Lawendowe wzgórza, błękitne fale i piaszczysta plaża, zapach ziół prowansalskich i zupy z owoców morza – to skojarzenia, które zwykle przychodzą nam do głowy na hasło Prowansja. W ramach wspominkowego czwartku zabieram was dziś właśnie tam, na piękne południe Francji. Zapnijcie pasy i wskakujcie do mojego pilockiego wehikułu czasu. Nie liczcie jednak na pocztówkowe migawki. Będzie o bagietkowym skoku przez płot, policyjnej asyście, roztańczonym moście i wizycie w domu obłąkanych.

Furtka do raju

Mój pierwszy kontakt z Prowansją był po prostu bajeczny – Polska pożegnała nas deszczem i szarugą, podczas gdy Francja przywitała słońcem, zielenią, palmami i lazurowym niebem. I do tego nasz ośrodek – raj po prostu: kolorowe wille z ogrodami, baseny, boiska, place zabaw, lokalny sklepik pachnący bagietkami i pastwisko ze słynnymi białymi końmi camargue tuż za płotem. Czy mogłoby być lepiej? Chyba nie. Ale nawet w raju czają się drobne pułapki, pułapeczki, w które może wpaść rozbrojony pięknymi okolicznościami przyrody turysta albo, jak w moim przypadku, pilot…

Poranek. Wchodzę do sklepu po pieczywo dla grupy. 50 wygłodniałych osób właśnie wychodzi z łóżek i czeka na dostawę. Podchodzę grzecznie do kasy i zaczynam zamawiać…
70 bagietek – rzucam nonszalancko, a pan wybałusza na mnie oczy.
Chyba 7 bagietek, panienko? – uśmiecha się.
70 poproszę. Mam dużą rodzinę! – niby sobie żartujemy, ale pan zaczyna być lekko niespokojny. O wiele bardziej niespokojny niż wczoraj, kiedy wpadłam do sklepu z pytaniem, czy muszę rezerwować pieczywo dla mojej grupy. Wtedy wydawał się urażony, jakbym swoim pytaniem trafiła go w sam środek trójkolorowego serca. „We francuskim sklepiku nigdy nie zabraknie bagietek” – powiedział wtedy, poprawiając dziarsko berecik z antenką (serio, serio!), który teraz nagle wydaje się jakiś mniej sprężysty… Zaczyna więc opróżniać kosze, pakować torby, a z każdą bagietką staje się bardziej blady, bardziej przytłoczony. Mamrocze pod nosem coś, czego nie jestem w stanie zrozumieć, ale może to i dobrze. Półki zaczynają świecić pustkami, a jestem przecież pierwszym klientem… Wreszcie kończy przygotowywanie moich zakupów i wręcza mi paragon. Nagle uśmiecha się od ucha do ucha, jakby dumny, że zrealizował swoją misję.Wreszcie kończy przygotowywanie moich zakupów i wręcza mi paragon. Nagle uśmiecha się od ucha do ucha, jakby dumny, że zrealizował swoją misję.
Teraz pani kolej, mademoiselle!– mówi do mnie i patrzy mi w oczy jakby z kpiną.
Ki diabeł – zastanawiam się i odwracam do wyjścia. I wtedy to widzę. Sześć toreb wypakowanych bagietami i ja jedna. Ja jedna i moje dwie ręce. Tego nie wzięłam pod uwagę… Ale trzeba trzymać fason. Targam te bagiety objuczona jak osioł i tak zresztą się czuję. Odcinek 150 metrów od sklepu do furtki pokonuję z piętnastoma chyba przerwami. A właśnie – furtka… Gdzie ta furtka ma klamkę?!? Okazuje się, że furtkę otwiera się specjalną kartą doczepioną do klucza od domku. Do tego klucza, którego nie mam, bo został na stole w kuchni. I żeby było zabawniej, nie mam też telefonu… Więc stoję. 7 rano. Cisza i spokój. Za magiczną furtką czekają na mnie moje wygłodniałe pisklaki, a ja jak ta trąba kombinuję, co tu zrobić, żeby się przedostać na drugą stronę. Recepcja o tej porze pewnie zamknięta, zresztą jest po drugiej stronie ośrodka i nie doniosę tam tych cholernych bagietek. Mogę zacząć się wydzierać z nadzieją, że ktoś mnie usłyszy i przyjdzie otworzyć, ale to trochę słaby początek pilockich popisów. W końcu robię to, co wydaje mi się najmniej obciachowe – przełażę przez płot, a jest on wyższy ode mnie, z nadzieją, że – po pierwsze – nikt mnie nie zobaczy wiszącej w powietrzu i majtającej nogami i – po drugie – że nikt w tym czasie nie zakosi moich siedemdziesięciu bagietek, które musiałam zostawić pod płotem. W końcu misja kończy się sukcesem. Dostarczam pieczywo, roznoszę po domkach francuski luksus o chrupiącej skórce. Przy okazji przypominam wszystkim, że wychodząc poza furtkę w płocie ogradzającym nasze domki trzeba mieć przy sobie kartę z chipem. I wtedy rezolutna dwunastolatka mówi mi: „Pani Ewelino, a tam z drugiej strony jest taka brama i ona jest cały czas otwarta”. Aha…

Ta sama rezolutna dziewczynka odwiedza mnie niedługo później informując, że nie działa im światło, bo spaliła się żarówka w łazience. Dzwonię więc na recepcję, żeby podczas naszej nieobecności (wybieramy się właśnie na wycieczkę), przysłali swojego konserwatora powierzchni płaskich, który może usterkę usunąć. „Się da zrobić. Się panienka nie martwi” – zapewniają mnie, więc się nie martwię. Po całym dniu odkrywania prowansalskich uroków wracamy do ośrodka i okazuje się, że światło dalej nie działa. Dzwonię na recepcję, żeby się dowiedzieć, że konserwator żarówkę wymienił przecież, a zresztą teraz to już i tak się nic nie zrobi, bo późno i poszedł do domu. Dziewczynki są wyrozumiałe, kąpią się przy świetle latarki, traktując to jako dodatkową atrakcję. Następnego dnia przypominam się na recepcji i znowu ruszamy na zwiedzanie. Wracamy tym razem po południu i okazuje się, że… żarówka nadal nie działa. Lekko zdenerwowana (tak to ujmijmy) idę na recepcję, a tam miła i bardzo zdziwiona pani zapewnia, że przecież naprawili. Ja mówię, że non, ona, że oui. Ale jak oui, jak nie działa? Proponuję miłej pani samodzielną próbę kąpieli w ciemnościach, ale chyba nie ma ochoty, bo ściąga jednak elektryka. Idziemy razem – tym razem przypilnuję go, żeby nie było wtopy. Moje dziewczynki mają mieć światło! Wchodzimy, pan wymienia żarówkę, pokazuje, że działa. OK? – pyta w międzynarodowym języku. OK – kiwamy zgodnie głowami i uśmiechamy się do siebie. Pan wychodzi, ja też zbieram się do wyjścia. A rezolutna dwunastolatka – pamiętacie ją? – mówi: „Pani Ewelino, ale to przecież nie ta łazienka…”

No tak. Tego to mi wcześniej nie powiedziałyście…

To który mamy teraz rok?

Jednym z punktów naszego programu była wycieczka do pięknego miasteczka Arles znanego z wspaniałego rzymskiego amfiteatru, imponującej romańskiej katedry i Alyscamps, czyli rzymskiej nekropolii utrwalonej na obrazach przez samego Van Gogha. Kiedy docieramy do miasta czeka nas dodatkowa niespodzianka – trwa właśnie historyczny festiwal, w czasie którego w amfiteatrze odbywają się specjalne pokazy, a ulice miasta przemierza historyczna parada mieszkańców w tradycyjnych kostiumach. Patrzymy zafascynowani na damy w eleganckich sukniach, koronkowe parasolki nad ich głowami i panów w kolorowych surdutach. I konie, wszędzie konie. Choć nie mamy tego w programie, postanawiamy włączyć pokaz w amfiteatrze do naszego planu zwiedzania. Okazuje się, że bilety są już niedostępne w przedsprzedaży, ale możemy stanąć rano w kolejce do kas i zapolować na te, które zostały. Tak robimy, a w zasadzie robię tak ja ze wsparciem jednego z turystów. Mój bodyguard czuwa, żeby ktoś nie zakosił mi torebki z całkiem przecież pokaźną kwotą na bilety. Więc stoimy, a razem z nami pół miasta oraz chyba większość mieszkańców okolicznych wiosek. No ale jesteśmy niemal pierwsi. W końcu okienko otwiera się, słychać charakterystyczny szum oczekiwania, w końcu podchodzimy do kasy. Nieśmiało proszę o pięćdziesiąt biletów i słyszę, jak kolejka za mną wstrzymuje oddech. Matko, dobrze, że nie jestem tu sama! Najwyżej rzucę turystę na pożarcie tłumom i ucieknę z biletami J Jedno spojrzenie pani Krysi z kasy ucisza tłum z tyłu. Nie ma limitów sprzedaży – rzuca pani gdzieś w przestrzeń, a wszyscy cichną. Chyba wolą nie ryzykować, że akurat dla nich zabraknie miejsca.

Po południu przyprowadzam moją grupę do amfiteatru – razem zatapiamy się w prowansalskich folklorze – bezkrwawa corrida, popisy torreadorów kaskaderów, gry zręcznościowe, konne wyścigi o wianek pięknej damy – atrakcja goni atrakcję, a my nie możemy się napatrzeć. Nie przeszkadza nam ani upał, ani nawet 45-minutowa przemowa burmistrza, który przedstawił chyba wszystkie miejskie szychy i ich rodziny do trzech pokoleń wstecz. Już po zakończeniu spektaklu krążymy ulicami wypełnionymi mieszkańcami w historycznych strojach i czujemy się, jakbyśmy przenieśli się w czasie. Do innej epoki, do innego świata. Niesamowite!

Gdzie jest nasz autokar?

Zupełnie inne wrażenia towarzyszą naszej wizycie w Marsylii. Zaczynamy odkrywanie miasta od samej góry, od wizyty w bazylice Notre Dame de la Garde, skąd podziwiać można imponującą panoramę miasta. Na horyzoncie widać nawet tajemniczy zamek If, na który wielu członków wycieczki – wielbicieli Hrabiego Monte Christo – spogląda z błyskiem w oku. Ale to musimy zostawić sobie na inną okazję, bo czeka bazylika. Zwiedzamy ją z przesympatyczną, ale prawdopodobnie najnudniejszą przewodniczką na świecie. Mówi dopiero dziesięć minut, a ja widzę, że połowa grupy przysypia. Sama zresztą z trudem powstrzymuję opadanie powiek. Taki głos nadawałby się świetnie do czytania bajek na dobranoc. W końcu wychodzimy i wyruszamy w dół dłuuuuuugiiiimi schodami, żeby wylądować w pięknym starym porcie. Odkrywamy jego okolice, chłoniemy klimat, próbujemy pysznych dań, podziwiamy i zachwycamy się, ciągle jednak – jak przystało na niezmiernie zdyscyplinowaną grupę – pamiętając o umówionej godzinie zbiórki, bo z powodu remontu trudno znaleźć miejsce na szybki załadunek do autokaru. A przecież mamy dziś jeszcze w planach malownicze Cassis z widokowym rejsem. Z wybiciem godziny zero spotykamy się w umówionym miejscu. Niektórzy nadal przeżuwają resztki zupy rybnej i zagryzają bagietką. Jestem pełna podziwu – są wszyscy. Tylko, taki mały szczegół, nie ma autokaru… No to czekamy, w końcu korki, światła, roboty drogowe… Czekamy, czekamy, czekamy… Na szczęście humory dopisują. Dzwonię do kierowców, ale nie odbierają, więc powoli zaczynam się denerwować. W końcu, przy kolejnej próbie, słyszę znajomy głos, ale nie jestem w stanie zrozumieć słów, bo zagłuszają go syreny policyjne. Syreny wszędzie dookoła. Próbuję się dogadać, przyciskam telefon mocno do ucha, a drugie zatykam palcem. Ale nic to nie daje – mam wrażenie, że syreny policyjne słyszę i wokół siebie i w słuchawce… I mam rację. Bo oto na horyzoncie pojawia się nasz autokar w asyście policyjnych radiowozów. Stoję w szoku. Co oni do diaska nabroili? – mówię sobie w duchu, chociaż słów używam znacznie mniej cenzuralnych. Grupa na szczęście niczego jeszcze nie widzi, ale ja już w myślach tworzę sto wymówek, które mogą uzasadnić aresztowanie naszych kierowców. Nagle radiowozy wyłączają syreny, skręcają, a nasz autokar jedzie prosto do nas. Ufff… Przypominam sobie, że trzeba przecież oddychać. Wdech, wydech… Odjeżdżamy. Aż boję się spytać, co właściwie się wydarzyło. Okazuje się, że w połowie drogi ze wzgórza ktoś zaparkował fiata punto na zakręcie, skutecznie uniemożliwiając przejazd naszemu autokarowi i kilkudziesięciu autom, które ustawiły się w korku za nim. Małe punto, wielki problem rozwiązany dopiero przez policję, która samochodzik odholowała, a naszych kierowców chyba z rozpędu i zachwytu, że takim wielkim pojazdem da się lawirować po tych wąziutkich uliczkach, dowiozła z honorami aż do Starego Portu. Niemal przyprawiając mnie o zawał.

Dom wariatów

Urocze miasteczko Saint-Rémy-de-Provence, jakieś 20 kilometrów od Awinionu, słynie przede wszystkim z jednego – ze szpitala psychiatrycznego SaintPauldeMausole, w którym przez rok mieszkał nie kto inny, jak słynny Vincent van Gogh. Podobnie jak my, artysta do tego pięknego miejsca zgłosił się dobrowolnie, z tym, że on na leczenie, a my z wizytą. Chociaż czasem się zastanawiam, czy nie powinno być odwrotnie. Jako grupa z zapędami artystycznymi wymyśliliśmy sobie wędrówkę śladami van Gogha i zarezerwowaliśmy odpowiednich przewodników – dwóch, bo zgodnie z wymogami liczba osób w grupie zwiedzającej kompleks to maksymalnie 30. No to przyjeżdżamy, trafiamy bez problemu, czekamy na przewodników, których wczoraj jeszcze potwierdzałam telefonicznie. Jeden jest, czeka, wita się. I bardzo się dziwi, że nie ma drugiego… My też się dziwimy. W końcu udaje się go wydzwonić i wiecie co, on też się dziwi. Ale że jaka grupa? Że jakie zwiedzanie? No rzeczywiście dom wariatów. Z tego zdziwienia wychodzi, że oprowadzamy grupę 50-osobową, a ja muszę się nieźle nagimnastykować, żeby wszyscy słyszeli, jak tłumaczę fascynująca skądinąd opowieść naszej przewodniczki. O dawnych metodach leczenia chorych psychicznie, o van Goghu, o sztuce, o imponujących zabudowaniach szpitala. Słowem – o wszystkim. Kiedy wychodzimy, czuję się, jakbym zamiast mózgu miała gąbkę. „Pani Ewelino, ja to bym chętnie tu została” – mówi do mnie miła turystka, mając pewnie na myśli urokliwe niewątpliwie otoczenie. „Ja też, Małgosiu, ja też…” – odpowiadam, choć chyba trochę z innego powodu.

Sur le pont d`Avignon

Jest taka piosenka, która podśpiewują francuskie dzieci, a która nam wszystkim bardzo wbiła się do głów w czasie tego wyjazdu. Śpiewaliśmy ją w autobusie, śpiewaliśmy w domkach, śpiewaliśmy z gitarą, na głosy i chóralnie. Aż w końcu wymyśliliśmy, że to wybitne arcydzieło sztuki muzycznej potrzebuje równie doskonałej choreografii. Krótko mówiąc, postanowiliśmy zatańczyć na moście w Awinionie. I teraz wyobraźcie sobie grupę złożoną w połowie z młodzieży, w połowie z dorosłych. Panie w sukienkach i spódnicach, panowie w szortach i sandałkach. Gorąco, dookoła tłumy. A my zaczynamy. Na moście w Awinionie puszczamy się w tany, wirujemy na refrenie, a w czasie zwrotek… Najpierw kłaniają się  panowie – miny mają wprawdzie poważne jakby występowali we frakach, ale jednak owłosione łydki w szortach trochę psują efekt. Potem dygają panie i dziewczęta, miny mają poważne, wczuły się w dworskie klimaty, choć wątpię, żeby dawne francuskie mademoiselles nosiły koszulki z Hello Kitty. Następnie przychodzi kolej na salutujących żołnierzy i imitujących grę na instrumentach muzyków. Tutaj robi się już bardziej widowiskowo. Zwrotek jest kilka, a publiczność rośnie. Patrzą na nas ze zdziwieniem, z niepokojem, a potem z coraz większymi uśmiechami. W ostatniej zwrotce pojawiają się praczki. I powiem wam, że właśnie wtedy, kiedy jak szalone szopy pracze trzemy gacie na naszych wyimaginowanych tarach, nawet najbardziej dystyngowani Francuzi wymiękają i zaczynają płakać ze śmiechu. A przynajmniej mam nadzieję, że to było ze śmiechu…

No i już. Miało być kilka migawek, a wyszła prowansalska epopeja… 🙂 Jeśli zdarzyło wam się zapuścić w tamte strony, pochwalcie się swoimi wspomnieniami w komentarzach. A może i wy tańczyliście na moście w Awinionie?

Reklamy