Nazwijmy ją Ania. Ma nieco ponad dwadzieścia lat, kiedy dowiaduje się, że jest w ciąży. Koleżanki żyją swoim życiem. Pieluszki, łóżeczka niemowlęce, szkoły rodzenia to nie jest ich świat, nie ich tematy. Szuka więc sobie nowego towarzystwa, kobiet, które przeżywają to samo, mają podobne potrzeby i wątpliwości. W internecie znajduje zamkniętą grupę, w której czuje się rozumiana, lubiana. Z nowymi koleżankami wymienia się sposobami na zgagę, opiniami o szpitalach, suplementach dla mam i najładniejszych imionach dla dziewczynki. Dostaje wsparcie, którego potrzebuje. Kiedy w końcu rodzi dziecko, swoim szczęściem chce się podzielić z nowymi koleżankami. Wrzuca fotkę maleństwa, które pozdrawia wszystkie „ciocie”. Niesiona euforią dzieli się też filmem z porodu. Kilka dni później ktoś życzliwy wynosi film daleko poza granice grupy, a ona z rozpaczą patrzy, jak jej najbardziej intymne chwile stają się obiektami niewybrednych żartów i ataków internetowych hejterów. Biedna dziewczyna – mówią jedni. Sama sobie winna – krzyczą inni. Gdzieś pośrodku nich wszystkich tkwi ona, nasza Ania. Wściekła na wszystkich poza sobą samą.

*   *   *

Wraz z rozwojem i upowszechnieniem mediów społecznościowych przyszło nam po raz kolejny zdefiniować granice prywatności. Do sieci wrzucamy wszystko – swoje przemyślenia, zdjęcia, filmy. W zamkniętych (albo i otwartych) grupach dzielimy się problemami wychowawczymi, prosimy o rady dotyczące umeblowania mieszkania, szukamy wsparcia w związkowych problemach. Informujemy znajomych, gdzie jesteśmy, co jemy, ile kilometrów przebiegliśmy wczoraj oraz jakie buty właśnie mierzymy. Często idziemy nawet dalej – pytamy innych mam, czy kupka ich dziecka jest tak samo zielona, a brzuch w 23 tygodniu ciąży równie duży. Całkiem niedawno głośno było o blogerce, która wrzuciła na swój profil zdjęcie z porodu z dopiero co urodzonym dzieckiem. Oburzeni i obrzydzeni podnieśli larum, że nie życzą sobie takich widoków przy śniadaniu. Zachwyceni i wyzwoleni przekonywali, że to przecież sama natura, samo piękno. Granice. Każdy ma swoje, każdy ma inne. Warto byłoby to uszanować. Warto byłoby zrozumieć, że to, co dla mnie niedopuszczalne, dla kogoś innego może być w pełni naturalne. I w drugą stronę – co dla mnie w pełni akceptowalne, dla kogoś może być grubą przesadą. Bo prosta prawda jest taka – że do oglądania, podglądania, dzielenia się nikt nas nie zmusza. To nasz i tylko nasz wybór, czy i co będziemy czytać, lajkować, udostępniać. Na tablicy czy w przeglądarce jest tyle treści, że wystarczy dla każdego. Nie podoba się, jeden ruch kciukiem i po sprawie. Widzisz to, co chcesz. Nie widzisz tego, co narusza twoje zasady dobrego smaku.

Nic mi do tego, co ktoś publikuje. Nie razi mnie, gdy Ania wrzuca fyfnaste zdjęcie swojego kotleta mielonego, Kasia osiemdziesiąt osiem fotek kaktusa, a Józek filmik o przewracających się kotkach. Tak samo nie oburza mnie, że czyjś noworodek jest oklejony mazią, a dwulatek innego ma gluta pod nosem (choć tutaj dochodzi jeszcze kwestia prywatności tych dzieci…). Ja mam swoje granice, oni mają swoje. Ale pozostaje kwestia ŚWIADOMOŚCI i ODPOWIEDZIALNOŚCI za udostępniane treści. Aż dziw, że nie wszyscy jeszcze zrozumieli podstawową zasadę – materiał wrzucony do sieci zaczyna żyć swoim życiem, a my tracimy nad nim kontrolę. Ktoś poda go dalej, ktoś polubi, udostępni. Ktoś inny wyśmieje i skrytykuje. Ktoś jeszcze powie ci, żeś bezwstydny idiota i bezguście, bo wrzuciłeś zdjęcie koronkowych gaci kupionych w prezencie walentynkowym dla ukochanej. Jeśli decydujesz się coś upublicznić, musisz się liczyć z tym ryzykiem. Zanim opublikujesz, zadaj sobie pytanie, czy jesteś na to gotowy. Czy twoja skóra jest wystarczająco gruba? I czy w ogóle chcesz się narażać na niewybredne komentarze?

I jeszcze jedno – łatwość dostępu do mediów społecznościowych i ich interaktywność sprawiają, że działamy pod wpływem impulsu. Dzieje się coś, co nas porusza, jest dla nas ważne. Są emocje, jest adrenalina. Czujemy potrzebę podzielenia się tym wszystkim, a często pod ręką nie mamy nikogo, kto mógłby nas posłuchać. Czasem też nasza własna, bliska publiczność, nam nie wystarcza. Chcemy, żeby wszyscy zachwycili się naszym skarbkiem, informujemy cały świat, że jesteśmy w ciąży, liczymy lajki pod zdjęciem w nowej fryzurze. Szukamy poklasku. Szukamy akceptacji. To tylko chwila – klikamy „opublikuj” i… I czasem szybko zaczynamy tego żałować. Jeśli ktoś publikuje kontrowersyjne w powszechnym odczuciu treści w sposób świadomy, jeśli przemyślał i zdefiniował własne granice prywatności, to nic mi do tego. Nawet jeśli jego granice są daleeeeeeko poza moimi. Gorzej, jeśli ktoś nie pomyśli, ulegnie impulsowi i emocjom, a potem nie potrafi pogodzić się z konsekwencjami. Jeśli szuka winy w innych, którzy źle zareagowali, źle wykorzystali, źle zinterpretowali, zamiast zastanowić się nad sobą i wziąć na klatę własną wpadkę. To jedyna droga, żeby jej nie powtórzyć. Żeby następnym razem zastanowić się przez dłuższą chwilę PRZED kliknięciem „udostępnij” a nie kilka dni PO, kiedy konsekwencji nie da się cofnąć.

I jeszcze jedno. Żałujemy czasem ludzi, których naiwność w ten sposób wykorzystano. Współczujemy im, bo po prostu nie przewidzieli, że sprawy mogą się wymknąć spod kontroli. Ale czy aby nie za bardzo usprawiedliwiamy taką lekkomyślność? Czy zamiast obwiniać hejterów i cwaniaków, przez których wrażliwe treści „wyciekają” i padają łupem szerszej, często bezwzględnej publiczności, nie powinniśmy jednak skupić się na uświadamianiu, na edukowaniu, na powtarzaniu po raz setny, że może nie wszystko nadaje się do wrzucenia do sieci. Że może nie wszystkim warto się dzielić. Że anonimowość w internecie jest złudna, a nieżyczliwym daje poczucie bezkarności. Że za brak wyobraźni trzeba płacić. Przecież gdzieś są granice nie tylko prywatności, ale też naiwności!

Pamiętacie naszą Anię? Tę od porodowego filmiku? Ona istnieje naprawdę, choć nosi inne imię. A jeśli jest wam jej żal, bo przecież chciała tylko podzielić się swoim szczęściem ze swoimi internetowymi przyjaciółkami, to weźcie pod uwagę jeszcze jeden, malutki szczególik. Prywatna grupa, na którą wrzuciła swój film, liczy jedenaście TYSIĘCY członków…

 

PS. Jeśli spodobał Ci się ten tekst, polub go lub udostępnij. Będzie nas więcej!

Reklamy