W ramach kolejnego wpisu wspominkowego z czasów, kiedy matka nie była jeszcze matką, ale była za to aktywnym pilotem wycieczek, zapraszam was na wycieczkę do Londynu. O cudownym leku na lęk wysokości, wędrówce w rytmie poloneza oraz irlandzkiej gościnności na brytyjskiej ziemi – wehikuł czasu rusza, wskakujecie?

Do Londynu zdarzyło mi się trafić kilkakrotnie, więc jako pilot miałam ułatwioną sprawę. Luzik normalnie – prowadzę grupę czterdziestu osób przez zatłoczone miasto i naprawdę wiem, dokąd idę! Nie muszę w panice rozglądać się za budynkami, które widziałam wcześniej tylko na zdjęciach i filmach! Drogi prowadzą rzeczywiście tam, gdzie wskazują to mapy… A nie, poczekajcie chwilę. To ostatnie jednak nie do końca jest prawdą… Ale do tego dojdziemy.

Londyńskie oko

Każdą wycieczkę do Londynu staram się zaczynać w taki sam sposób, od przejażdżki słynnym Londyńskim Okiem, czyli wielkim diabelskim młynem, z którego rozciąga się imponujący widok na całe miasto. Równie imponujące jak widok, są także kolejki, które do tej atrakcji prowadzą. Przyjeżdżamy więc, wyskakujemy z autokaru i stajemy na końcu ogona. Wprawdzie mamy rezerwację i obowiązuje nas specjalna, osobna kolejka dla grup, ale cóż z tego, skoro przed nami stoją studenci z Korei, niemieccy turyści, członkowie japońskiego koła wielbicieli fotografii, belgijskie stowarzyszenie amatorów pierniczków i sama nie wiem, kto jeszcze. Pogoda majowa, więc sami wiecie jak jest: zimno, wieje, pochmurno i generalnie brytyjska wiosna w pełnej krasie. Dobrze mama mówiła, żeby wziąć zimową kurtkę… Posuwamy się do przodu z gracją i w tempie ślimaka, ale pociesza nas myśl, że ogon za nami ciągle rośnie. Hehehe… Se postoją jeszcze te panienki w podkolanówkach i tamci w kraciastych kamizelkach. W końcu wsiadamy, szklane kapsułki sprawiają, że każdy może wygodnie zająć miejsce widokowe z piękną panoramą. Na środku miejsca siedzące smutno czekają na jakieś pośladki, które zechcą się na nich umościć. I nic, bo kto by chciał siedzieć i oglądać plecy innych, jak można podziwiać Big Bena i inne atrakcje. W myślach zastanawiam się, co za geniusz zaprojektował takie miejsca, że chyba wykorzystuje się je w sytuacjach nagłych zasłabnięć czy coś… I wtedy widzę ją. Moją turystkę. Podczas gdy inni licytują się na ochy i achy, pstrykają fotki, pokazują palcami co ciekawsze atrakcje, ona siedzi na środku z oczyma wbitymi w podłogę. „Lęk wysokości” – wyjaśnia i uśmiecha się nerwowo, a ja widzę, jak każdą komórką swojego ciała marzy o tym, żeby siedzieć teraz w domu na kanapie i oglądać Londyn tylko w telewizji. „Podróży mi się zachciało… Zginę tu jak nic… To się zaraz zawali wszystko” – widzę jej myśli jak komiksowe dymki unoszące się nad głową. Próbuję ją uspokoić ale bezskutecznie. „O matko! To się trzęsie! To już koniec…” –wykrzykuje w końcu w panice i narzuca sobie na głowę własną kurtkę, jakby rozkładała spadochron, który ocali ją przed upadkiem London Eye. I tak siedzi, a ja rozglądam się, czy ktoś nie wykonuje nerwowych ruchów i nie wzywa właśnie antyterrorystów albo ekipy z białym kaftanem. W końcu przejażdżka dobiega końca. Wysiadamy. Żal mi kobieciny, bo lęk wysokości to naprawdę nie jest nic przyjemnego. Pytam więc:
Pani Anetko, a nie mogła Pani powiedzieć, że nie chce Pani jechać kołem? Oszczędziłaby Pani nerwy i kilka funtów na kawkę…
Może i tak… Ale tak mi się miło z wami w tej kolejce stało, że żal mi było odpuścić…

Aha… No to spoko.

Czy to aby na pewno most?

Największym wyzwaniem w czasie wycieczek do dużych miast jest dla mnie zawsze przemieszczanie się autokarem. W zakorkowanych metropoliach trudno określić czasy dojazdów, trzeba często kluczyć, kręcić się, kombinować, szukać parkingu. Jeśli masz nawigację, to super, a jeśli kierowcy są objeżdżeni w danej lokalizacji, to jeszcze lepiej, ale i tak to nie załatwia całej sprawy. Bo pewnych rzeczy nie da się przewidzieć i zaplanować. I oto jedziemy, wracamy do naszych apartamentów. Jest późno, a na naszej trasie taki korek, że jesteśmy coraz bardziej spóźnieni. To niedobrze, bo czeka kolacja i wieczorne aktywności. Czekają nasi gospodarze, którzy bardzo sobie cenią punktualność. Okazuje się, że tunel na naszej trasie jest chwilowo zamknięty z powodu wypadku i przyjdzie nam stać około godziny. No to czeka mnie kilka niezbyt przyjemnych rozmów tego wieczoru… Już widzę jak Dżordżowi żyłka pika nad monoklem, kiedy mu mówię, że nie dotrzemy zanim herbata wystygnie. Ale nie, oto przychodzi pomocna dłoń. Na pokładzie mamy nawigatora-amatora, który twierdzi, że zna alternatywną drogę do naszej miejscówki. „Ale wiesz, że to jest po drugiej stronie rzeki?” – upewniam się i słyszę zapewnienie, że jest taki inny most, po którym możemy przejechać. Już wtedy powinnam była nabrać podejrzeń, czyż nie? Błąd amatora, ale to pewnie dlatego, że w myślach starałam się przypomnieć sobie, jak powiedzieć po angielsku „milordzie, wybacz naszą nikczemną wpadkę”, „czy zechcesz nam wybaczyć ten karygodny faux pas?” i „oczywiście, że możemy zjeść twoje pyszne danie pysznej kuchni brytyjskiej na zimno”. Most, którego nie ma na mapie – brzmi co najmniej niepokojąco. A może moja mapa jakaś stara albo coś? Nie jestem przekonana, ale kierownik grupy nalega, kierowcy są gotowi spróbować. No to jedziemy. Najwyżej nabijemy kilka kilometrów więcej. Wklepujemy w nawigację adres podany przez naszego wybawcę. Kluczymy jakimiś małymi uliczkami, skręcamy, przeciskamy się. Okolica coraz mniej londyńska. Pociesza mnie tylko myśl, że w tę samą stronę jedzie jednak sznur samochodów, więc może oni wiedzą coś, o czym ja nie wiem. Nawigator-amator zaciera ręce, zadowolony, że się wykazał i oszczędził nam czekania. „Ale czy jesteś pewien, że tam jest most?” – pytam po raz kolejny i znów słyszę, że tak, tak, na pewno jest. W końcu dojeżdżamy. Widzimy ogonek samochodów wycelowany prosto w rzekę. I prom. PROM DLA SAMOCHODÓW OSOBOWYCH – informuje nas znak. Okazuje się, że nawigator-amator był w Londynie raz, dawno temu i w sumie niewiele pamięta. Ale kupił sobie wtedy mapę i na tej mapie jest zaznaczony ten most, do którego on nas chciał zaprowadzić. I pokazuje mapę, a na niej przeprowadzoną przez rzekę niebieską kreskę z napisem „ferry” [ang. prom]. No ale kto by sobie głowę jakimiś napisami zawracał… Tak więc udajemy się znowu do naszego starego dobrego tunelu, gdzie okazuje się, że przejazd udostępniono już dawno temu, bo policjanci pod naciskiem klaksonów wyjątkowo szybko ustalili winnych wypadku i nakazali odblokowanie drogi. A wiecie, co jest najlepsze? Że nawigator-amator na co dzień uczy języka angielskiego…

Polonez, panie, polonez!

Jest taka rzecz, która – poza odkrywanie pięknych miejsc – stanowi dla mnie największy smaczek bycia pilotem. Otóż, jeśli dobrze się postarasz i wspomożesz własne szczęście, może ci się udać zintegrować grupę tak, że są w stanie z tobą i dla ciebie zrobić kilka szalonych rzeczy, które wspominacie przez długie lata. To może być chóralny śpiew pod La Scalą, mecz piłki nożnej z lokalsami albo inscenizacja odsieczy wiedeńskiej w zaimprowizowanych w autokarze strojach „z epoki”. W Londynie trafiła mi się grupa młodzieżowa, fajna, radosna i skora do wspólnych wygłupów. Aż żal było tego nie wykorzystać. W czasie zwiedzania dzieciaki wymyśliły zabawę polegającą na zgadywaniu, kto jest londyńczykiem, a kto turystą (żeby potwierdzić swoją wygraną, trzeba było potem podejść i zapytać, więc przy okazji ćwiczenie językowe…) Odkryliśmy w ten sposób, że rodowitego londyńczyka od turysty odróżnia najczęściej ponura, zabiegana mina. I zanim ktoś się oburzy, że idę w stereotypy, przyznaję, że nasza grupa badawcza była może za mało liczna, żeby stanowić przekonujący dowód naukowy, ale na nasze skromne potrzeby to zupełnie wystarczyło. Postanowiliśmy sprawdzić, czy jesteśmy w stanie wywołać uśmiech na twarzy ponuraków i tak oto pewnego pięknego dnia ruszyliśmy w tany na Tower Bridge. Wyobraźcie to sobie dokładnie – ruszamy, czterdzieści osób w rytmie poloneza z uśmiechami od ucha do ucha i szalonym dyrygentem na czele. Tam taram tam, tam taram tam… Suniemy do przodu. O matko, jak my pięknie polonezujemy! Gdyby nie to, że „Pan Tadeusz” powstał kilkaset lat wcześniej, można by zaryzykować stwierdzenie, że to właśnie my zainspirowaliśmy Mickiewicza. Tłum przechodniów napływających z naprzeciwka rozstępuje się przed nami jak Morze Czerwone. Niektórzy patrzą na nas jak na czubków, ale inni… no właśnie… inni zaczynają się uśmiechać. Więcej nawet – zaczynają do nas dołączać! Tego nie przewidziałam w swoim planie. Więc tańcujemy dalej, coraz energiczniej, coraz głośniej. Tam taram tam, tam taram tam… Czekam tylko, aż ktoś nas zwinie za zorganizowanie nielegalnego wiecu. Kiedy schodzimy z mostu nasza grupa jest dwu- a może trzykrotnie większa niż na starcie. Pełen sukces. Czuję jak przepełnia mnie poczucie dobrze wykonanego zadania. I właśnie wtedy jakiś mały chłopczyk podsumowuje:
Look, mommy. It`s a circus!

Angielska imprezka w jacuzzi

W czasie pobytu z Londynie zakwaterowani byliśmy u brytyjskich rodzin. Mniejszych, większych, dzieciatych, niedzieciatych, z angielską flegmą albo nieangielskim temperamentem. Do wyboru, do koloru. Ekipa kierownicza w osobie opiekunek grupy i mnie-pilota trafiła pod dach Margaret, czyli Małgosi-gosposi, jak ochrzciłyśmy ją po pierwszym, powitalnym posiłku złożonym z tylu pyszności, że na trzecim drugim daniu przestałam liczyć. Pochodząca z Irlandii kobiecina była przekochana, serdeczna, otwarta na ludzi i tryskająca humorem. Tym bardziej więc zaniepokoiłam się, kiedy już drugiego dnia pobytu na zbiórce wieczornej wzięła mnie pod ramię i zapowiedziała, że musimy poważnie porozmawiać. „A więc zorientowała się, że zjadłam wczoraj poczwórną porcję deseru…” – pomyślałam w duchu, smutno żegnając się z kolejnymi pychotkami, ale okazało się, że nie chodzi o to. „Muszę cię ostrzec – powiedziała poważnie, unosząc porozumiewawczo brwi i wskazując wzrokiem stojącego nieopodal Anglika. – Zapamiętaj tego gościa.” Przyglądam się więc niepozornemu facetowi, u którego zakwaterowani są nasi kierowcy. Wygląda trochę jak skrzyżowanie Jasia Fasoli z bohaterami Monty Phytona. Raczej nieszkodliwie, chociaż z błyskiem w oku. Kiedy wracamy do domu nasza Małgośka zaczyna opowiadać, jak Roger, bo tak się zwie nasz przyjaciel, zaprosił ją kiedyś na przyjęcie w jacuzzi do swojego domu. „Ubrałam się w sukienkę, pod spód wrzuciłam strój kąpielowy nówkę sztukę, oko sobie zrobiłam. Sama wiesz, jak jest. Miał być Roger z żoną i ich przyjaciele. Pomyślałam, że fajnie będzie poznać nowych ludzi. Więc dzwonię. Otwiera mi on sam. W ręce ma tacę z kieliszkami szampana. Na szyi muszka. Uśmiecha się. A ja widzę – widzę, ale nie mogę uwierzyć własnym oczom – że on jest nagi, zupełnie nagi. Tylko tę muszkę ma na szyi. Jak ja się obróciłam na pięcie, jak się puściłam w drogę do domu…Jezusku najsłodszy, jak chyba nigdy w życiu tak szybko nie biegłam jak wtedy… Bo on w tej muszce tylko… Can you imagine, Ewelina?” Przypominam sobie widok Rogera na parkingu i wolę sobie nie wyobrażać. Już w tej marynarce w pepitkę i sandałach wyglądał mało przekonująco. Następnego dnia wsiadam do autokaru i zanim zdążę cokolwiek powiedzieć, moi kierowcy mówią mi: „Ale mamy super tego gospodarza! Spoko gość! I jacuzzi ma w ogrodzie! I wiesz co? On powiedział, że specjalnie dla nas zrobi dziś imprezę w tym jacuzzi!” Chłopaki aż promieniują entuzjazmem, a ja w głowie mam tylko jedno pytanie: czy powinnam im powiedzieć, żeby założyli muszki?

No i tyle moje bąbelki. Na tym nasze londyńskie przygody się kończą. A może ktoś z was ma jakieś wspomnienia z wizyty u królowej? Pochwalcie się w komentarzach tutaj albo na naszym Facebooku 🙂

PS. Moja robota skończona. Teraz kolej na Ciebie! Jeśli spodobał Ci się ten wpis i uważasz, że warto się nim podzielić, polub go lub udostępnij. Dzięki temu będzie nas więcej!

Reklamy