu, który jeszcze nie zdążył się wyrobić. Do tej pory widzę tatę, który, ugotowawszy obiad, pomaga mamie ze sprzątaniem, bo ona się nie wyrobiła. I widzę mamę, która, wróciwszy z pracy, dołącza do pielącego chwasty taty. Tak było zawsze i taki wzór wyniosłam z domu. Taki świetnie też sprawdza się w mojej rodzinie, gdzie nikt nikogo nie rozlicza z przepracowanych minut czy godzin, ze skuteczności działania czy efektywności czasu pracy. Gdzie ja rozumiem, że on czasem przynosi pracę do domu, bo nie dał rady ogarnąć w godzinach służbowych, a on rozumie, że są takie dni, kiedy dzieci absorbują tak bardzo, że umycie naczyń w 15 podejściach możesz uznać za swój sukces.

Kiedy 30 lat temu moi rodzice zdecydowali, że – ze względów zawodowo-finansowych – to mama wróci do pracy, a tata zostanie w domu ze mną i moim bratem, wszyscy patrzyli na nich jak na kosmitów, a tata nasłuchał się przytyków i docinków ze strony męskiej części rodziny. Razem z mamą mieli to głęboko w poważaniu, trzymali się swojej wizji, bo wiedzieli, że praca zawodowa i praca domowa są równie ważne i równie ciężkie, choć każda ma swoją specyfikę. Zamiast zastanawiać się, kto komu pomaga i kto ma ciężej, po prostu pracowali razem każdego dnia, wspólnie budując nasz dom i naszą rodzinę. Tak rozumiem partnerstwo i takiego partnera szukałam. I kiedy dziś, o 6.30 rano on zabiera dzieci, żebym chociaż przez godzinę mogła odespać zarwaną noc, zanim on wyjdzie do pracy i zostawi mnie w mojej robocie na cały dzień, to wiem, że właśnie takiego znalazłam.

 

PS. Jeśli spodobał Ci się ten wpis i uważasz, że może się komuś przydać, polub go lub udostępnij. Dzięki temu będzie nas więcej!

Reklamy