Dzień kobiet. Dla niektórych okazja do celebrowania kobiecości we wszystkich jej aspektach, dla innych jeden z ostatnich reliktów PRL-u, mimo że dawnego goździka zastąpiły dziś tulipany, a zamiast rajstop zakupionych gdzieś spod lady można zasypać panie całą gamą prezentów, od słodyczy, przez kosmetyki na fikuśnej bieliźnie kończąc. Choć może ta ostatnia propozycja to mniej prezent dla pań a bardziej dla obdarowujących panów… Ale ja nie o tym chciałam.

 

Przekopując się wczoraj przez czeluści internetu, trafiłam przypadkiem na filmik pokazujący, jak bardzo sposób postrzegania samej siebie przez kobietę wpływa na to, jak postrzega się jej córka. Jeśli macie wątpliwości, to od razu mówię, że bardzo, bardzo. „Muszę zrzucić parę kilogramów” – mówi szczupła, urocza dwunastolatka z zadartym noskiem. „Od jutra przechodzę na dietę” – wtóruje jej dziesięcioletnia może brunetka tonem, który jest dla niej zdecydowanie zbyt dorosły. „Mam za duży nos. Jestem nieatrakcyjna. Mam krzywe nogi. Za małe piersi, za grube kostki. Nie lubię swojego ciała” – sypie się lawina oskarżeń i zarzutów względem siebie samych. Dziewczynki, dzieci jeszcze, czasem nastolatki. Już na tym etapie życia skupiają się na wszystkich – często wyimaginowanych – niedoskonałościach, które w sobie widzą. Urocze dołeczki w policzku, słodki uśmiech, piękne włosy, regularne rysy twarzy – to wszystko nie ma znaczenia, to tylko dodatek do defektu, który przesądza o ich wartości, przesłania słońce. O zaletach charakteru czy talentach nikt nawet nie wspomina. Wiadomo, nikt nie zagwiżdże za tobą na ulicy tylko dlatego, że dostałaś stypendium na Harvardzie, a żadna Grażyna nie będzie ci zazdrościć, że napisałaś poradnik o tworzeniu stron WWW. Co innego, jakbyś sobie walnęła nowe tipsy o rekordowej długości albo zrzuciła 15 kilogramów w miesiąc, bo wtedy to cię nawet może do telewizji zaproszą, a sąsiadce spadną kapcie, jak cię zobaczy w Dzień dobry na śniadanie. Ale wróćmy do filmiku. Żadna to nowość, że rodzice mają wpływ na dzieci i ich postrzeganie świata. O relacjach, toksycznych czy nie, między matką i córką napisano tomy. A mnie zastanawia tylko jedno – dlaczego po urodzeniu dziecka skupiamy się na tym, żeby dla naszych dzieci być idealnymi matkami, a zapominamy, żeby być też kobietami. Nie dla siebie. Dla nich.

 

Jesteśmy kobietami dla siebie – dbamy o swoje potrzeby, zdrowie, intelekt, urodę. Pielęgnujemy swoje pasje, wierzymy w swoją siłę, słuchamy swojej intuicji. Jesteśmy kobietami dla naszych partnerów – dopełniamy ich, ścieramy się z nimi, kusimy, uwodzimy, zmieniamy, czasem nawet uświadamiamy. Dla naszych maluchów jesteśmy jednak tylko matkami, a szkoda, bo jeśli dzieci uczą się najlepiej na przykładzie, to gdzie lepiej niż w domu mogą dowiedzieć się, jaka jest, jaka powinna być mądra, silna kobieta. I nie chodzi mi wcale o całą fizyczno-urodową otoczkę, do jakiej próbuje się dziś często spłycać kobiecość. Nie o wizję snutą przez poradniki, które przypominają, że nawet w domu warto nałożyć makijaż, a wygodny dres zamienić na elegancki strój. Może i warto, jeśli tylko poprawi ci to nastrój, chociaż do fikołków na dywanie garsonka i szpilki pasują raczej średnio. Zmierzam do tego, że to, w jaki sposób ty-mama postrzegasz siebie jako kobietę, przyczynia się bardzo mocno do tego, jaki model wyniosą twoje dzieci (płci obojga!) z domu. Do tego, jaką kobietą w przyszłości będzie chciała być twoja dwuletnia teraz córka, która właśnie utopiła w klozecie twój nowy puder w kulkach, żeby zobaczyć, czy tonie tak samo szybko jak telefon komórkowy. Jakiej partnerki będzie szukał twój trzyletni synek, blond-aniołek obcinający włosy Barbie i zrzucający je z balkonu na spadochronie zrobionym z reklamówki z Biedry. Jaki obraz chcesz im utwierdzić w ich duszy. Kobiety wiecznie narzekającej na cellulit? Kobiety na diecie od jutra? Kobiety „mam za małe cycki a uszy mi odstają”? A może kobiety„gdybym była ładniejsza, miałabym lepszą pracę” i „ta asystentka prezesa to musi dobrze robić lody”? Albo kobiety-żony z fochem, męczenniczki i „chcesz się kłócić to nici z seksu!”.

Powiem Ci jedno – dzieci słyszą i widzą więcej niż nam się wydaje. Pamiętamy, żeby nie wyrażać się przy nich brzydko, ale zapominamy, żeby mówić przy nich mądrze. Zachowywać się mądrze. Gryziemy się w język, żeby w przedszkolu nagle nie wyjechały z kupami i dupami, albo i gorzej, a mniej jakoś skupiamy się na codziennych zachowaniach i myślowych schematach, które wtłaczamy, często mimochodem, w małe główki, w małe serca. Mówimy im, że mogą być, kim tylko chcą, ale to puste słowa, jeśli towarzyszy im dominujące poczucie własnej nieperfekcyjności, niespełnienia i żalu, że gdybym tylko była piękniejsza, bogatsza, lepiej urodzona… Za chwilę twoje beztroskie jeszcze dzieci zobaczą w sobie lub w swoich potencjalnych partnerkach te same wady, które dziś widzisz ty. Wyimaginowane, wyssane z palca, nieznaczące, marginalne. Wyniesione na piedestał i postawione na szczycie hierarchii wartości. Tylko po co?

A gdyby tak od samego początku być kobietą także dla dzieci? Pokazać córce, synowi, że kobiecość nie na idealnie gładkiej skórze, nie na doskonałej sylwetce polega? Nie na umiejętności zdobycia samca czy na wiecznej walce z nim o dominację. Gdyby tak pokazać im, jak można kochać siebie, swoje niedoskonałe ciało. Cieszyć się sobą, mimo świadomości własnych wad i niedostatków. Skupiać się na swojej sile, zdolnościach, talentach. Pracować nad swoimi brakami nie dlatego, że ktoś każe i ktoś wymaga, ale żeby się wzbogacać, rozwijać, satysfakcję z tego czerpać. Może przełamywać stereotypy, pokazać synkowi, że koło umiesz zmienić tak samo, jak tata, a córkę zabrać do kina na Gwiezdne Wojny. Albo odwrotnie – z córką gwoździe przybijać a synowi poczytać „Anię z Zielonego Wzgórza”.

 

Dla naszych dzieci staramy się być idealnymi matkami. I dobrze, że się staramy. Ale może warto im pokazać, że mama to nie tylko mama, ale też kobieta, a bycie kobietą obejmuje wiele ról i zadań, mnóstwo ma odcieni i aspektów. Żeby rozumiały te nasze bąble małe, że o kobiecości nie przesądza – jak chce się nam czasem wmówić – rozmiar biustu, makijaż, umiejętność gotowania, dzietność czy lekkość biegania w butach na szpilkach. Niestety, nazbyt często o kobiecości i kobietach mówi się w oparciu o kontrasty: matka – niematka, kura domowa – kobieta pracująca, elegantka – zaniedbana baba w dresie, samodzielna – utrzymanka… – tę litanię można by ciągnąć chyba w nieskończoność. A przecież każda z nas dobrze wie, że nic nie jest czarno-białe, liczba składowych i zmiennych jest nieskończona, a my wszystkie – będąc kobietami – możemy się od siebie różnić jak dzień od nocy. I być najgorszymi wrogami dla innych kobiet i dla siebie samych. Tylko po co? Marzy mi się świat, w którym kobiecość polega na zaakceptowaniu i pokochaniu siebie samej, ale też na akceptacji faktu, że inna kobieta – sąsiadka, koleżanka z pracy czy ekspedientka z mięsnego – może mieć inną wizję własnej kobiecości i inny jej ideał. Bez oceniania, bez atakowania, bez ubliżania. Żeby tak się stało, musimy taki właśnie obraz kobiecości wpoić naszym dzieciom. Czego sobie i wam życzę w tym szczególnym dniu!

 

Reklamy