Jeśli by stworzyć listę tematów najbardziej konfliktogennych w macierzyńskim świecie, to w bezwzględnej czołówce znalazłoby się karmienie piersią. Wystarczy na dowolnej mamusiowej grupie zacząć rozmowę na ten temat, żeby po chwili zaczęły się przepychanki, wyzywanie od złych matek, idiotek, egoistek, ekoświrusek, laktoterrorystek.  Paradoks taki – coś, co wydaje się najbardziej naturalną czynnością w relacjach matka-dziecko w naszych czasach zaczyna budzić kontrowersje. Łatwa dostępność mleka modyfikowanego i jego szeroko zakrojona reklama, sprawiają, że młode kobiety już na starcie zastanawiają się, jaki rodzaj karmienia wybrać. To, co kiedyś było wyjściem awaryjnym, dziś uzyskuje status pełnoprawnej alternatywy. Sama jestem tu dobrym przykładem, bo w pierwszej ciąży zakładałam, że będę karmić piersią tylko sześć miesięcy (wtedy było to dla mnie „AŻ sześć miesięcy”), bo autentycznie uwierzyłam, że mleko modyfikowane następne zapewni mojemu maluchowi to, czego ja sama nie mogę mu dać. Wiecie, te wszystkie żelaza, kwasy, magiczne substancje aktywne i wszystkie inne cuda na kiju, które zmienią moją córkę w baletnicę a syna w alpinistę. Na szczęście mój mały ssak zadecydował zupełnie inaczej i zupełnie nie miał ochoty na zakończenie naszej mlecznej drogi, a ja sama w międzyczasie zdążyłam się dokształcić w tym zakresie. Dowiedzieć się, że sztuczna mieszanka jest produktem stworzonym jako produkt zastępczy dla tych dzieci, które z jakiegoś powodu nie mogą być karmione mlekiem matki. Substytut nie ekwiwalent. Takie są suche fakty. Mleko mamy jest lepsze od mleka modyfikowanego.

Zwykle po takim zdaniu zaczyna się burza – kobiety, które z takich czy innych powodów piersią nie karmiły czy nie karmią, złoszczą się, że uważa się je za gorsze matki, oskarża o egoizm, krytykuje i próbuje naprowadzać na właściwą drogę. Tym, którym karmienie piersią nie wyszło mimo wielki starań, jest zwyczajnie przykro i często mają poczucie porażki, z którym trudno sobie poradzić. Krytyczne uwagi o karmieniu sztucznym odbierają jako atak na siebie same, na swoje macierzyństwo. Słyszą „mleko sztuczne jest gorsze niż mleko matki”, a rozumieją „Ty jesteś gorsza niż mama karmiąca piersią”. To boli, to musi boleć. I zachęca do kontrataku przeciw tym wszystkim zwolennikom i promotorom laktoterroru. Drogie mamy NIE karmiące piersią, ja was naprawdę rozumiem. Szanuję wasze decyzje, jakiekolwiek by one nie były. Nic mi do nich. Nie wiem, dlaczego zrezygnowałyście z kp i nie oczekuję tłumaczeń. Wiem, że Wasze sukcesy laktacyjne mogą być zupełnie inne od moich. Wiem, że kp może się nie udać z mnóstwa powodów, często mimo starań, nie z Waszej winy. Uważam, że macie prawo same zdecydować. Że nie musicie się nikomu tłumaczyć. Że nikt nie może Was zmuszać do działania wbrew sobie. Ale może i Wy zróbcie krok w tył, weźcie głęboki oddech i postarajcie się zobaczyć, usłyszeć, zrozumieć, że stwierdzenie przewagi mleka kobiecego nad mlekiem modyfikowanym to nie zamach na Was i Waszą wolność, to nie terror laktacyjny, tylko fakt potwierdzony naukowo. A propagowanie kp to nie atak na Wasze prawo do samostanowienia, ale wyraz troski o dzieci. Także Wasze dzieci.

Kiedy słyszę hasło „terror laktacyjny” w odniesieniu do sytuacji w Polsce, to chce mi się śmiać, choć jest to śmiech przez łzy. Nie przeczę, są kobiety, które mają przykre doświadczenia szpitalne, bo czuły się zmuszane do karmienia piersią, krytykowane za odmowę, atakowane itd. Wiemy wszyscy, że część personelu szpitalnego ma braki w zakresie wiedzy laktacyjnej, a i z poziomem empatii bywa różnie. Ale osobiste, jednostkowe doświadczenie a szeroka perspektywa to dwie oddzielne kwestie. Na początek ustalmy więc fakty. Zalecenia WHO są jasne – 6 miesięcy wyłącznego KP, a dalej – wraz z rozszerzeniem diety – kp do drugiego roku życia i dłużej, jeśli dziecko i mama mają na to ochotę. Takie jest żywienie najlepsze dla dziecka zgodnie z naukową wiedzą na dziś. Tymczasem w Polsce – w tym kraju prowadzącym rzekomo terror laktacyjny – mamy karmiące piersią dłużej niż 6 miesięcy, już nie mówiąc o dzieciach rocznych czy dwulatkach, są w znacznej mniejszości. Według raportu dotyczącego Karmienia Piersią w Polsce 2015 KLIK  wyniki podane przez GUS w 2014 roku (zebrane od lekarzy POZ, populacja 360 195 dzieci urodzonych w 2013 roku) są następujące:
w 6 tygodniu piersią karmi 46%  mam
w 2-6 mc piersią karmi 42%  mam
w 9 mc piersią karmi 17 % mam
w 12 mc piersią karmi 11,9 % mam
Co ważne – grupa ta obejmuje dzieci karmione piersią w jakikolwiek sposób, a więc także te dokarmiane mieszanką! Dla dzieci karmionych wyłącznie piersią (a przypomnijmy – takie są zalecenia WHO do 6 miesiąca życia) dysponujemy jedynie badaniami lokalnymi. Wynika z nich, że:
– w 4 mc – karmionych piersią jest 59% dzieci, ale wyłącznie już tylko 30%
– w 6 mc – karmionych piersią jest 68,6% dzieci, ale wyłącznie tylko 3,7%
Nieco lepiej sytuacja wygląda w rejonach, gdzie prowadzone były specjalne programy promujące karmienie piersią tworzone i realizowane przez certyfikowanych doradców laktacyjnych: w kujawsko-pomorskim w 6 mc – 14% dzieci karmionych wyłącznie piersią  a w Gdańsku: w 2 mc  karmi 87%, wyłącznie 72%; w 4 mc karmi 81%, wyłącznie 67%; a w 6 mc karmi 67%, wyłącznie 33%.
Czy te dane, suche liczby, nie robią na Was wrażenia? Na mnie robią…

Nie wnikam w niczyje wybory. Przykro mi, że niektóre kobiety mają trudne doświadczenia szpitalne, a namawianie do karmienia piersią odbierają jako opresyjne, czy to z powodu subiektywnej wizji czy też rzeczywistej pozbawionej empatii postawy personelu. Ale znów – jednostkowe doświadczenie nie musi oddawać sytuacji rzeczywistej – a badania dowodzą, że w szpitalach nagminnie dokarmia się dzieci, które tego nie potrzebują, nagminnie podaje się mieszankę bez pytania o zgodę mam, a czasem nawet wbrew ich woli, nagminnie brakuje solidnej i darmowej porady laktacyjnej. To ma być terror laktacyjny?  A przecież to wszystko przekłada się na fakt, że, choć ponad 90% mam podejmuje karmienie piersią i deklaruje chęć jego kontynuowania, to średnia jego długość wynosi 4,8 miesiąca,  a najwięcej matek rezygnuje z karmienia już w 2-3 miesiącu. Bo choć podanie raz czy dwa mleka modyfikowanego w szpitalu wydawać się może nieznaczącym epizodem, to badania pokazują, że ma ogromne znaczenie dla laktacyjnej przyszłości maluszka – pisała o tym Hafija KLIK:  podawanie dzieciom mieszanki zwiększa dwukrotnie ryzyko tego, że dziecko nie będzie karmione wyłącznie piersią między 30-60 dniem życia oraz trzykrotnie zwiększa ryzyko tego, że dziecko przestanie być karmione piersią przed 60 dniem życia.
Każde dokarmienie dziecka może okazać się problematyczne, bo początek laktacyjnej drogi jest bardzo ważny i łatwo go zakłócić. W rozbujaniu laktacji czynny udział bierze maluch, a to, co odbieramy często jako wiszenie na piersi „wygłodzonego” noworodka, jest jego sposobem na zaprogramowanie fabryki produkującej mleko, zasygnalizowanie swoich potrzeb. Jeśli na tym etapie damy dziecku butelkę, jest spora szansa, że organizm mamy nie otrzyma właściwych sygnałów, a w dodatku dziecko może sobie wyrobić nieodpowiednie nawyki (picie mleka z butelki to zupełnie inny mechanizm niż ssanie sutka). Więc tak – każda z nas ma swój rozum i każda może podejmować decyzje. Pytanie, czy decyzje te są świadome i bazują na rzetelnej wiedzy, bo czasem to, co wydaje nam się dobrym rozwiązaniem, może być zagrożeniem, z którego nie zdajemy sobie sprawy. Moja starsza córka też była w szpitalu dokarmiona mlekiem sztucznym, bo NIE wiedziałam, że jej „wiszenie na piesi” to normalna rzecz, że szukanie piersi nie musi wynikać z głodu, a w pierwszych dniach dziecku wystarczy ilość mleka, która nam wydaje się zaledwie kilkoma kroplami. Jasne, to mój błąd, bo mogłam się wcześniej dokształcić. Ale było, jak było – nie wiedziałam i żałuję, że nikt mi nie powiedział, a zamiast tego po prostu dał dziecku butelkę. Rolą personelu medycznego zajmującego się noworodkami i ich mamami jest pomoc i uświadomienie kobietom tych nieoczywistych zagrożeń, ale w taki sposób, żeby promocja karmienia naturalnego nie była odbierana jako laktoterror.

Jak możesz dawać dziecku proszek zamiast piersi, Ty egoistko leniwa!, Nie dajesz dziecku tego, co najlepsze – przykro jest usłyszeć takie zdania. Ale tak samo przykro jest, kiedy ktoś ci mówi: Pokarm masz za chudy, butelkę daj, co dziecko głodzisz!, To ty dalej karmisz? To już chyba tylko dla siebie, Po szóstym miesiącu to już tylko woda albo Takie duże dziecko karmić to jakieś chore jest. No i te cycki wywalać tak ostentacyjnie na ulicy, kto to widział. Ale nie o samo karmienie piersią tu chodzi, znacznie więcej można by dodać.  Nie noś, bo się przyzwyczai. Nie odkładaj, boś zimna suka. W chustę źle motasz, w wózku źle wozisz. A mojej ciotki szwagierka to miała taki wózek i jej koło pękło i dziecko wypadło. A ty taki sam kupiłaś, idiotko. Do żłobka dziecko oddałaś, serca nie masz. Ale jak to po roku dalej w domu siedzisz, męczennica jesteś! Ale że w ciąży korale nosisz na szyi? Przecież Kowalska też nosiła, a potem jej się dziecko pępowiną owinęło. Wszystko jej wina! Ale jak to znieczulenie? Przecież ma boleć! Nie wiesz, co to poród prawdziwy. Ale i tak dobrze, że nie cesarka, bo wiadomo, że to już w ogóle nie poród. A najlepiej to z delfinami rodzić na końcu tęczy.

Nie chcę tu generalizować, bo przecież są i pozytywne wyjątki, ale my, matki, jesteśmy dla siebie okropne – zamiast solidarności, zrozumienia i wsparcia wieczne spory, krytyka i ataki. Ciągle udowadniamy innym i sobie, że nasza racja najlepsza, że nasze wybory najbardziej trafione. Że my nasze dziecko to jednak bardziej kochamy… A swój grosik dokładają do tego i inni, nie-mamy wcale, ale za to eksperci od dzieci, co na każdym kroku się czają i obserwują nasze wybory, nasze decyzje. I zawsze wiedzą lepiej. I zawsze się swoją wiedzą podzielą, choćbyś ich o zdanie nie pytał. Choćbyś im jasno powiedział, że cię ich zdanie nie interesuje. I tak sobie myślę, że kiedy sąsiadka ci powie, że co z ciebie za matka, co karmić piersią nie chce, to nie jest wcale terror laktacyjny. Bo ta sama sąsiadka powie mi za chwilę, że kto to widział tak długo karmić. A tej z trzeciego piętra każe zawiązać czerwoną kokardkę na wózku, żeby jej dziecka ktoś nie zauroczył. A tamtej z dołu się dostanie, bo maluch bez czapki, choć trzydzieści stopni na dworze. Tak naprawdę, to nie jest żaden laktoterror. To raczej matkoterror, jakaś chora fala okołomacierzyńskiego hejtu, braku zrozumienia i szacunku dla wyborów innej kobiety, innej mamy. To pokłosie postawy pod hasłem „ja wiem najlepiej i zaraz cię oświecę”, z której rodzą się te wszystkie awantury i spory, które utrudniają i tak już trudne zadanie, jakim jest urodzenie i wychowywanie małego człowieka. Kiedy rodzisz dziecko, nagle wszyscy – rzekomo w trosce o nowego członka społeczeństwa –  czują, że mają prawo Cię oceniać, podpowiadać, doradzać. Decydować za Ciebie. Krytykować tam, gdzie pozwolisz sobie mieć własne, odmienne zdanie. Grać Ci na nerwach, które i tak masz w strzępach po paśmie nieprzespanych nocy i kolek. Wymądrzać się i serwować wiedzę często nieaktualną już dwadzieścia lat temu. Dla dobra Twojego i Twojego dziecka, a tak naprawdę dla poprawy własnego samopoczucia. A prawda jest prosta –  wszystkim nam przydałoby się więcej tolerancji, taktu i nie wciskania nosa w nie swoje sprawy. Tylko tyle i aż tyle.

Reklamy