Szkocja! Dokładnie tydzień temu zabrałam was na wycieczkę do krainy mglistych wzgórz i tajemniczych zamków. I choć we wspominkowym szaleństwie z czasów, gdy matka nie była jeszcze matką, rozpisałam się aż nadto, nie udało mi się zamknąć wszystkich wątków w jednym wpisie. A więc wracamy, bo dzisiaj czeka na nas galeria pozytywnie zakręconych postaci, które Szkocję odwiedziły razem z nami: Romeo Długodystansowiec, Mroczny Przybysz i Dziewczynka o Bardzo Kręconych Włosach. A na koniec dowiecie się, jak poderwać dziewczynę za pomocą konara i kupy kamieni.

Romeo długodystansowiec

Wyjeżdżając na obozy młodzieżowe staramy się zawsze jako kadra zapewnić bezpieczeństwo naszym podopiecznym, nie psując jednak zabawy przesadną dyscypliną. Sprawę ułatwia na pewno fakt, że większość dzieciaków jeździ z nami od lat, więc wiemy, czego się po nich spodziewać. Właśnie dlatego na naszych obozach nie ma czegoś takiego jak cisza nocna. Zasada jest prosta – o godzinie 22 każdy powinien być w swoim domku (chłopcy w swoich, dziewczyny w swoich), ale to, kiedy znajdzie się w swoim łóżku i pójdzie spać, zupełnie nas nie interesuje tak długo, jak na porannej zbiórce pojawi się punktualnie, a inni goście hotelu czy ośrodka nie skarżą się na hałasy. Taka metoda zwykle sprawdza się bardzo dobrze, choć akurat w Szkocji – czy to ze względu na niesamowite okoliczności przyrody, czy to na romantyczno-szekspirowski klimat po wizycie w Stratfordzie – znalazł się śmiałek, który postanowił uskuteczniać wycieczki pod osłoną nocy.

I tak oto w czasie niespodziewanego dobranocnego obchodu wychowawcy ujawniają w jednym z domków nieobecność naszego Romea, skądinąd przesympatycznego chłopaka, który swoim urokiem osobistym mógłby obdzielić jeszcze ze trzy osoby. Nie trzeba być Sherlockiem Holmesem, żeby wiedzieć gdzie go szukać, jako że zupełnie niedaleko, po sąsiedzku wręcz, mieszka jego własna, prywatna Julia. Szybka wizyta i rzeczywiście, Romeo otoczony wianuszkiem dziewcząt siedzi w salonie na gościnnych występach i bynajmniej nie wygląda na skruszonego. Pod skrzydłami opiekunów wraca więc do swojego pokoju, a w zgodzie z obowiązującymi zasadami następnego dnia ma być w łóżku o 22. Taka kara. Ale, jak się zapewne domyślacie, taka przeszkoda nie powstrzyma Romea, a jego łóżko w porze godziny policyjnej świeci pustkami. Nie tylko łóżko zresztą, bo nie ma go wcale w domku. Wychowawczy patrol ponownie puka więc do Julii, ale zanim wejdzie do środka sprytnie rozdziela się na dwa jednoosobowe oddziały. Strategia sprawdza się doskonale – wprawdzie Julia doskonale gra swoją rolę i zapewnia, że w domku są tylko ona i koleżanki, ale Romeo ulatniający się przez okno tarasowe wpada prosto w sidła! Nie z nami takie numery! Komisyjnie ustalamy, że amant jest zdecydowanie zbyt żywotny i ma zdecydowanie za dużo energii życiowej. Zamiast zaostrzania godziny policyjnej, bo przecież nikt z nas nie jest tak naiwny, żeby uwierzyć, że jutro położymy go do łóżka o 21, postanawiamy więc sprawić, że sam nie będzie miał ochoty ruszać ręką ani nogą. Ma pecha, bidulek, bo w kadrze akurat trenerka fitness i wielbiciel sportów i kulturystyki. W ramach rozładowywania nadmiaru sił zaczyna się więc wieczorny fitness – jogging połączony z pompkami na rozgrzewkę. Romeo początkowo dziarsko i z szerokim uśmiechem bryka dookoła wielkiego klombu – szacun! ma chłopak kondycję! – ale w końcu ileż można… Po dobrych kilkunastu okrążeniach i kilkudziesięciu pompkach dochodzimy do konsensusu, że czas skończyć z nocnymi wędrówkami i iść spać. Następnego dnia w porze wieczornego obchodu Romeo integruje się w swoim domku ze swoimi kolegami i wszyscy są w doskonałych nastrojach. My też, bo polowanie na młodocianych amantów to nie jest nasza ulubiona nocna rozrywka.

Mroczny Przybysz

Nocne rozrywki miał za to kolejny wyjątkowy uczestnik naszej wycieczki, który przechodził akurat fazę fascynacji wszystkim, co mroczne, czarne, przerażające i groźne. Taki straszny dwunastolatek o pucołowatych policzkach. Na pewno znacie ten typ. Ubrany zawsze na czarno, unikający słońca i światła, w dwójce mieszkał sam, bo jego współlokator wolał kanapę w jasnym salonie niż łóżko w pokoju, w którym zasłony musiały być obowiązkowo zasłonięte przez całą dobę. Ponieważ Mroczny był w gruncie rzeczy miłym chłopcem, a przy okazji jednym z najmłodszych uczestników, grupa żywiła do niego szczególny rodzaj sympatii, a starsi traktowali trochę jak obozową maskotkę. Nas Mroczny Przybysz pisał też wtedy książkę, o której chętnie opowiadał zainteresowanym osobom, a że nie było ich wiele, to najczęściej opowiadał o niej mnie. W Szkocji towarzyszyły mi więc wilkołaki, strzygi i cały pokaźny i bardzo skomplikowany system innych potworów, w których relacjach pogubiłam się gdzieś po pięciu minutach, co opowiadaczowi zupełnie nie przeszkadzało.

Pewnego dnia, kiedy to program przewidywał odpoczynek w ośrodku, proponujemy naszej młodzieży pływanie łódkami i kajakami po pobliskim jeziorze, co wszyscy przyjmują z dużym entuzjazmem. Dla bezpieczeństwa dzielimy się na mniejsze grupy, ustalamy harmonogram i chwytamy za wiosła. Na ostatniej zmianie zgłasza się i zapisuje także nasz Mroczny z zastrzeżeniem jednak, że wody raczej się boi, więc chciałby koniecznie pływać w parze z wychowawcą i tylko z nim. Nie ma problemu – poczucie bezpieczeństwa najważniejsze. Przez cały dzień grupa czterdziestu nastolatków pływa łódkami i kajakami po jeziorze bez najmniejszego nawet incydentu. Po południu przychodzi w końcu ostatnia tura. Zamotany w kapok Mroczny Przybysz sadowi się w kajaku, dołącza do niego wychowawca, biorą wiosła w dłoń, jeden ruch i… widzimy nagle tylko dno kajaka. Tuż obok brzegu, w płytkiej jeszcze, ale zimnej – nie oszukujmy się, szkockie jeziora to nie francuska riwiera – wodzie stoją dwa przemoczone do suchej nitki nieszczęścia. Zapada cisza. Czekamy na atak histerii tego chłopaczka, co przecież jest mrocznym twardzielem, ale deklarował strach przed wodą. A on nagle zaczyna się śmiać. Po prostu śmiać. A razem z nim wszyscy obserwatorzy całej tej akcji. I tylko ubrania i buty suszymy przez kolejne kilka dni, bo szkocka pogoda zupełnie nam w tym nie pomaga.

Dziewczynka o Bardzo Kręconych Włosach

Kiedy byłam jako mała dziewczynka na swoim pierwszym obozie, przywiozłam sobie do domu pamiątkę – paskudną jak nieszczęście ozdobę z muszelek. I jeszcze coś – moja koleżanka z namiotu podarowała mi w pakiecie z bransoletką najlepsiejszych przyjaciółek także wszy. Tak, wszy, takie małe robaczki, które świetnie czują się we włosach i chętnie hopsają na głowy tych, którzy nieświadomie podejdą odpowiednio blisko. Nie ma się co oburzać! Takie rzeczy się zdarzają w dziecięcych towarzystwach. Do dziś pamiętam, jak mama specjalnym gęstym grzebieniem wyczesywała mi włosy, I to był chyba jedyny raz, kiedy cieszyłam się, że mam takie cieniutkie, delikatniutkie kitki. Zupełnie inne włosy miała jedna z naszych uczestniczek: długie, piękne, gęste, kręcone. I wiecie co? Ona też – jak się okazało – dostała niechcianych lokatorów. W prezencie od młodszego brata, który tuż przed jej wyjazdem wrócił z kolonii.

I tak oto pewnego pięknego wieczoru nasza bohaterka puka do domku kadry z informacją, że coś jest chyba nie teges, bo jakby ją swędzi głowa. Komisyjne badanie nie przynosi rezultatów – ustalamy, że ma nowy szampon i może po prostu jest uczulona, więc nie podejmujemy żadnych kroków. Następnego dnia jednak wszystko jest jasne. Druga kobietka w naszej kadrze od razu zaznacza, że od wszelkich robaków trzyma się z daleka, więc wątpliwej atrakcyjności misja przypada mnie – szybka wyprawa do apteki i tak oto, w samym sercu szkockiej krainy wzgórz i jezior, przeczesuję grzebieniem loki, których nie powstydziłaby się sama Merida. Bardzo kudłata księżniczka! Na całe szczęście przesympatyczna dziewczynka nie przejmuje się zupełnie całą sytuacją, traktując ją tak, jak należy – z poczuciem humoru i nastawieniem, że takie rzeczy się zdarzają. Ale dlaczego muszą się zdarzać na mojej zmianie, to już nie wiem. Zanim uda mi się doprowadzić bujną czuprynę do porządku, mijają dobre trzy godziny, a ja przez cały ten czas słucham radosnej i pełnej werwy opowieści o szkole, koleżankach, rodzinie bliższej i dalszej, i jeszcze dalszej, a w końcu o wszystkich znajomych i znajomych znajomych królika. Mała gadułka nawija bez przerwy, robiąc pauzy tylko na złapanie oddechu. Kiedy docieramy do końca mieni mi się w oczach i w uszach, ale nie mogę się nie uśmiechnąć na widok jej zadartego noska i dołeczków w policzkach, kiedy dziękuje mi za misję ratunkową. Wracam do domku, a po drodze spotykam koleżankę naszej małej agentki.

Pani Ewelino, coś mnie głowa swędzi – mówi do mnie z niewinnym uśmiechem, a ja już wiem…

Morsy

Poza swym pięknem i niesamowitym położeniem ośrodek, w którym zamieszkaliśmy przez kilka niezapomnianych dni zaskoczył nas nietypowymi rozwiązaniami w zakresie dostarczania energii elektrycznej. Nasze pierwsze grupy odkryły ze zdziwieniem, że, aby żarówki zaświeciły, lodówka zaczęła działać a bojler podgrzewać wodę do kąpieli, trzeba do małego automaciku zamontowanego na ścianie wrzucić odpowiednią dawkę monet. Taki sprytny mechanizm prepaid, który pozwala kontrolować swoje wydatki. Kiedy wróciliśmy z kolejnymi grupami, okazało się, że system się zmienił – rachunek za prąd opłacało się dopiero na koniec pobytu, ale tuż po przyjeździe należało przestawić na tryb „włączony” przełączniki odpowiedzialne za poszczególne linie elektryczne – lampy, sprzęty kuchenne, RTV i podgrzewacz wody w łazience. Kilkakrotnie przypominaliśmy o tym naszym dzieciakom, tym co bardziej zagubionym sami przestawiliśmy odpowiednie przyciski. Nikt nie zgłaszał zastrzeżeń. Nikt nie miał problemów. Przez cały tydzień, dzień w dzień odwiedzaliśmy domki, żeby upewnić się, że wszystko i wszędzie jest ok, ze szczególnym uwzględnieniem naszych najmłodszych żuczków, jako że to im zdarzało się przyjść na zbiórkę w kapciach albo bluzie od piżamy. Okazało się jednak, że sierotki mieszkały tam, gdzie się tego zupełnie nie spodziewaliśmy. Kiedy w ostatnim dniu pobytu, tuż przed wyjazdem, dostaliśmy rachunki za prąd, okazało się, że jeden dziewczęcy domek ma zdecydowanie niższe zużycie niż wszystkie pozostałe. Niższe o ponad 50%. Zaskoczeni postanowiliśmy przeprowadzić małe śledztwo.

Dziewczynki, jak to się dzieje, że zużyłyście tak mało prądu? Przy świeczkach siedziałyście czy co?
Nie! Skąd! – deklarują sierotki. – Kuchenki używałyśmy, piekarnika, zmywarki. Telewizor oglądałyśmy. W ogóle super jest ten domek, cały ośrodek jest świetny. Tylko bez sensu, że wody ciepłej nie ma. No ale jak Szkoci lubią się hartować, to my też możemy.
Zaraz, zaraz… Jak to nie ma ciepłej wody? To jak wy się myłyście przez ten tydzień?
Normalnie. W zimnej. A jak było za zimno, albo włosy do umycia, to sobie grzałyśmy w czajniku i płukałyśmy w misce. Jak na obozie harcerskim – śmieją się małe wariatki i w sumie nie przestają się śmiać nawet wtedy, kiedy pokazujemy im w łazience taki mały przełącznik, dzięki któremu – cud nad cudy! – pod prysznicem zaczyna płynąć ciepła woda. Nie słuchały w autobusie, nie pomyślały, że coś jest nie tak, nie chciały zawracać głowy taką drobnostką. Tydzień kąpieli w wodzie o temperaturze górskiego strumyka potraktowały jako przygodę dodającą smaczku szkockiej przygodzie. A zaoszczędzone funty zawsze można wydać na coś znacznie ciekawszego.

Spacerując z drwalem

Szkocja zachwyca nie tylko pięknymi krajobrazami i skomplikowaną historią, ale także fascynującym folkorem, którego część stanowią słynne Highland games, czyli zawody, które odbywają się wiosną i latem w całym kraju. Zmagania obejmują cały szereg oryginalnych konkurencji, jak rzut siedmiometrowym pniakiem, rzut ciężarkiem ponad poprzeczką, rzut szkockim młotem czy przeciąganie liny, a wszystko to w oprawie kraciastych kiltów, ludowych tańców i koncertów dudziarzy. Kalendarz imprez nie jest stały, więc trzeba mieć sporo szczęścia, żeby trafić na takie wydarzenie w okolicy. Jednej z naszych grup się udało i liczyliśmy na to, że i młodzież pójdzie w jej ślady. Niestety, pod tym względem fortuna nam nie sprzyjała, ale nie zrażeni tym postanowiliśmy sami sobie zorganizować szkockie zawody. Dwa dni przed wyjazdem, kiedy nasza grupa dzielnie pływała po jeziorze pod okiem części kadry, ja i pilot imprezy udaliśmy się więc po oprzyrządowanie niezbędne do organizacji zmagań. W okolicznych lasach udało nam się znaleźć odpowiedni konar, mniejszy wprawdzie niż regulaminowe siedem metrów, bo dostosowany do wieku i wagi naszych podopiecznych, oraz zgromadzić całą kupę kamieni.

I tak sobie stoimy pośród lasów, przed nami krzaki i błotnista droga. Dumni z siebie, że mamy już wszystko, co konieczne, uprzytamniamy sobie, że jednakowoż trzeba teraz te klamoty, ciężkie i nieporęczne jak diabli, dostarczyć jakoś do naszego ośrodka. A droga wcale niebliska, a w dodatku górzysta jak piorun. I oto ruszamy, dwie sieroty z wizją dostarczenia rozrywki naszej gawiedzi. On dźwiga kłodę, ja plecak wypakowany kamorami, które z każdym krokiem ciążą mi coraz bardziej. Noga za nogą, noga za nogą. Najpierw energicznie dyskutujemy o planie zawodów, konkurencjach, sposobie oceniania wyników i wszystkich tych rzeczach, które wtedy wydają nam się niebywale istotne. Ale w miarę upływu czasu, wraz z potem spływającym po plecach, entuzjazm jakby zaczyna opadać. Przynajmniej mój. Kamienie stają się coraz cięższe, plecak coraz bardziej niewygodny. W połowie drogi mam ochotę rzucić go w pioruny w najbliższe krzaki – się nam szkockich zawodów zachciało! – ale powstrzymuje mnie po pierwsze myśl o radości, jaką możemy sprawić dzieciakom, po drugie niegasnący entuzjazm naszego pilota i nadzieja, że będę mogła pooglądać jego popisy w kilcie. W końcu docieramy do ośrodka i zrzucamy ładunek pod naszym domkiem. Dyskretnie rozmasowuję obolałe i posiniaczone ramiona. Rozentuzjazmowane dzieciaki pojawiają się gdzieś na horyzoncie i właśnie wtedy… dokładnie wtedy… zaczyna lać jak z cebra. I taka pogoda utrzyma się przez kolejne dwa dni, kiedy tylko przestajemy zwiedzać okolicę i zjawiamy się w ośrodku. Nasze szkockie zawody nigdy się nie odbędą, ale wiecie co? Absolutnie nie żałuję tamtej poszukiwawczej misji. Rok później o tej porze ten sam facet, który zmusił mnie do noszenia na plecach kilkunastu kilogramów kamieni, będzie już moim mężem. Podryw w szkockim stylu na miarę Williama Wallace`a.

I to by było na tyle. O Szkocji można by pisać i pisać, bo każdy dzień tam to kolejne barwne migawki, kolejne piękne momenty. Jeśli mieliście okazję odwiedzić ten kraj, podzielcie się swoimi wspomnieniami w komentarzach. Jeśli jeszcze tam nie byliście, koniecznie się wybierzcie. Nie będziecie żałować!

A pierwszą część szkockiej opowieści możecie poczytać TUTAJ.

Reklamy