Dziś czwartek, a zatem czas na kolejną podróż w czasie i przestrzeni. Tym razem matka, która nie była jeszcze matką, a była za to pilotem wycieczek, zaprasza was do Irlandii. O drodze, której nie było, japońskich wielbicielach irlandzkich tańców oraz o tym, co się kryło w podwoziu autokaru. Wehikuł czasu startuje. Wskakujecie?

Palcem po mapie

Jeśli masz pilotować wycieczkę w kierunku, którego jeszcze nie znasz, albo odwiedziłeś tak dawno, że szczegóły zdążyły zatrzeć ci się w pamięci, musisz się szczególnie dokładnie przygotować nie tylko z historii, zabytków i atrakcji turystycznych, ale także z tras dojazdowych. Innymi słowy czeka cię kilka upojnych nocy z mapami. Oczywiście, możesz mieć szczęście i trafić na kierowcę objeżdżonego na danym kierunku. Oczywiście, możesz zwykle liczyć na wsparcie technicznych nowinek, jak nawigacja samochodowa. Ale jeśli jesteś mną, to istnieje spore ryzyko, że trafisz za kierownicą Miśka (tak, to znowu on…), który „na nawigacji się nie wyznawa”, a na mapie odczyta najwyżej legendę. I wtedy zaczyna się zabawa… Jakby nie było wystarczająco trudno, mapy czasem nie nadążają za zmianami zachodzącymi w infrastrukturze miejsca docelowego, nie uwzględniają znaków drogowych czy też rozmaitych utrudnień.

I oto jedziemy. Droga pośrodku niczego, malownicza trasa przez irlandzkie wrzosowiska, na horyzoncie wodospad, poboczem spacerują urocze owieczki. Pełna sielanka, ale nie tracę czujności, bo sami wiecie, jak jest, gdy za kółkiem Misiek (a jak nie wiecie, to poczytajcie TUTAJ). Zadanie wydaje się łatwe, bo droga prosta jak drut a na trasie jedno tylko skrzyżowanie, na którym – uwaga, uwaga – jedziemy prosto. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie okazało się, że w tej małej irlandzkiej wioseczce, na tym wyczekanym i wyszukanym skrzyżowaniu, droga prowadzi tylko w prawo lub w lewo. A na naszej trasie, na drodze „prosto” stoi świeżo wybudowany dom. Normalnie dom. Wielka mi sprawa, wystarczy objechać – powiecie pewnie. Ale pozostaje pytanie, którą stroną. Czy w lewo skręcić, czy w prawo? I nie jest to wbrew pozorom głupie pytanie, bo nasz autokar ma kilkanaście metrów długości i jeśli wybierzemy źle, to najbliższa szansa na zawrócenie może się trafić… no cóż… nieprędko! W końcu na horyzoncie pojawia się jakiś tubylec, którego postanawiam spytać od wskazówki. Pytam więc, gdzie do licha jest moja droga krajowa, której numeru już nie pamiętam, a on mi mówi, że „klhkjbhavgyufyiobknjvbakheljalkja”. Wybałuszam gały i proszę o powtórzenie. Pan chyba mnie rozumie, bo wydaje dokładnie ten sam zestaw dźwięków. Problem w tym, że znaczą one dla mnie dokładnie tyle, co nic. Myślę sobie, może jestem głupia, więc ściągam posiłki w postaci anglistki, którą mamy na pokładzie autokaru. Ale niewiele to zmienia, bo i ona słyszy „klhkjbhavgyufyiobknjvbakheljalkja”. Pan okazuje się bardzo pomocny, powtarza swoje zdanie chyba z dziesięć razy, raz głośniej, raz ciszej, raz szybciej, raz wolniej. Mówi tak dokładnie, że wprost widzę, jak wielkie litery wychodzą z jego ust. Niestety, w miarę jak patrzymy na niego – już we dwie – tępym wzrokiem, entuzjazm pana stopniowo gaśnie. Czuję, jakbyśmy wysysały z niego całą jego irlandzką duszę, jakbyśmy deptały jego zielone, pomocne serce. Cóż robić. Kiwam głową, jakby nagle mnie olśniło. Klepię nieboraka po ramieniu i dziękuję wylewnie, a on rozpromienia się, jakby właśnie znalazł garnek złota na końcu tęczy. Ruszamy. „Wiesz, gdzie jechać?” – pyta mnie kierowca, a ja przyznaję, że nie mam pojęcia. W duchu rzucam monetą i każę skręcić w prawo. Kątem oka zerkam, czy miły Irlandczyk nie zaczyna nas gonić w panice albo wydawać kolejnych dziwnych odgłosów. Ale nie, stoi spokojnie z kciukami zatkniętymi za szelki i macha nam ma pożegnanie. Mam nadzieję, że nie wysłał nas w drogę bez powrotu. Po jakimś czasie okazuje się, że jesteśmy jednak na właściwej trasie. Udało się!

Równie dużo emocji, choć nieco innej natury, przynosi wycieczka do Dublina. Stolicę Irlandii zwiedzamy – przypominam – tylko w oparciu o papierową mapę, którą przywiozłam z Polski. Tutaj nie ma problemu z kończącą się drogą, o nie! Tutaj dróg jest aż zanadto. Poruszamy się powolnym, żółwim niemal tempem, a ja w duchu dziękuję niebiosom za korki, które pozwalają mi kontrolować trasę przy jednoczesnym nawijaniu do mikrofonu. I choć dwoję się i troję, żeby doprowadzić nas tam, gdzie trzeba, nie przewidziałam jednego. Moja mapa nie ma oznaczenia dróg jednokierunkowych, a wierzcie mi, w dublińskim centrum jest ich aż nadto. Kiedy na horyzoncie widzę zamek, bezlitosne znaki nakazują skręcić w stronę dokładnie przeciwną. Kiedy w zasięgu wzroku pojawia się katedra, jednokierunkowa droga bezlitośnie wyrzuca nas w bliżej nieokreślonym kierunku. A właściwie w określonym – jakbyśmy nie kombinowali, za każdym razem przejeżdżamy koło browaru Guinessa, w którym produkuje się słynny na cały świat trunek. Za pierwszym razem to nawet fajny traf, bo przecież miejsce jest bardzo istotne z turystycznego punktu widzenia, za drugim razem możemy przyjrzeć się dokładniej, za trzecim zaczynają się heheszki i żarciki o tym, że wszystkie drogi prowadzą do źródła. Kolejnych razów nie liczę, czuję jak pot spływa mi po czole i z tęsknotą wyobrażam sobie pełne kufle, które mogłyby ukoić sterane pilockie nerwy. A więc to jest koniec – utkwiliśmy w tym jednokierunkowym labiryncie i będziemy tak błądzić, aż skończy nam się paliwo, a litościwa policja odholuje nas w bezpieczne miejsce. Ale nie! Udało się! Wreszcie kończymy naszą tułaczkę i docieramy na parking, do którego tak wytrwale zmierzaliśmy, a ja czuję się bardziej zmęczona, niż gdybym ten autobus przeniosła przez Dublin na własnych plecach.

A teraz nóżka w przód, a potem nóżka w tył…

Zwiedzanie Irlandii to nie tylko zabytki i piękne krajobrazy, ale też spotkanie z serdecznymi i uśmiechniętymi ludźmi oraz ze szczególną kulturą i tradycją. Jednym z jej istotnych elementów są tańce irlandzkie, więc nasza grupa złożona w połowie z młodzieży a w połowie z „młodzieży lekkopółśredniej” też postanowiła puścić się w tany. Byliśmy świetnie przygotowani, bo na wyjazd zabraliśmy nawet utalentowaną i anielsko cierpliwą instruktorkę, która zgodziła się podzielić swoimi tajnikami. A cierpliwość niewątpliwie jej się przydała, bo nasze umiejętności były odwrotnie proporcjonalne do entuzjazmu. Prawa noga, lewa noga – co za różnica? Wystarczyły pierwsze próby, żeby okazało się, że znaczna część naszej ekipy edukację taneczną zakończyła na „My jesteśmy krasnoludki” w przedszkolnym przestawieniu i bardzo dobrze! W miarę jak układ, który hopsamy do radosnej muzyczki, wzbogaca się o nowe elementy, kolejni turyści zajmują miejsca na kanapie i zadowalają się oglądaniem i wybijaniem rytmu. Do końca docieramy w kilka ledwie osób, a to, co przypomina pewnie podrygi paralityka, napawa nas niezmierną dumą. Takie talenty nie mogą się zmarnować.

Okazja do pochwalenia się nowymi umiejętnościami pojawia się nadzwyczaj szybko. Jeszcze tego samego wieczoru dorosła frakcja naszej wycieczki wybiera się do pubu, żeby posłuchać muzyki na żywo i nacieszyć podniebienia irlandzkimi trunkami. I udaje nam się znaleźć do tego idealne miejsce. Skrzypeczki grają coraz radośniej, bąbelki ożywiają głowy i stopy. W pewnym momencie ktoś rzuca hasło, że powinniśmy ożywić imprezę i odtańczyć układ taneczny, który tak pracowicie wbijała nam do głowy instruktorka. Wyznaczona zostaje delegacja w liczbie osób dwóch – mojej oraz lektorki z naszej obozowej kadry, a my – jak te ostatnie łosie – zgadzamy się na to. Do tej pory się dziwię, że coś takiego strzeliło nam do głowy. Pub pełny Irlandczyków, a do baletów biorą się dwie Polki, które z tańcem irlandzkim mają w zasadzie tyle wspólnego co z lotami na księżyc. Ale cóż, raz się żyje. Ku zdziwieniu muzykujących zaczynamy nasze tańce – lekko jak magiczne wróżki tupiemy pantofelkami, a wszyscy milkną w zachwycie. Nie, żart taki! No więc hopsamy – ona znacznie sprawniej niż ja, ja trochę bardziej kulawo niż baletnica na emeryturze. Co więcej, mam świadomość, że pamiętam tylko dwie trzecie układu, bo po piruecie jestem już zagubiona jak dziecko w lesie. Ale bawimy się dobrze – widzowie zresztą też. Po chwili orientujemy się, że ten nasz baletowy wybryk, który miał być li tylko szaleństwem czwartkowej nocy, jakaś grupka japońskich turystów uwiecznia telefonami komórkowymi. Ale co? Jak? Skąd tu się w ogóle wzięli Japończycy? Kiedy po zakończeniu naszego występu zamawiamy coś przy barze , słyszymy przejętych Azjatów chwalących się, jak to udało im się uchwycić w akcji prawdziwe irlandzkie tancerki. I nieważne, że żadna z nas irlandzkiej urody nie ma za grosz. Za to na pewno robimy do dziś furorę w japońskim internecie. Chociaż w sumie chyba wolę tego nie sprawdzać.

Kotlet schabowy pyszny i zdrowy

Specyfiką naszych obozów młodzieżowych jest to, że przynajmniej na części trasy, kiedy przez mniej więcej tydzień mieszkamy w domkach lub apartamentach, nasi uczestnicy gotują sobie sami z produktów, które my im dostarczamy. Dla dorosłych to zwykle żaden problem, a dla młodzieży ciekawa szkoła życia i lekcja, którą często długo pamiętają. Choć staramy się planować proste menu, okazuje się, że czynności dla nas oczywiste nie są takimi dla niektórych nastolatków. Podgrzewane mleko ucieka z garnka?!? Warzywa do zupy się obiera?!? Tak wygląda surowe mięso?!? Oczywiście niekumatym pomagamy, nadzorujemy, prowadzimy za rękę od jednego punktu przygotowań do następnego. Instrukcja w wersji idiotoodpornej czasem jednak okazuje się niewystarczająca. Zwłaszcza jeśli ktoś chce być mądrzejszy, niż jest. I oto wracamy z jednej z wycieczek, myślami jesteśmy już przy obiadokolacji, której przygotowanie nas czeka. Full wypas – schabowy, ziemniaki, surówka. Żeby wszystko przebiegło sprawnie i szybko, w autobusie udzielamy krótkiej instrukcji obsługi dla początkujących, choć i tak mamy świadomość, że bez naszej pomocy się nie obędzie. Plan jest prosty – dzieci wstawiają wodę, obierają ziemniaki i robią surówkę, a my w międzyczasie przechodzimy przez domki i pomagamy ze smażeniem kotletów. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie Kazio i spółka. Bo Kazio i jego koledzy słuchać nie muszą, oni zawsze wiedzą najlepiej i nie będzie im się jakaś baba rządzić w kuchni, skoro wiadomo, że najlepsi kucharze to faceci. Nawet jeśli mają tylko trzynaście lat a w kuchni zajmują się zazwyczaj tylko jedzeniem. Zanim docieramy do domku Kazia i spółki na kuchence gotują się ziemniaki, a w garnku obok wesoło buzuje woda na… No właśnie, na co? Na schabowego rzecz jasna! Nie, żeby chłopaki nie słuchali uważnie, bo przecież słuchali – kotlety sprawnie opanierowali w jaju i mące, po czym wrzucili… na wrzątek… bo jak była mowa o patelni i oleju to już im się uszy zmęczyły i niedosłuchali. Pychotka!

Pani Ewelino, coś tam stuka pod podłogą!

Najdziwniejszy moment irlandzkiej wycieczki zdarzył się jednak nie na irlandzkiej ziemi a w drodze powrotnej do Polski. Zgodnie z programem naszej wycieczki po przekroczeniu kanału La Manche w planie mieliśmy nocleg w okolicach Calais, skąd następnego dnia mieliśmy kontynuować przejazd do kraju. I tak właśnie zrobiliśmy. Po szybkim śniadaniu wskoczyliśmy w autokar i ruszyliśmy w drogę. Nie ujechaliśmy daleko, kiedy zgłosiła się do mnie jedna z młodocianych turystek, urocza dziewczynka lat chyba dwanaście, meldując, że pod podłogą autokaru coś stuka. „Pewnie błotnik złapał kamień” – zawyrokowali kierowcy, a ja nie miałam powodu, żeby im nie wierzyć. Zresztą, jaka mogła być aletrnatywa? Awaria? Tylko tego nam brakowało. Mała wróciła na miejsce, a my jechaliśmy dalej. Po kolejnych dwudziestu minutach dziewczynka wróciła – dalej stuka i to coraz bardziej i głośniej. Cóż było robić? Zatrzymaliśmy się na pasie awaryjnym, kierowca wysiadł z autokaru i poszedł zlustrować podwozie.

„Jest problem” – mówi z dziwną miną. – „Trampka złapaliśmy.” Trampka? Jakiego trampka Chyba kapcia raczej! Wysiadam wkurzona a on każe mi się pochylić i zajrzeć pod podwozie. Przekonana, że mnie wkręca w jakiś głupi żart (w końcu to Misiek) zaglądam i widzę… Rzeczywiście widzę trampka! A nawet dwa trampki a nad nimi chude, umorusane łydki… Okazuje się, że w czasie noclegu nieproszony gość wpakował się nam gdzieś w okolice silnika, licząc na to, że uda mu się przejechać tam te kilka kilometrów, które dzieliły nas od Eurotunelu i przedostać do Wielkiej Brytanii. Zmyliła biedaka irlandzka flaga, którą zatknęliśmy sobie za szybę autokaru. Kiedy okazało się, że jedziemy zbyt długo i chyba jednak w przeciwnym kierunku, niż się spodziewał, zaczął gorączkowo pukać w podłogę. Tym bardziej gorączkowo, że pracujący silnik stawał się coraz cieplejszy i cieplejszy… I oto stoimy gdzieś na francuskiej autostradzie i patrzymy na trampki i rozpaczliwie machające nogi turysty gapowicza, który utknął gdzieś w naszym podwoziu i nie może się wydostać. Co robić? Dzwonić po policję i wpaść w ogień składania wyjaśnień, kiedy każda minuta czasu pracy kierowcy jest wyliczona i niezbędna, żeby dotrzeć do Polski? A może wczołgać się i pomóc biedakowi? Tylko czy osaczony nie okaże się groźny? Tysiąc pytań w głowie. Obok nas zatrzymuje się już trzeci samochód i wszyscy obserwują, jak rozwinie się sytuacja. Zanim jednak zdążymy zrobić cokolwiek, nasz pasażer wydostaje się w z matni i… tyle go widzieli! Z prędkością, której nie powstydziłby się dobry lekkoatleta, mknie w siną dal, przeskakując po drodze płotki i krzaki. Stoimy oniemiali jeszcze kilka minut. „No przecież mówiłam, że coś puka” – słyszę nagle cieniutki głosik dziewczynki, która być może właśnie uratowała życie człowiekowi.

I tak skończyła się nasza irlandzka przygoda. Czas wysiadać z wehikułu czasu i wracać do rzeczywistości.

PS. Moja robota skończona. Teraz kolej na Ciebie! Jeśli spodobał Ci się ten wpis i uważasz, że warto się nim podzielić, polub go lub udostępnij. Dzięki temu będzie nas więcej!

Reklamy