Dziś miał być tekst o czymś zupełnie innym, ale czasem tematy na wpisy po prostu same wskakują na klawiaturę. Kiedy opublikowałam kilka dni temu tekst pod przewrotnym tytułem „Mój mąż NIE POMAGA mi w domu” (KLIK) wywołałam wilka z lasu, co zaowocowało ciekawymi głosami w komentarzach. W jednym z nich przeczytałam coś, czego nie mogłam tak po prostu pominąć milczeniem.

Kiedy rodzi się dziecko, zmierzyć się trzeba z szeregiem nowych wyzwań. I nie mam na myśli tylko zarwanych nocy, kolek, ulewań i tym podobnych atrakcji. Reorganizacji podlega bowiem nie tylko życie domowe, ale też zawodowe. Ktoś musi przecież opiekować się nowym członkiem rodziny. Ktoś musi na jakiś przynajmniej czas odłożyć na bok karierę i zaszyć się w domowym zaciszu. Zrezygnować choć częściowo z zawodowych ambicji. Pójść na urlop macierzyński, rodzicielski czy wychowawczy. Ten ktoś to zwykle kobieta. Pozostaje pytanie – dlaczego właśnie ona?

Pewne rozwiązania narzuca nam poniekąd obowiązujące prawo – urlop macierzyński to dziś 20 tygodni, ale pierwsze 14 z nich może wziąć tylko matka, a nie ojciec. Wydaje się to naturalne – po porodzie kobieta ma czas, żeby wrócić do formy, zregenerować się i odpocząć, jeśli oczywiście potrafi to zrobić najpierw z noworodkiem, a potem malutkim niemowlakiem na ręku… Potem do gry może już wkroczyć tata, który – gdyby tylko chciał – może wykorzystać 6 tygodniu urlopu macierzyńskiego (czy raczej tacierzyńskiego) i 32 tygodnie urlopu rodzicielskiego. Razem daje to 38 tygodni, niemal 10 miesięcy opieki nad niemowlakiem w wykonaniu taty. Tylko że z takiej opcji mało kto korzysta, a panowie najczęściej ograniczają się jednak do urlopu ojcowskiego. Powodów jest oczywiście wiele, nie bez znaczenia jest aspekt ekonomiczny, jako że mężczyźni często zarabiają lepiej niż panie, ale – moim zdaniem – kluczowe jest coś innego, a mianowicie tkwiące w nas głęboko przekonanie, że to pozostanie mamy w domu z dzieckiem jest naturalne, właściwe i najlepsze dla wszystkich. Gdzieś pod czaszką tkwi nam przekonanie, że choć i on kocha dzidziusia, to z takim maluchem najlepiej poradzi sobie jednak ona. Mama, mamusia, mamuśka, czasem matka. Nie mówię, że to źle. Ale czy to jedyna droga?

I tutaj dochodzimy do komentarza, który zainspirował mnie do napisania tego tekstu. Generalnie mężczyźni, którzy pozostawieni są z małym dzieckiem po krótkiej instrukcji od żony, czują się jak żołnierze tuż po naborze i z bombą z opóźnionym zapłonem w ręku, którzy nawet nie byli w stanie zapamiętać kolorów kabelków 🙂 Taka opieka jest przeważnie dużo bardziej męcząca dla mężczyzny. Drogie mamy – miejcie litość. Kiedy słyszę takie słowa, czuję jak narasta we mnie wewnętrzny bunt. Może dlatego, że wychowałam się w rodzinie z ojcem bardzo zaangażowanym w opiekę nad malutkim dziećmi, a może dlatego że znam kilku tatusiów, którzy świetnie sprawdzali się w zajmowaniu niemowlakami, w każdym razie nie jestem wcale przekonana, że mama rzeczywiście łatwiej, lepiej radzi sobie z niemowlakiem. Czy inaczej – zwykle tak się właśnie dzieje, ale wcale nie musi tak być!

Są pewne argumenty, które oczywiście przemawiają na korzyść mamy. Noszone przez 9 miesięcy w brzuchu dziecko przyzwyczaja się do mamy, do bicia jej serca i melodii głosu. Pierwsze momenty po porodzie maluch też zwykle spędza z mamą – kontakt skóra do skóry, pobyt w szpitalu, pierwsze wspólne doby – to kolejne elementy, które pozwalają na budowanie więzi. No i oczywiście karmienie piersią, którego jestem gorącą zwolenniczką, bo dla dziecka to po prostu najlepsze, co może dostać. Tutaj tata mamy nie zastąpi – nie urodzi, piersią nie nakarmi. Ale przecież bliskość można budować także na inne sposoby, przez noszenie, przytulanie, kąpiel, śpiewanie kołysanek. Poza tym płaczu niemowlęcia nie wywołuje jedynie głód, a choć pierś może służyć także – bo czemu nie! – jako uspokajacz, to są także inne sposoby, żeby malucha ukoić. I tymi sposobami może się posłużyć także ktoś inny niż mama.

Daleka jestem od stwierdzenia, że faceci celowo (choć pewnie są i tacy cwaniacy!) wykorzystują swoje partnerki, że specjalnie przerzucają na nie ciężar opieki nad niemowlakiem. Bo tak nie jest! Ale tradycyjny model rodziny jest oczywisty – mama przy dzieciach, tata w pracy – i taki obraz, czy na się to podoba, czy nie, koduje się w naszej świadomości od samego początku. Możemy tego nie chcieć, możemy się buntować, ale pewne klisze są trudne do obejścia, a my sami przykładamy rękę do tego, że pewne schematy się utrzymują i utwierdzają. Bo MÓWI SIĘ, że to mama najlepiej zna swoje dziecko i najlepiej sobie z nim radzi. I zwykle tak właśnie jest. Ale nie dlatego, że mama ma jakąś czarodziejską różdżkę czy pakiet tajnych kodów. Czy też instrukcję obsługi wyrytą w macicy. A jeśli myślicie o instynkcie macierzyńskim, to przecież i panowie mają swój instynkt tacierzyński, czyż nie? Jak dla mnie, mama najlepiej radzi sobie z niemowlakiem po prostu dlatego, że to ona – od samego początku – najwięcej się nim zajmuje. Kiedy niemowlak trafia pod nowy dach jest trochę jak kosmita – mówi w nieznanym języku, jest zagubiony, oszołomiony, przestraszony. Nikt go nie rozumie, a jego płacz wywołuje u otoczenia stres, jeśli nie popłoch i przerażenie. Płaczącego bobasa oddajemy więc mamie, bo ona go rozumie. Tylko wiecie co? Na samym początku często jest tak, że wcale nie rozumie. Czasem i ona też czuje się jak ten wspomniany żołnierz z bombą z opóźnionym zapłonem w ręku, który nawet nie był w stanie jeszcze odkryć, a co dopiero zapamiętać kolorów kabelków. Owszem, my – mamy – działamy instynktownie, staramy się reagować najlepiej, jak potrafimy, ale my też musimy się nauczyć tego naszego małego kosmity, poznać go, odszyfrować gesty i grymasy, przetrawić odcienie płaczu. Tak się buduje więź, bliskość, zrozumienie. Ale to może zrobić także tata! Nawet jeśli  pracuje, to przecież po pracy wraca do domu, gdzie ma możliwość, żeby małego kosmitę poznać, zrozumieć, przywiązać do siebie. Jeśli tylko nie brakuje mu chęci. Krótko mówiąc – tak, opieka nad niemowlęciem może być trudniejsza i często jest trudniejsza dla taty, ale nie z powodu braku jakiegoś tajnego „mamowego” chromosomu, a po prostu z braku wprawy i zrozumienia, w którego budowę trzeba zainwestować na starcie dużo wysiłku, żeby potem mieć efekty. Żeby osiągnąć tę „łatwość”, którą przypisuje się mamom jako cechę naturalną, a która jednak w znacznym stopniu musi zostać najpierw po prostu wypracowana.

Ustalmy jedno, nie mam absolutnie nic przeciw tradycyjnemu podziałowi obowiązków, w którym to on pracuje zawodowo, a ona zajmuje się domem i dzieckiem/dziećmi, jeśli tylko obie strony zadowolone z takiego sposobu funkcjonowania. Kiedy jednak mężczyzna mówi, że kobiety łatwiej radzą sobie z małymi dziećmi, traktując to jako usprawiedliwienie pewnego stanu rzeczy, z którego ona może się wcale nie cieszyć, brzmi to dla mnie jak wygodna wymówka. Jeśli ona jest „lepsza” do małych dzieci, to jej zostawia się okres kolek, ulewań, nocnych pobudek. To ona mierzy się z osławionym buntem dwulatka, z emocjonalną niestabilnością trzylatka, z awanturami o kanapki pokrojone w trójkąty, choć miały być w kwadraty. Z odpieluchowaniem, rzucaniem jedzeniem, odpowiadaniem pięćset razy dziennie, jak robi krowa i dlaczego nie można rysować kredką po kanapie. Za to kiedy dzieci osiągają już wiek, w którym zaczynają z grubsza myśleć logicznie i panować nad emocjami – to już jest zdecydowanie pole do popisu dla tatusiów. Mądrość i autorytet ojca jest niezwykle ważny dla dorastającego dziecka i z czasem wypiera potrzebę chowania za spódnicą mamy. Czy to nie wydaje wam się bardzo wygodne? Kiedy roczniak ryczy, bo chce COŚ, ale nie umie powiedzieć, to mama ma się domyślić, o co mu chodzi. Kiedy dwulatek dostaje szajby, bo chce COŚ, ale nie chce powiedzieć, bo woli piszczeć, to ona ma uspokoić sytuację i zaspokoić jego potrzeby. Kiedy czterolatek chcesz COŚ, umie już czasem opanować emocje i spokojnie to nazwać czy wskazać, wtedy do akcji wchodzi tata… Niezbyt mi się to wydaje sprawiedliwe, bo – wbrew założeniu, które stoi u podstaw takiego podziału zadań – dla niej to wcale NIE jest łatwe. Bo nie może być łatwo nie przesypiać nocy. Nie może być łatwo czytać w myślach dziecka, które mówi „bubu” na pięćdziesiąt różnych przedmiotów. Nie może być łatwo znosić sceny histerii i uczyć dziecko panowania nad emocjami, kiedy po dwudziestej aferze o pierdołę masz ochotę trzasnąć drzwiami i wyjść. Jasne, takie są koleje losu i takie są zadania, z jakimi mama musi – i chce, bo przecież kocha te dzieciaki! – sobie radzić i nie ma nad czym rozdzierać szat. Ale przypinanie tym wysiłkom etykiety „jej jest łatwiej” nie jest chyba fair w stosunku do mamy. Za to na pewno jest wygodne dla taty.

Swoją cegiełkę do tego stanu rzeczy dokładamy i my, kobiety. „Daj, ja go uspokoję!”, „może lepiej ja go wezmę?”, „może ja go wykąpię, bo coś dziś marudny”, „daj, szybko go przewinę” – mówimy czasem (często?) swoim partnerom, zagarniając dla siebie znaczną część opieki nad niemowlęciem. Bo mamy poczucie, że umiemy szybciej, lepiej, dokładniej. Ostrożniej! O tak, ostrożniej przede wszystkim. My, z naszymi małymi dłońmi i delikatnym palcami stworzonymi jakby do zapinania tych małych śpioszków. A oni? Przejęci, zestresowani, czasem wręcz przerażeni. Początki są dla nich często trudniejsze niż dla nas, bo o ile większość kobiet gdzieś tam po drodze napotyka malutkie dzieci, o tyle dla panów kontakt z własnym potomkiem jest czasem pierwszym fizycznym kontaktem z niemowlęciem! Często mają bardzo dobre chęci, nieporadnie biorą się za kąpiel, za przewijanie, za przebieranie. Nie bez strachu, dodatkowo podsycanego nieustanną kontrolą, nadzorem, uwagami, dobrymi radami… To my, ich partnerki, mamy, babcie, pielęgniarki, lekarki, nierzadko podkopujemy ich wiarę we własne możliwości, odbieramy szansę stopniowego oswajania małego kosmity i tworzenia więzi, która jest przecież tak potrzebna, jeśli chcemy, żeby dla niego opieka nad maluchem była tak naturalna, tak łatwa (choć przecież wcale niełatwa…) jak i dla nas. A może pozwólmy im założyć tę pieluchę nawet i tył na przód? Wykąpać bez sterczenia im nad głową? Ubrać w śpiochy, które nie pasują do kaftanika? Może pozwólmy im popełniać błędy bez stwarzania wrażenia, że nam one się nie zdarzają. Bo przecież się zdarzają, bądźmy szczerzy! Pomyśl: jeśli nie będziesz roztaczać atmosfery nieomylności, jeśli nie będziesz go ciągle wyręczać, bo umiesz lepiej, jeśli w końcu on będzie wiedział, że i tobie maluch płacze czasem przez 20 minut na rękach, a ty nie rozumiesz powodu, to na pewno będzie mu raźniej. Poczuje się bardziej kompetentny albo mniej niekompetentny. Bardziej skory do włączenia się w opiekę, bo świadomy, że i dla ciebie, jak dla niego, to nie jest bułka z masłem. Może więc czasem pozwól mu być lepszym w opiece nad maluchem? Na pewno skorzystasz na tym i ty!

Reklamy