Dzisiejszy tekst będzie zupełnie nie na temat – ostrzegam lojalnie, żeby nie było potem marudzenia pod hasłem „ukradłaś mi 10 minut życia”. Nie wiem, czy wiecie, ale mój blog skończył właśnie trzy miesiące. Ten niezwykle okrągły i imponujący jubileusz postanowiłam uczcić przenosząc się na własną domenę internetową. No bo wiadomo, to od razu poważniej wygląda, tak ekspercko i mądrze, i w ogóle babcia będzie ze mnie dumna a statystyki skoczą o milion procent. No a sąsiadka spod trójki to już w ogóle oszaleje z zazdrości, naturalnie jak tylko kupi sobie komputer i zacznie korzystać z internetu, bo na razie to jeszcze nie wie, jakie źródło mądrości bije jej tuż pod bokiem. Ale zanim polecicie szukać mnie w googlach pod nowym adresem, zaciągnijcie ręczny, bo domenę wprawdzie kupiłam, ale się okazało, że to wszystko to jest tylko początek drogi i nową stronę trzeba najpierw zrobić. Powiem więcej, trzeba zrobić od zera, a nie magisterskim trybem „kopiuj-wklej”. Trochę to ostudziło mój zapał, ale cóż było robić – słowo się rzekło. No więc postanowiłam sobie zrobić stronę internetową. SAMA sobie zrobić.

Osoby, które znają mnie bliżej, zapewne uśmiechają się teraz pod nosem. Wprawdzie jestem mistrzynią Painta, czego świadkiem mój własny mąż, na którego zdjęciu paszportowym dorysowałam kiedyś – ze szczerej troski – czapkę z różowym pomponem i pasujący do niej szalik, ale wszelkie inne programy i aplikacje to już zupełnie nie moja bajka. Nasza komunikacja wymaga zwykle tłumacza-pośrednika, który złożone komunikaty przełoży na bardziej polonistyczny język, co z kolei może potwierdzić mój brat, do którego zwykłam wydzwaniać z pytaniami „co mam kliknąć?”, nawet jeśli w okienku do wyboru było tylko OK i nic więcej. Także ten… Ale, ale… Nie od razu Kraków zbudowano. Przecież ludzie się zmieniają, a wszystkiego można się nauczyć! Za dużo wolnego czasu wprawdzie nie mam, ale ogarnę migiem. Mogłabym oczywiście budowę strony zlecić specjaliście (i kto wie, czy tak to się nie skończy w ostatecznym rozrachunku…), ale ambitna ze mnie sztuka. Co? Ja sobie nie poradzę?!? No to się zapisałam na kurs dla opornych i tworzę. Czy raczej próbuję.

Pierwsze lekcje poszły jak po maśle. W końcu to tylko teoria, a wiadomo – nic nie klikasz, nic nie zepsujesz. Przyszedł jednak moment, kiedy wygodne słuchanie się skończyło i trzeba było podjąć pierwszą ważną decyzję. Jaką domenę wybrać? Jaki serwer? Eeeee…. Że co? Opanowawszy panikę postanowiłam przejrzeć dostępne oferty i wybrać to, co okaże się dla mnie najbardziej korzystne. Przekopałam się więc przez kilka czy kilkanaście ofert, z których każda kolejna miała coraz szerszy zakres używanych hieroglifów… W końcu wybrałam, choć nie do końca przekonana, jedną z ofert, którą chwalono za doskonałe wsparcie dla klienta. Wiadomo – przy moim talencie na pewno będzie mi potrzebne i jestem niemal pewna, że całkiem niedługo będziemy sobie z panami adminami wysyłać spersonalizowane kartki świąteczne. Już widzę te nasze rozmowy:

– Halo, to JA! Proszę szybko przyjechać – internet mi nie działa.
– Proszę podać więcej szczegółów.
– No przecież mówię, że MI internet nie działa.
– Ale jak nie działa?
– Normalnie, nie mogę pisać tekstów na blogu.
– Proszę sprawdzić podłączenie klawiatury.
– Czy Pan mnie ma za idiotkę? Oooo… pomogło!

Kiedy zalogowałam się do swojego panelu klienta przeżyłam olśnienie – to właśnie jest miejsce idealne dla mnie! Tutaj powinnam się osiedlić. Bo oto po prawej stronie, tuż na wysokości moich oczu pojawił się czerwony guzik z napisem „panic button”. Czaicie? Guzik dla panikarzy. Równie dobrze mogliby zamontować tam tabliczkę „witaj w domu, Ewelina”. Czyż może być lepiej? Wprawdzie potem okazało się, że jak wpadnę w panikę i zacznę szaleńczo walić w ten guzik, to problemy nie znikną od razu same z siebie, ale zawsze to jednak dla mnie źródło pociechy i bezpieczeństwa. Mój własny guzik!

Tworzenie strony internetowej

Czyli mam domenę i serwer. Poszło jak z płatka, więc pełna pozytywnej energii zabieram się za resztę. Zasiadam do komputera z kubkiem melisy na wszelki wypadek i gumowym cycem antystresowym pożyczonym od męża (tutaj już wiadomo, że nie na wszelki wypadek, bo przyda się na pewno) i zaczynam klikanie. „Zadanie pierwsze – mówi miła pani – stworzymy teraz bazę danych.” O jeżyku… Jak bazę danych? Co? Jaką? Tak od razu? No ale nic – słucham rzeczowych wskazówek, klikam, wypełniam. Zgodnie z sugestią wymyślam hasło tak skomplikowane, że mam problem z jego ogarnięciem wzrokiem. No ale wiadomo, na mój blog czają się już hakerskie robotkoty z całego świata, więc nie można im ułatwiać sprawy. Fyfnaście razy sprawdzam, czy na pewno nie ma literówek, bo jakby były to kaplica, drżącą ręką klikam „utwórz” i… OMG… mam swoją bazę danych o poetyckiej nazwie K,bkv&nfvbhv%^Wn! Pękam z dumy i jestem już gotowa spocząć w hamaku pod palmą, kiedy okazuje się, że to dopiero połowa sukcesu. „Teraz zainstalujemy sobie wordpressa” – mówi dalej miła pani, a ja czuję gęsią skórkę. Wiedziałam, że ten antystresowy cyc się przyda. Bez paniki, bez paniki… Pani jest przecierpliwa, wyjaśnia gdzie kliknąć, co wpisać, jak przekopiować. „No rzeczywiście kurs idiotopdporny, może i mi się uda” – zaczynam się rozluźniać, zimny pot na czole obsycha w miarę, jak coraz bardziej czuję się ekspertem. Wszystko wypełnione, kolejne hasła o poziomie trudności w-życiu-ich-nie-złamiesz-robokocie zabezpieczają moje dzieło. „No i teraz klikamy instaluj i gotowe” – mówi pani. No to klikam instaluj i… ERROR. No do kroćset! Jaki error, jak gotowe miało być? Toż korek od Piccolo już w połowie drogi na wolność, a tu error. I że od razu na początku taka wtopa? Jak się zaczęłam czuć programistą, taki kopniak od sieci? Nie minęła nawet godzina mojej wielkiej przygody, a ja mam ochotę walić głową w klawiaturę. No ale spokojnie. Bez paniki, bez paniki… Co, ja se rady nie dam? Chwila moment i zaraz to naprawimy.

Pięć godzin i kilkanaście maili później error dalej szyderczo uśmiecha się do mnie z monitora. Zdążyłam się już zaprzyjaźnić z moim dobrym duchem z obsługi klienta, który pewnie bardzo się cieszy, że w środku nocy może odpowiadać na pytania babeczki, której trzeba tłumaczyć z informatycznego na polski. W emocjach zapominam o moim ratunkowym guziku dla panikarzy, więc klikam co się da i gdzie się da, ale zasada „zamknij i uruchom jeszcze raz, a się naprawi” niestety nie działa.

Dopiero następnego dnia udaje mi się samej – no prawie samej 😉 – wymyślić, jak oszukać niecny system, który nie chce mnie połączyć z moją bazą danych i…. tadadadadam! Instalacja zakończona sukcesem. No to teraz muszę tylko zbudować stronę. Ale to na pewno pójdzie już łatwo…

Reklamy