Msza dla przedszkolaków. Sala wypełniona po brzegi. Śpiewy, szuranie krzeseł, głosy dzieciaków, szum tłumu. W tym wszystkim on – na oko trzydziestoletni facet z maluszkiem, który może mieć miesiąc, nie więcej niż dwa. Od razu rzuca się w oczy. W końcu on jeden tutaj jest sam z tak małym dzieckiem. On – tata. Nie mama, nie ciotka. Nie kobieta. Sam z takim maluszkiem?!? W pewnym momencie dziecko zaczyna płakać, ale on wcale nie wpada w panikę. Sprawnie karmi malucha i przewija go, przytula, nosi na rękach. Nic nie pomaga. Niemowlę zanosi się coraz głośniejszym płaczem, siedzące dookoła mamy poruszają się niespokojnie. Gdzieniegdzie widać już jednoznacznie miny pod hasłem „takim bąbelkiem to powinna się jednak mama zajmować” i „jednak tata to nie to samo, co mama”. Ale on nie zwraca na to uwagi. Cały skupiony jest na dziecku. Na SWOIM dziecku, którym przecież potrafi się zająć. Siada na krześle. Rozpina guziki od koszuli i przytula maluszka do klatki piersiowej. W kościele. W środku tłumu. Mija może pięć, może dziesięć sekund i dziecko zasypia. Tak po prostu zasypia. Zapada cisza. I słychać tylko odgłos szczęk opadających na podłogę.

*  *  *

Nie będzie nadużyciem, jeśli powiem, że panuje powszechne przekonanie, że niemowlęciem najlepiej zajmuje się mama. Wprawdzie kobiety dziś coraz częściej aktywne są zawodowo, wcześniej i częściej wracają do przerwanej porodem kariery, ale jednak – planując pierwsze miesiące po urodzeniu malucha – raczej naturalnie zakładamy, że to ona zostanie w domu i dziecko „odchowa” do takiego momentu, który wyda nam się akceptowalny, żeby powierzyć je opiece kogoś innego (babci, niani, żłobka czy przedszkolanki). Potwierdzają to statystyki: w I kw. 2016 roku z urlopów dla rodziców skorzystało 344 tys. osób, w tym tylko 10% stanowili mężczyźni [1]. Przyczyny takiego stanu rzeczy są różne, często także ekonomiczne, i nie będę tutaj nawoływać do wyjścia na barykady i usadzenia panów przy kołyskach, podczas gdy panie masowo wrócą do pracy. Chciałabym jednak zwrócić uwagę na coś innego: to, że tata pracuje zawodowo i spędza znaczną część dnia poza domem, wcale nie musi – a wręcz nie powinno – przesądzać o problemach z budowaniem bliskości z dzieckiem. I to od samego początku, w zasadzie od momentu jego narodzin.

Jasne, mamy mają łatwiej. To one spędzają z maluchem pierwsze godziny w szpitalu, to one – jeśli tylko respektowane są standardy opieki okołoporodowej – mają pierwszy kontakt skóra do skóry. To przy nich dziecko czuje się bezpiecznie, rozpoznaje ich bicie serca, dźwięk głosu. Ale i ojciec może – jeśli tylko chce – budować swoją więź z dzieckiem. Nie nakarmi go wprawdzie piersią, ale może przewijać, przytulać, kołysać, nosić, a nawet kangurować. Ta ostatnia czynność, polegająca na kontakcie skóra do skóry, gdzie dziecko w samej pieluszce układane jest pionowo na nagiej klatce piersiowej rodzica z uchem na wysokości serca, wydaje się szczególnie przydatna. Badania dowodzą, że kangurowanie jest bardzo korzystne dla dziecka, ma działanie terapeutyczne, uspokaja, reguluje oddech i bicie serca, zmniejsza stres, ułatwia zasypianie. Jest także korzystne dla rodziców, bo wiąże się ze wzrostem poczucia kompetencji. Jeśli kanguruje tata, to dziecko, które przez 9 miesięcy wsłuchiwało się w rytm serca mamy, teraz może także przyzwyczaić się, nauczyć rytmu serca drugiego rodzica, znaleźć bezpieczną przystań także i w jego ramionach. Tata z kolei może oswoić się z dzieckiem, cieszyć jego ciepłem, delikatnym dotykiem. Bliskością właśnie, którą wielu rezerwuje dla relacji mama-niemowlę. Zupełnie niepotrzebnie! Podobnie zresztą jest z noszeniem maluchów w chustach, które w ostatnim czasie stało się szczególnie modne. I znów – choć po chustę częściej sięgają mamy, dla których – szczególnie przy wymagających dzieciach – jest to rozwiązanie ułatwiające codzienne funkcjonowanie, to także dla tatusiów może to być doskonała okazja do cieszenia się bliskością malucha, poznawania go, ale też do stworzenia mu okazji do poznania siebie samego. I tutaj dochodzimy to ważnej kwestii…

tata i córeczka

Kiedy dziecko zaczyna płakać, dla wielu – także wielu ojców – naturalną reakcją jest przekazanie go mamie. A przecież niemowlę może płakać z wielu powodów – potrzeby bliskości, dyskomfortu, nadmiaru bodźców, dolegliwości fizycznych a nawet nudy! O ile więc mamy pewność, że dziecko nie jest głodne (tzn. niedawno było karmione i, co ważniejsze, nie sygnalizuje głodu przez np. szukanie piersi, wykonywanie ustami ruchów przypominających ssanie czy mlaskanie, próby ssania kocyka, palca itd.) – płacz dziecka może ukoić równie dobrze tata, o ile tylko zechce podjąć wyzwanie i nie zniechęci się ewentualnymi porażkami. Bądźmy szczerzy – dziecko nie przychodzi na świat z instrukcją obsługi, trzeba czasu, żeby nauczyć się je rozumieć i odpowiednio interpretować jego potrzeby. I zasada ta dotyczy zarówno mamy, jak i ojca dziecka. Choć nieustannie powtarza się hasła o tym, jak to matki najlepiej rozumieją dzieci, to każda z nas (czyż nie?) miała w swoim życiu momenty, kiedy na usta cisnęło się rozedrgane od emocji „o co ci chodzi, mały kosmito?”. A skoro nawet my, rodzicielki, karmicielki, pierwsze piastunki, nie zawsze rozumiemy nasze dzieci, to dajmy szansę wykazać się ojcom. Przyznajmy się przed nimi, że i nam nie zawsze wychodzi. I nam nie zawsze (a raczej prawie nigdy) dziecko usypia po jednej kołysance. I nam wrzeszczy czasem przy zmianie pieluchy. I nam potrafi się prężyć na rękach, kiedy nie domyślimy się, że woli być bujane ruchem góra-dół, a nie lewo-prawo. Przyznanie się do tych problemów, wypowiedzenie tych słów zamiast wiecznego „jest ok” i „dam sobie radę”, zrezygnowanie z pouczania i życzliwych sugestii, ugryzienie się w język, kiedy na usta ciśnie się „źle to robisz”, to jest wyzwanie dla mam!

Daleka jestem od twierdzenia, że zadaniem matki jest aktywizowanie ojca i wciąganie go w opiekę nad dzieckiem. On sam powinien chcieć się zaktywizować. On sam powinien mieć taką potrzebę. To w końcu jego dziecko, tak samo, jak i jej. Nazbyt często jednak my, matki, mamy tendencję do wyręczania ojców, stopowania ich zapędów, gaszenia dobrych intencji przez branie na siebie wszystkich zabiegów pielęgnacyjnych, całej niemal opieki nad maluchem. Tacie pozwalamy się czasem z dzieckiem pobawić, a i to pod naszym czujnym, kontrolującym okiem. Czy aby nie za mocno ciągnie za tę rączkę? Czy na pewno da sobie radę z założeniem tego sweterka? A czy mu wody do ucha w kąpieli nie naleje? Świrujemy z troski, która pewnie wynika z instynktu każącego nam chronić i bronić dziecko przed złem całego świata. Tylko, że tutaj nie ma przed czym go bronić. Nie ma zagrożenia. Przecież to jest ten facet, którego świadomie wybrałyśmy na swojego partnera, na ojca swojego potomstwa. Ten sam, który głaskał nas po rosnącym brzuchu przez kolejne miesiące ciąży, biegał w nocy po śledzia i dżem malinowy, trzymał za rękę w czasie porodu, spędził dziesięć godzin wybierając najbezpieczniejszy fotelik samochodowy dla malucha. Jasne, że będzie się zajmował maleństwem inaczej niż my, ale to nie znaczy, że gorzej. Wręcz przeciwnie – jego „inne” sposoby na zabawianie, usypianie, uspokajanie dziecka to dla malucha bonus, urozmaicenie codzienności, szansa na odkrycie różnorodności otaczającego świata. Kluczowe jest jedno – zaufanie do partnera, który przecież (a zakładam, że jesteśmy w zdrowej, normalnej rodzinie) to dziecko kocha tak samo jak my. I chce dla niego tak samo dobrze. Więc kiedy nasz maluszek bawi się z tatą i zaczyna płakać, nie rzucajmy się jak oszalałe na ratunek, pozwólmy mu samemu rozwiązać sytuację, uspokoić dziecko, zabawić je w sposób, który uzna za słuszny. To ważny sygnał zarówno dla naszego partnera (ufam ci, wiem, że potrafisz), ale i dla naszego dziecka, które uczy się, że i u taty można znaleźć ukojenie, ciepło, bezpieczeństwo.

tata i niemowlę

Mówimy, że mamie jest łatwiej budować więź, bo jest z dzieckiem cały dzień, a tacie trudniej, bo wraca po pracy na kilka godzin. Ale pamiętajmy, że liczy się nie tyle ilość, co jakość wspólnie spędzonego czasu. Tak, to prawda, mama ma do dyspozycji więcej czasu w towarzystwie malucha, ale wypełniają go też obowiązki domowe – gotowanie, sprzątanie, pranie, prasowanie i co tam sobie wymyślicie. Przez – załóżmy – dziewięć godzin nieobecności taty nie zajmuje się tylko dzieckiem czy dziećmi. Powracający z pracy ojciec, jeśli zechce skupić swoją uwagę na potomku, może z łatwością nadrobić stracony czas, o ile skoncentruje się na tworzeniu więzi emocjonalnej, a nie tylko „zajmowaniu się” nim. Trzeba tu jasno powiedzieć, że jest różnica między pilnowaniem dziecka, a byciem z dzieckiem. W tym pierwszym przypadku po prostu nadzorujemy, żeby maluch nie zrobił sobie krzywdy, reagujemy na płacz, zaspokajamy podstawowe potrzeby (zmiana pieluchy, karmienie), ale to wszystko może się dziać gdzieś na marginesie uwagi, pomiędzy telefonem, telewizorem, odbieganiem myślami w zupełnie innym kierunku. W tym drugim uwaga skupia się na dziecku, na tu i teraz, na byciu z nim, interakcji, zabawie. Na spędzaniu wspólnego czasu tak, żeby obie strony czerpały z tego satysfakcję i radość. Żeby zbliżały się do siebie. Kilka lat temu w Wielkiej Brytanii przebadano ponad 1700 rodzin, mierząc czas spędzony przez ojców z dziećmi. Panowie deklarowali, że swoim pociechom poświęcają ponad pół godziny dziennie, co – przyznacie – nie jest jakoś wybitnie imponujące, choć i tak jest to wynik znacznie lepszy niż choćby w latach siedemdziesiątych (w 1974 roku było to średnio 5 minut dziennie…). Kiedy jednak naukowcy, za pomocą mikrofonów i kamer skrupulatnie zmierzyli czas, w którym panowie nie robili NIC innego niż interakcja z dzieckiem, uzyskali wynik zupełnie inny. Ledwie 40 sekund dziennie poświęconych własnemu dziecku i tylko dziecku. Tak, tak, nie przywidziało wam się. 40 sekund. I choć głęboko wierzę, że w większości domów sytuacja wygląda znacznie lepiej, a tendencja jest jednak taka, że tatusiowie są coraz bardziej aktywni i świadomi, to liczba ta może szokować. Na pewno szokuje mnie.

Uzasadniając swój brak czasu dla dzieci, ojcowie najczęściej zasłaniają się nadmiarem pracy, przemęczeniem, stresem. A ja wam mówię – pożałujecie tego! Jest taki okres w życiu dziecka, którego nie da się odzyskać. Z dnia na dzień ta mała bezradna kukiełka owinięta w kocyk zmienia się z rezolutnego małego człowieka z własnym zdaniem i własnymi preferencjami. Założenie – nadal niestety bardzo popularne – że bobasem zajmuje się mama, a tata wkracza później, żeby puszczać latawce i rozmawiać o świecie, jest nie tylko niemądre, ale też bardzo niebezpieczne dla całokształtu relacji ojciec-dziecko. Jeśli na początku wspólnej drogi nie znajdziecie siły i czasu dla malucha, odsuniecie od siebie te wszystkie „niemęskie” zajęcia, jak przewijania, kąpiele czy czesanie warkoczy, nie zaangażujecie się w budowę podstaw waszej relacji, to możecie się potem gorzko rozczarować. Za kilka lat, kiedy uznacie, że czas wkroczyć i pokazać, na co was stać, kiedy przyjdzie czas na „męskie” atrakcje, wasze dziecko może się okazać zupełnie niezainteresowane. Ani tymi atrakcjami, ani – co gorsza – wami i waszym towarzystwem. I zapewniam was, że naprawienie tego, może się okazać znacznie trudniejsze niż noce spędzone na tuleniu ząbkującego niemowlaka.

Reklamy