Szkocja to była dla mnie jedna z najbardziej pamiętnych wycieczek. Niesamowity klimat, tajemnicze krajobrazy, rozbrajający akcent i kilka ciekawych przygód – w głowie aż roi się od migawek. Czwartkowym wehikułem czasu zabieram was na wycieczkę, na której nie byłam wprawdzie pilotem, a opiekunem młodzieżowej grupy. O szkockim furiacie, nieokiełznanej Glen Affric i niespodziewanych przeszkodach na drodze… – wskakujcie!

Zagubieni w Edynburgu

Wszystko układało się bardzo dobrze. Aż za dobrze, powiedziałabym. I to powinno było wzbudzić naszą czujność! Edynburg nas oczarował – piękna zabudowa, imponujący zamek, sympatyczni, pełni werwy ludzie. Do tego ulice kipiące energią z uwagi na trwający właśnie festiwal teatralny, na który zjeżdżają artyści i widzowie z całego świata. W tym wszystkim my – czterdziestka kochanych, ale szalonych małolatów i czteroosobowa kadra zarządzająca tym bałaganem. Ukoronowaniem całego dnia spędzonego na poznawaniu miasta była atrakcja wyjątkowa –Military Tattoo, czyli pokaz orkiestr wojskowych z całego świata. Pfff… orkiestry wojskowe powiecie, wyobrażając sobie wąsatych Zenków dmuchających w trąbki w rytmie umpapa. Wielka mi atrakcja. A ja wam mówię, że wielka. Feeria barw i dźwięków, różnorodność instrumentów i choreografii, puzonista na rowerze, płonące bębny, pałeczki do werbli w roli fletów, wirujące tancerki, morska bitwa, muzyczne żarty i parodie, a wszystko to zamknięte w prawie dwugodzinny show, w czasie którego co rusz musisz sobie przypominać, że przecież trzeba oddychać. A kiedy na koniec, w zapadającym zmroku na zamkowych murach pojawia się kobziarz w kilcie ze swoją pożegnalną pieśnią, nawet twardziele zaczynają coś podejrzanie szybko mrugać.

Po zakończeniu koncertu pulsujemy pozytywną energią, zamkowy dziedziniec opuszczamy marszowym krokiem w rytm wyznaczany przez naszego pilota. Jest późno, dawno już po dobranocce, więc tym bardziej cieszymy się, że sprawnie udaje nam się przedostać na drugą stronę rzeki na miejsce spotkania z autokarem. No tak… Autokar. Ale gdzie właściwie jest nasz autokar? Dzwonimy do kierowców i okazuje się, że mają taki jeden, malutki problem. A w zasadzie to duży, bo właśnie odkryli, że parking, na którym się zatrzymali został zamknięty na kłódkę. Z nimi w środku… Nic to dla nas – nadal niesiony marszowym rytmem pilot wykonuje kilka telefonów i już po chwili nasz wehikuł zostaje uwolniony i już, już po nas podjeżdża. Owo „już’ zaczyna się jednak niepokojąco wydłużać. A im bardziej się wydłuża, tym bardziej nasza młodzież – początkowo pełna werwy i entuzjazmu – zaczyna marzyć o ciepłych łóżkach i miękkich poduszkach. I w dodatku zaczyna padać… My, wychowawcy, zajmujemy się podtrzymywaniem na duchu tych, którzy już w myślach widzą nas nocujących na edynburskiej ulicy, a pilot stara się ustalić, co właściwie się dzieje. A dzieje się tyle, że na drodze między nami a naszym autokarem stoi dosyć skomplikowane rondo. I im bardziej kierowcy chcą skręcić w prawo, tym bardziej nawigacja każe im skręcać w lewo. Wcześniej przećwiczyli wprawdzie tę trasę pod okiem naszego pilota, który dokładnie pokazał, jak oszukać system i skręcić tam, gdzie sobie życzymy, ale w walce ze szkockim ruchem ulicznym kierowcy najwyraźniej stracili głowę. Minuty płyną, a my ciągle czekamy. „W prawo macie skręcić, w prawo tam, gdzie pokazywałem” – tłumaczy z anielską cierpliwością pilot, ale chyba i on już wie, że bardziej w prawo się nie da. Ostatecznie kierowcy parkują gdzieś w pobliżu i jeden z nich przybywa po nas PIESZO, żeby doprowadzić całą grupę do autokaru. Widok tego biedaka mknącego do nas w padającym deszczu dziwnym sposobem podnosi na duchu grupę, na twarzach pojawiają się uśmiechy. Jeszcze tylko krótki, na szczęście naprawdę krótki spacer po nocnym Edynburgu, i w ciepłym wnętrzu grzejemy nasze zmarznięte… hmm… nogi. A potem hotel i do spania.

Furiat z Falkirk

A o tym hotelu można by napisać tomy! Generalnie w czasie trwania edynburskiego festiwalu o zakwaterowanie w mieście nie jest łatwo, więc decydujemy się na nocleg w okolicy z dobrym dojazdem. I tak oto pewnego dnia trafiamy do TEGO hotelu. Warunki są skromne, chociaż w sumie przyzwoite. Czysto, ciepło, wygodne łóżka. Dla większości pokoi wspólne łazienki w korytarzach, co dla młodzieży nie stanowi żadnego problemu. Niektórzy szczęśliwcy mają nawet prywatną łazienkę w pokoju. Łazieneczkę raczej, bo pomieszczenie ma takie rozmiary, że słuchawka prysznicowa umieszczona jest niemal bezpośrednio nad sedesem. Szkoci są podobno oszczędni – może to oszczędność czasu i wody? 😉

Ale największą „atrakcją” hotelu okazuje się jego szalony manager. Jest tuż przed 22, kiedy naskakuje na dwie z naszych małych turystek, oskarżając je o hałasowanie na korytarzu. Bezpodstawnie zresztą, bo hałasowaniem zajmowali się zupełnie inni mieszkańcy. Zestresowane dziewczynki przychodzą więc do nas, a my postanawiamy sprawę wyjaśnić. Pilot z wychowawcą udają się więc na rozmowę do biura pana managera. Pukają, pukają, pukają… Bez odpowiedzi. Ponieważ jednak drzwi się uchylone, decydują się zajrzeć do środka. I tutaj popełniają błąd! Otwierają wrota piekieł… Tudum…(złowieszcze trąby…) Pan przypominający aparycją skrzyżowanie haggisa z serem pleśniowym, i o zbliżonym zapachu zresztą, zaczyna karczemną awanturę o hałasy, które rzekomo powodujemy. I choć jego krzyki na pewno obudziły już wszystkich hotelowych gości, to my jesteśmy winni wszelkich nieszczęść świata, włącznie pewnie z brexitem, który wydarzy się dopiero za kilka lat. Próby uspokojenia sprawiają, że jegomość nakręca się coraz bardziej, a im bardziej jest nakręcony, tym bardziej domaga się, żebyśmy już teraz natychmiast pakowali walizki i wy… z jego hotelu. No ale nie po to mamy pilota-dyplomatę, żeby się w środku nocy przeprowadzać. Pana udaje się jakoś okiełznać, choć chyba tylko święty Walenty – patron chorych psychicznie! Tak, właśnie tak! – wie, jakim cudem. Na ukojenie nerwów serwujemy sobie pysznego trifle, a nasze biuro jeszcze tej samej nocy wystosowuje pismo ze skargą do centrali sieci, do której należy nasz hotel. I wiecie co? Następnego dnia nasz furiat wita nas serdecznym uśmiechem od ucha do ucha i osobiście wręcza każdemu przygotowany dla grupy lunchpakiet, utwierdzając nas w przekonaniu, że słowo pisane ma jednak magiczną moc.

Glen Affric – dolina, która robi nas w…

Nasza szkocka trasa obfituje w malownicze, niepowtarzalne miejsca. Są zamki, jeziora, owiane mgłą ruiny, lasy, góry, a nawet palmy! Jest też jedna dolina, obok której nie da się przejść obojętnie. Dolina kwitnąca wrzosem, szumiąca rzeką. Bzycząca! Za każdym razem próbujemy się na nią przygotować i za każdym razem płata nam figle, a kolejne grupy wracają z niej zachwycone, choć często liżą rany przez kilka dni… Debiutanci w jej serce wjechali naszym wielkim autokarem, a potem pieszo wyruszyli na spacer wśród wrzosów. Pośród traw nazbierali kosze grzybów, z których niektóre miały średnicę ludzkiej głowy (serio!), dzięki czemu następnego dnia nasz ośrodek pachniał pyszną jajecznicą z grzybkami. Ta sama grupa jednak odkryła, że jest chyba jeden mały powód, dla którego lokalni niechętnie zapuszczają się na spacery w te okolice. Jeden bardzo mały powód. Meszki. Tysiące, dziesiątki tysięcy małych owadów, które brzęczą dookoła ciebie, wchodzą w nos i uszy, a nawet na język. Niby wiedzieli o tym wcześniej, niby ktoś tam nawet się popsikał jakimś preparatem, ale chyba nikt nie spodziewał się takiej skali ataku. Kierowcy autokaru także. Kiedy grupa wraca do pojazdu, jego szyby są obklejone czarnym paskudztwem. Obklejone od środka… Zanim ruszymy w drogę, każdy pieczołowicie tłucze kapciem czy gazetą owady w okolicy swojego fotela. I tak przez znaczną część drogi do ośrodka…

Nauczeni doświadczeniem, drugą grupę przygotowujemy na starcie życia. My kontra owady – ostatnia bitwa! Grupa ma duże poczucie humoru, urządzają więc konkurs na najbardziej efektowny strój antymeszkowy. Są maski z firanek, skafandry z folii spożywczej, hełmy z folii aluminiowej a nawet czapa pszczelarza przywieziona z Polski specjalnie na tę okazję. I co? I pstro. Na wrzosowiskach Glen Affric na grupę czeka piękne słońce, pachnący fioletowy dywan i… ani jednego owada! Najlepiej przygotowana okazuje się jednak nasza, młodzieżowa grupa. Grupa numer trzy. Zamiast inwestować w kosmiczne stroje, zaopatrujemy się w preparaty owadobójcze. I tak oto wędrujemy ścieżkami wijącymi się między krzewami wrzosu… Opowieści pilota przerywa co chwilę sugestywne „psik, psik”, kiedy kolejny uczestnik zwiększa szczelność swojej antymeszkowej tarczy dodatkową dawką Offa. Co jakiś czas dołącza także głośne „plaaask” zniecierpliwionego człowieczka, który metodami bardziej tradycyjnymi postanowił pozbyć się robactwa na twarzy własnej lub plecach kolegi. I tak idziemy: psikamy, odganiamy, klepiemy się po różnych częściach ciała. Z daleka, rzekłbyś, grupa wariatów. Z bliska w sumie podobnie 🙂 I choć meszki okazują się upierdliwe, to dolina oczarowuje nas wszystkich swoimi barwami, klimatem, tajemniczością. A na pożegnanie śpiewamy jej za kabaretem Potem „Nie dla muchy nasze mury, Nasza miłość do natury, Mucha to jest zwierzę głupie, Co siada na kupie…”

Szkockie migawki

Nasza Szkocja to także niezapomniane migawki, utrwalon gdzieś na szybko, w przelocie, w czasie przemierzania zielonych bezdroży wyżyn Highlands. To nasz pilot i dwaj uczestnicy wycieczki paradujący w szkockich kiltach po miasteczku Stirling z imponującym monumentem Williama Wallace`a, na widok których Szkoci uśmiechają się radośnie. To krowy tarasujące drogę tak, że nie możemy przejechać i spędzamy dobrych kilkanaście minut tkwiąc w środku niczego, chłonąc otaczające nas krajobrazy i wyśpiewując monumentalne „Glen Coe”. To dziewczynki zagubione w katedrze w Yorku, które od razu po wejściu skierowały się do sklepiku z pamiątkami, żeby odkryć, że nie ma stamtąd drogi powrotnej… „Panie Maćku, bo my nie możemy do was wrócić!” – słyszymy w telefonie i od razu wiemy dobrze, którym to z naszych sierotek – zawsze tym samym! – przydarzyła się taka wpadka. I ruszamy na ratunek oczywiście. To w końcu także sweter, który niechcący wyruszył z nami w podróż… Znaleziony przy wyjściu z malowniczego Eilean Donan Castle zostaje przygarnięty przez naszego pilota, który zakłada – nauczony doświadczeniem – że na pewno zgubił go ktoś z naszych roztargnionych dzieciaków. Nie pierwszy i nie ostatni raz – wszak mieliśmy już akcję poszukiwana telefonu, ładowarek, pluszowego misia, kosmetyczki i ręcznika. Raz nawet całą torbę udało im się zgubić, więc wiadomo. Sweter wędruje z nami do autokaru, zajmuje miejsce i… Przypominamy sobie o nim po dobrych kilkudziesięciu kilometrach, ale wtedy okazuje się, że jednak nie należy do nikogo z naszej grupy. Czyli jednak kradzież… Polski łupieżca na szkockiej ziemi kradnie zielone pulowerki. Na szczęście droga powrotna przypada nam mniej więcej w okolicach zamku i jest okazja, żeby zagarnięty nieopatrznie łup oddać. Chociaż mina pani w kasie, której tłumaczymy, że nadłożyliśmy ponad 30 kilometrów tylko po to, żeby oddać sweter, którego właściciela nie znamy i w zasadzie nie wiemy, gdzie go znaleźć, dobitnie pokazuje, że chyba nie do końca wszystko u nas w porządku.

Ale Szkocja to jeszcze, a może przede wszystkim, niezapomniani ludzie, których można by wpisać do muzeum turystycznych osobliwości. To Romeo Długodystansowiec, Mroczny Przybysz i pewna Dziewczynka o Bardzo Kręconych Włosach. I jeszcze prąd, którego nie było, i spacer drwala, i niespodziewanie krótki rejs po jeziorze. Ale wiecie co? O tym, to wam opowiem innym razem…

PS. Moja robota skończona. Teraz pora na was! Jeśli spodobał wam się tekst, polubcie go lub udostępnijcie. Będzie nas więcej!

Reklamy