Kolejny wspominkowy czwartek to kolejna podróż w czasie do okresu, gdy matka nie była matką, a była pilotem wycieczek. Tym razem chciałam was zabrać do Kornwalii, na brytyjską riwierę, gdzie trafiłam z barwną grupą złożoną w połowie z obozu młodzieżowego, a w połowie z zaprawionych w bojach dorosłych turystów. Jeśli chcecie poznać Panią Ptasią Grypę, zmierzyć się z gwałtownym przypływem i wybrać się na zakupy do zakładu pogrzebowego, to wskakujcie do wehikułu czasu!

To ja może zrobię im pogadankę?

Są ludzie, których pilot wycieczek zauważa już na zbiórce przy autokarze. Wydaje się, że nie wyróżniają się z tłumu, są przeciętnie ubrani, mają zwykłą walizkę i spokojnie czekają na odjazd. Wystarczy jednak, że do ciebie podejdą, powiedzą dwa zdania, uśmiechną się, a ty już wiesz, że będzie, oj będzie zabawa. Tak było i tym razem. Łódź. Słoneczny sierpniowy dzień. Frakcja młodzieżowa i dorosła w świetnych humorach, spoglądają na siebie z ciekawością podszytą sympatią. Życzliwość i uśmiechy. Pełna sielanka. I wtedy podchodzi ona, tak samo uśmiechnięta jak inni, tak samo radosna, tak samo życzliwa. Komunikuje ci, że bardzo, bardzo się cieszy, że jedzie z wami tyle młodzieży. I chociaż nie zdradza swoich powodów, ty już wiesz, że to człowiek z misją. A raczej z MISJĄ.

I faktycznie, jeszcze dobrze nie opuszczamy granic Polski, a pani sadowi się obok mnie na fotelu, przedstawia się jako lekarz specjalista ekspert interdyscyplinarny od wszelkich najważniejszych nauk i deklaruje, że z wielką radością wygłosi pogadankę edukacyjną dla naszej młodzieży. No bo wiadomo, że pogadanka edukacyjna to właśnie to, co młodzież w wakacje kocha najbardziej. Pani zdążyła już nawet przemyśleć temat, ma ich nawet kilka – do wyboru do koloru – a jeden radośniejszy od drugiego. Niechciane ciąże, choroby weneryczne, profilaktyka ptasiej grypy czy w końcu wpływ nadmiaru glutaminianu sodu w diecie na zdrowie człowieka. Przez chwilę z wrażenia zapominam języka w gębie. Halo! Gdzie jest ukryta kamera? Ale to się dzieje naprawdę a pani, bardzo miła zresztą, z oczami pełnymi entuzjazmu czeka, aż wskażę temat, od którego ma zacząć. Ona sugeruje te niechciane ciąże i to teraz, natychmiast, zanim dojedziemy na pierwszy nocleg, gdzie nasze dzieciaki niechybnie zaczną produkować kolejne pokolenie, a na nas wszystkich spadnie odpowiedzialność za te niecne praktyki. Z pewnym trudem przychodzi mi przekonanie pani, nadal bardzo miłej zresztą, żeby wstrzymała swoje pedagogiczne zapędy, bo nasza młodzież jest sprawdzona, kulturalna i bardzo grzeczna, a zamęczanie ich takimi pogawędkami na starcie wyjazdu to nie najlepszy pomysł. Z całego mojego wywodu pani słyszy jedynie, że „na starcie” to niedobry moment, a wiec do swojego pomysłu powraca jeszcze kilkakrotnie w czasie wyjazdu. Konsekwentnie udaje mi się ją utrzymać z dala od mikrofonu w autokarze, ale na to, co się dzieje poza nim, nie mam wielkiego wpływu. A dzieje się dużo, bo pani niesie kaganek oświaty na postojach, posiłkach i spacerach. Na szczęście młodzież podchodzi do tego z właściwym sobie dystansem, traktując „Panią Ptasia Grypa” jako dodatkową atrakcję wycieczki.

Co ciekawe, Pani Ptasia Grypa ma równie barwnego małżonka. Choć oboje są w wieku mocno emerytalnym Pan Weteran, jak ochrzczą go dzieciaki, każdy dzień zaczyna od widowiskowej gimnastyki z pogranicza jogi i zumby, która – jak zapewnia – daje mu energię, siłę i… hehehe…. „wigor w pani wie czym”… hehehe… Tutaj puszcza do mnie oczko, a ja jednak wolę nie wiedzieć… Do swojej gimnastyki (i mam na myśli tylko niewinną gimnastykę, świntuchy!) zaprasza i zachęca wszystkich, urządza ją nawet na trawniku przed domkami, w których jesteśmy zakwaterowani, ale chętnych jakoś brak. A szkoda. To mógłby być niezapomniany widok!

AAA buty tanio kupię!

Kiedy pilotujesz którąś z kolei wycieczkę, wiesz mniej więcej, czego możesz się spodziewać i na co należy zwrócić uwagę. Przypominasz o zapomnianych w pokojach hotelowych ładowarkach, pomagasz zapłakanym maluchom odnaleźć w walizce ukochanego misia, z uporem maniaka przypominasz, że z bufetu nie wynosimy kanapek na najbliższe trzy dni itd. Po prostu wiesz, że turyści wpadają czasem na ciekawe pomysły i masz się na baczności. Ale czasem zagrożenie przychodzi ze strony, której się nie spodziewasz. „Michał jestem” – przedstawia się, błyskając uśmiechem. – „Ale dla ciebie mogę być Misiem”. Oto staje przed tobą kierowca autokaru w wieku zbliżonym do twojego ojca, choć z dwukrotnie większym mięśniem piwnym, i już wiesz, że będzie się działo. Okazuje się ponadto, że na wyposażeniu nie ma nawigacji samochodowej, bo uznał za stosowne z niej zrezygnować. „Ja się na tym nie wyznawam” i „całą Europę żem bez tego zjechał” – przekonuje, ale jakoś cię to nie uspokaja. I słusznie, bo za chwilę okaże się, że cała Europa oznacza 128 przejazdów wahadłowych na zawsze tej samej trasie Kraków-Udine i wakacje nad Balatonem 30 lat temu. Problem polega na tym, że przed wami Eurotunel, dwie przeprawy promowe, przejazdy po zapomnianych przez Boga zakątkach i kilka dodatkowych atrakcji. A w dodatku jedziecie na taką wyspę, gdzie jeździ się po innej stronie drogi…

Nic to! Damy radę! – przekonujesz sama siebie i zaczynasz wygrzebywać z torby wszystkie mapy, jakie zabrałaś i jakich miałaś nadzieję zupełnie nie używać. I chociaż, na twoje szczęście, ten drugi kierowca okazuje się znacznie bardziej kumaty (z drugiej strony, chyba trudno, żeby był mniej…), to jednak musi on czasem odpocząć, a wtedy za kółkiem siada Misiek. Jeśli chodzi o umiejętności techniczne, to Misiek nawet ogarnia. Wie, do czego służą te wszystkie guziki, przyciski, pedały. Wie, jak włączyć radio i jak zabawiać wycieczkę zabawnymi anegdotkami, choć jeszcze nie zrozumiał, że dowcipy o seksie mogą nie być najlepszym pomysłem w grupie złożonej w połowie z dzieciaków. Misiek jednak zupełnie nie potrafi czytać mapy i znaków drogowych, więc kiedy tylko zaczyna się jego zmiana, musisz zdwoić wysiłki, żebyście nie wylądowali w jakichś krzaczorach. Przekonuję się o tym bardzo szybko. Niemcy, autostrada, przed nami kilometry prostej drogi… Mamy się zatrzymać na nocleg dopiero pod Antwerpią. Muszę pomóc komuś w głębi autokaru. Przypominam więc Miśkowi, żeby jechał prosto i na nic się nie oglądał, a potem lecę załatwić, co trzeba. Nie mija nawet dziesięć minut, kiedy orientuję się, że jakoś wąsko na tej autostradzie i jakby jakieś domy przy niej nabudowali. Wracam do Miśka. „Czemu zjechałeś z autostrady?”- pytam zdezorientowana, tylko po to, żeby usłyszeć w odpowiedzi: „Bo był znak zjazdu”. Aha. No logiczne przecież. Po kilkunastu minutach kluczenia po uliczkach jakiegoś miasteczka udaje mi się go wyprowadzić na autostradę. Po chwili Misiek pyta, czy nie miałam czegoś załatwić z tamtą babeczką z tyłu. Eeee… Nieważne. Chyba lepiej sobie tu z tobą posiedzę…

Misiek funduje nam w czasie tej wycieczki sporo atrakcji – rozjeżdża klomb przed pięciogwiazdkowym ośrodkiem na oczach ekipy angielskich lordów zebranych tam na przyjęcie weselne (serio! wyglądali jak z jakiegoś filmu kostiumowego!), gubi się w ogrodzie botanicznym i zatrzaskuje w swoim pokoju klucze do domku. Ale prawdziwą niespodziankę robi mi, kiedy w niedzielny poranek komunikuje, że właśnie rozpadły mu się buty. Jedyne buty, jakie zabrał na 16-dniowy wyjazd do deszczowej Wielkiej Brytanii. Powtórzę: JEDYNE buty. Takie do garnituru pasujące. „Już w domu trochę mi zaczęły pękać, ale myślałem, że wytrzymają” – dodaje z beztroskim uśmiechem i mówi, że musimy coś kupić, bo na boso to się nie da prowadzić, a drugi kierowca ma za małe buciki na jego solidną stopę. Gdzie ja ci chłopie buty kupię na tym zapupiu? I to w niedzielę po południu. I jeszcze – hehehe… – żeby tanio było. No to zabieram Miśka w tych rozkłapanych butach. Idziemy do pobliskiego miasteczka, trzy drogi na krzyż, mały supermarkecik, jakiś kapelusznik (?!?), fryzjer. Szewca ani widu, ani słychu. Zresztą nawet jakby był, to przecież nie klei zelówek w dzień pański. Nie poddajemy się, idziemy dalej, szukamy. Powoli zbliża się wieczór. Klap, klap… – klapie miśkowy pantofelek w rozmiarze 46. I nagle widzimy, oto są. Męskie buty uśmiechają się do nas z witryny, w której – o nadziejo! – pali się światło. Przyglądamy się bliżej. Dziwny jakiś ten sklep – raptem jedne damskie pantofle i czarne męskie lakierki. Tuż obok nich jakieś świece, krawaty i… trumna! Tak, trumna właśnie. Bo wprawdzie w tym kornwalijskim miasteczku szewca nie ma, ale zakład pogrzebowy już tak i szczęśliwym zbiegiem okoliczności właściciel akurat jest na miejscu, bo ma „zlecenie”. Przechodzą mnie ciarki, ale Misiek obiekcji nie ma. Cieszy się, że trafiły mu się eleganckie buty w eleganckiej cenie. Nie mam serca go przekonywać, że te pogrzebowe lakierki nie wyglądają na zbyt solidne i przy pierwszym deszczu pewnie rozpuszczą się jak karton. A co mi tam! Niech ma chłopak. Po prostu w czasie deszczu nie będę go wypuszczać z autokaru.

Uciekając przed falą

Pewnie kojarzycie Mont Saint-Michel, taką francuską wyspę z monumentalnym opactwem, do której można dotrzeć pieszo tylko w czasie odpływu. A wiedzieliście, że Kornwalia ma taką samą, tylko mniejszą? St Michael’s Mount znajduje się w zatoce Mount’s Bay, niedaleko Penzance, a na jej szczycie znajduje się XV-wieczna kaplica św. Michała. I to był właśnie cel jednej z naszych wycieczek. Oczywiście przygotowałam się, jak należy – potwierdzone godziny przypływów i odpływów, sprawdzona pogoda, zarezerwowana wizyta grupowa. Wszystko dopięte na ostatni guzik. Jednego nie przewidziałam – przewodnika gaduły nad gadułami. I tak miły starszy pan oprowadza nas po wzgórzu i jego zabytkach, zasypuje opowieściami i anegdotkami, a ja staram się go przetłumaczyć, co nie jest wcale łatwe przy tym akcencie, który każe ci się zastanawiać, czy na pewno znasz angielski. Beztrosko zakładam, że doświadczony przewodnik nie wpuści nas w maliny i pilnuje czasu zwiedzania. No cóż, nie pilnował. Kiedy w przelocie zerkam na zegarek okazuje się, że mamy bardzo, bardzo mało czasu na powrót. Ordynuję więc szybki strategiczny odwrót, w głowie odliczając minuty i zerkając na podnoszący się w górę poziom wody. 366 metrów – tyle liczy droga, którą należy pokonać, żeby dostać się z wyspy na stały ląd. Niby niewiele, ale dystans jakoś wydłuża się, kiedy fale zaczynają ci lizać podeszwy butów. Cóż mogę dodać? Czoło grupy dociera do autokaru w stanie nienaruszonym, ale maruderzy (głównie młodzież, dla której cała akcja okazała się niezłą przygodą) ostatnie metry brodzą już w wodzie sięgającej polowy łydek. A nie była to ciepła woda!

Jedno wesele i jeden pogrzeb

To miała być jedna z największych atrakcji tej wycieczki – spacer ścieżką wzdłuż malowniczych klifów, piaszczyste plaże, urokliwe zatoczki. Prawdziwa magia Kornwalii ukryta w okolicach Kynance Cove i Lizard Point. Mówiąc ukryta nie mam na myśli żadnej metafory – te cuda natury znajdują się gdzieś na obrzeżach kornwalijskiej mapy a dociera się do nich wąskimi dróżkami, na których wyminięcie się autokaru i samochodu to już wyższa szkoła jazdy. Tak przynajmniej było dobrych kilka lat temu. W każdym razie jedziemy. Piękna pogoda, humory dopisują. Gdzieś po drodze mijamy mały kościółek i widzimy wychodzącą z niego młodą parę. Uroczy obrazek. Przyklejam się do mapy, żeby nie przegapić zakrętu w tym gąszczu dróżek. Misiek za kierownicą posłusznie wykonuje polecenia. Odbijamy z głównej drogi i wjeżdżamy w miasteczko. Bardzo urocze i bardzo małe. Małe domki, małe sklepiki, małe uliczki. Za małe! Ściany domów niepokojąco zbliżają się do naszego autokaru. Przez okna możemy zajrzeć ludziom w talerze na stołach. Na ulicach coraz więcej gapiów. Co oni autokaru nigdy nie widzieli?! Powolutku, powolutku posuwamy się do przodu, jak wielbłąd próbujący przecisnąć się przez ucho igielne. I z równym powodzeniem. W końcu docieramy do miejsca, gdzie droga okazuje się zbyt wąska i nie zmienia tego nawet fakt, że wszyscy w autobusie wciągnęli brzuchy i jadą na bezdechu. Cóż było robić. Cofamy… Wielkim, kilkunastometrowym autokarem cofamy ulicą, gdzie margines błędów to raptem kilkanaście centymetrów z każdej strony. Misiek jest cały mokry. Aż dziw, że te jego tekturowe buty nie rozmokły. Ludzie się gapią. I kiedy wydaje się, że już naprawdę nie może być gorzej na horyzoncie, w stronę którego zmierzamy – tyłem oczywiście – pojawia się kondukt pogrzebowy… Nie ma szans, żebyśmy się minęli. Nie ma gdzie uciec, nie ma gdzie skręcić. Więc cofamy my, cofają i oni. Biednemu nieboszczykowi pewnie jest wszystko jedno. Reszta żałobników nie wygląda na zachwyconych, ale póki co wszyscy są w szoku. Po kilkunastu metrach orszak żałobny ukrywa się w boczną uliczkę i pozwala nam przejechać. Zmywamy się szybko, zanim ludzie ochłoną i zaczną się jakieś problemy. W końcu znajdujemy miejsce, gdzie możemy zawrócić i wracamy na drogę główną, a potem już bezproblemowo docieramy do celu. Malownicza trasa rozmywa wspomnienie drogowych komplikacji. A wiecie, co jest najlepsze? Okazuje się, że przy wjeździe do miasteczka stała wielka, naprawdę wielka tablica informująca o wąskich uliczkach i zakazie wjazdu dla autokarów. Ja jej nie zauważyłam, bo gapiłam się w mapę. A Misiek jej nie zauważył, bo był Miśkiem.

 

I to by było na tyle, moi drodzy. Czas wyskoczyć z wehikułu. Jeśli wam się podobało, to na blogu możecie poczytać też o moich perypetiach w Toskanii (KLIK 1,  KLIK 2)i w narciarskich kurortach (KLIK). Zapraszam!

PS. Moja robota skończona. Teraz kolej na Ciebie! Jeśli spodobał Ci się ten wpis i uważasz, że warto się nim podzielić, polub go lub udostępnij. Dzięki temu będzie nas więcej!

Reklamy