Dziś czwartek, a to oznacza powrót do czasów przedmatkowych – wehikułem czasu zabieram was do malowniczej Norwegii, gdzie pojechałam z grupą tym razem nie w roli pilota, a wychowawcy obozowego. Będzie o sąsiedzie rajdowcu, jeździe na wstecznym, norweskim znaczeniu słowa „niedaleko” i spacerze do lodowca. Wskakujcie!

Do Norwegii wyruszyliśmy znowu ekipą złożoną z dużej grupy młodzieży wzbogaconej o kilkunastu zaprawionych w bojach dorosłych. Plan był ambitny: Oslo, Lillehammer, Kraina Gigantów – Jotunheimen, malownicze Bergen, piękne fiordy, Jostedalsbreen, czyli największy lodowiec w kontynentalnej Europie, a w końcu także legendarna Kazalnica. Zapowiadały się dwa tygodnie pełne emocji i tak rzeczywiście było!

Sąsiad na wagę złota

Zanim dotarliśmy do kraju, w którym za mleko przyszło nam płacić 10 pln a za piwo 33 pln, co skutecznie zniechęciło naszych małoletnich obozowiczów do głupich pomysłów, trzeba było całą ekipą wyjechać z Łodzi i dotrzeć na prom na czas. A właśnie z tym czasem nie było wcale tak różowo…

Spóźnialscy na zbiórce sprawiają, że mamy mały poślizg już na starcie. W końcu jednak udaje się wyjechać. Nie mija kwadrans, kiedy okazuje się, że dwie siostry na wycieczkę wybrały się bez dokumentów, bez aparatów i bez jedzenia na drogę. Słowem – zostawiły całą torbę podręczną w samochodzie odwożącego ich na zbiórkę sąsiada… I żeby nie było – przed wyjazdem dokładnie sprawdziliśmy, czy wszyscy obozowicze mają przy sobie dowody osobiste lub paszporty. I czy te dokumenty należą do nich, bo kiedyś już mieliśmy turystkę, która w połowie drogi do Francji zorientowała się, że ma paszport siostry… Nie przyszło nam jednak do głowy, żeby dokumenty sprawdzić odpowiedzialnym skądinąd dorosłym uczestnikom naszej wyprawy. Błąd amatorów, przyznaję. Cóż robić? Czekać nie możemy. Zawrócić tym bardziej, bo prom odpłynie bez nas i cała impreza weźmie w łeb. Po gorączkowych naradach i burzy mózgów znajdujemy rozwiązanie: dzielny sąsiad rusza w pościg za naszym autokarem i obiecuje przeciąć nam drogę w ustalonym miejscu. Jedziemy więc przed siebie, modląc się, żeby jego nie pierwszej młodości pojazd oraz schorowane serce wytrzymały trudny wyścigu. Docieramy w końcu do miejsca spotkania, ale okazuje się, że… jest puste. Czekamy kilka, kilkanaście minut, wykorzystując okazję na dodatkową przerwę na siusiu. Próbujemy się skontaktować – telefon milczy. Mamy już odjeżdżać, kiedy na parking obok nas z piskiem opon wjeżdża sfatygowany wehikuł. Wysiadam, przejmuję w biegu torbę.
– Wszystko u Pana dobrze? – pytam, widząc spoconą, rozgrzaną buzię mocno już wiekowego jegomościa.
– Żartuje Pani?!? Takie emocje to ja miałem ostatnio na poligonie czterdzieści lat temu! Aż się chce żyć!

Papo Smerfie, daleko jeszcze?

Po przeprawie promowej i zameldowaniu się po drugiej stronie Bałtyku ruszyliśmy na podbój Norwegii i przyznam się, że niewiele miejsc, jakie widziałam, zrobiło na mnie takie wrażenie. Fascynujące i zaskakujące atrakcjami Oslo, sielskie Lillehammer, imponująca Kraina Gigantów, którą przemierzaliśmy przy dźwiękach Griega – to są obrazy, które na zawsze zapisują się w duszy! W końcu zameldowaliśmy się w ośrodku, którego położenie w pobliżu Sognefjorden (drugi pod względem długości fiord na świecie!) sprawiło, że opadły nam kopary! A kiedy zobaczyliśmy, jak wyglądają tradycyjne norweskie hytty, czyli domki letniskowe, w których mieliśmy zamieszkać, po prostu zabrakło nam słów.

Okolica zdecydowanie zachęcała do spacerów, więc następnego dnia, który w założeniu miał być wypoczynkowy, zupełnie spontanicznie wybieramy się na grupowy spacer. Trasę poleca nam właściciel ośrodka, według którego powinna nam ona zająć jakieś 2-3 godziny. Dostajemy w rękę mapę, na której widać niezbyt dużą pętlę po okolicznych wzniesieniach, i ruszamy. Najpierw przez okoliczną wioskę, obok urokliwego drewnianego kościółka z cmentarzem, potem jakiś mostek i ścieżka pnąca się zboczem. Dookoła zapierające dech w piersiach widoki, imponujący fiord, zieleń i błękit migoczący w promieniach słońca. Droga prowadzi coraz wyżej i wyżej. Robi się też coraz bardziej stromo, co nie odbiera entuzjazmu grupie. Mijają dwie godziny, mijają dwie i pół a droga nadal biegnie w górę!!!

„Daleko jeszcze, Papo Smerfie?” – zaczynają dowcipkować niektórzy z obozowiczów. Problem w tym, że Papa Smerf sam nie zna odpowiedzi na to pytanie! Spotykamy w końcu parę schodzącą ze szczytu, na który zmierzamy. Zapytani o to, jak daleko jesteśmy od celu, rzucają „niedaleko, jakiś kwadrans!”, co zdecydowanie podnosi nas na duchu. Idziemy dalej z nową werwą, ale mija kwadrans, mija pół godziny, a szczytu ani widu, ani słychu. Jedna z uczestniczek zgłasza, że nie da rady dalej się wspinać i źle się czuje, więc podejmujemy decyzję, żeby wracać, ale grupa bardzo, bardzo nie chce kończyć przygody. Zabieram więc bidulkę w drogę powrotną, a reszta ekipy pod wodzą drugiego opiekuna dalej szuka legendarnego szczytu. Podczas gdy ja przez bite 45 minut drogi powrotnej słucham opowieści o kotkach, których nasza obozowiczka jest wielką fanką, grupa brnie dalej przed siebie. Jedną półkulą mózgu rejestruję szczegóły kociej hodowli, karmy, sierści, przygód miłosnych, piłowania pazurów i innych równie fascynujących dla laika detali, drugą skupiam się na trasie i jednocześnie martwię o frakcję wspinaczkową. W końcu odprowadzam młodą do domku – sygnalizowana wcześniej niedyspozycja zniknęła, prawdopodobnie zabił ją wywód o kociej genealogii. Po jakimś czasie zaczyna padać deszcz, a ja na serio zaczynam się martwić. Leje już solidnie, kiedy cała ekipa wraca do ośrodka. Przemoczeni do szpiku kości ale promieniejący uśmiechami już z daleka. Udało się! Sukces! Cała wyprawa zajęła nam jedyne pięć i pół godziny. Jak się okazuje, norweskie poczucie czasu i odległości znacząco różni się od polskiego.

To wy dojechaliście aż do mostu?!?

Organizując wyprawę do Norwegii, dużą uwagę przyłożyliśmy do zaplanowania tras przejazdów, biorąc pod uwagę niezliczone przeprawy promowe, mosty, drogi okraszone serpentynami. Zdecydowaliśmy się także umieścić w programie przejazd najpiękniejszą trasą kolejki wąskotorowej na świecie, przez wiszące mosty, góry i ściany wodospadów. Plan był taki, że autokarem dojedziemy do jednej stacji końcowej, wsiądziemy do pociągu, a z autokarem spotkamy się w na drugim końcu trasy. Niejaka Helena z biura informacji turystycznej zapewniła nas, że taka opcja jest jak najbardziej możliwa do realizacji, więc byliśmy spokojni. A jednak nasza Helena okazał się być koniem trojańskim, który storpedował nasze plany równie skutecznie, co widowiskowo.

Tak więc przychodzi dzień wycieczki, a my ruszamy drogą prowadzącą do stacji końcowej kolejki. Droga jest malownicza, kręta i dosyć wąska. Wymaga dużych umiejętności, ale nic to dla naszych kierowców. Z czasem jednak trasa, początkowo pozwalająca na minięcie się dwóch pojazdów, robi się coraz bardziej kręta i coraz węższa. Coraz bardziej stroma. Pewni siebie pniemy się jednak dalej – w końcu jak Helena mówi, że się da, to pewnie wie, co mówi. I tylko dziwią nas dosyć niepewne, a z czasem coraz bardziej zaszokowane miny mieszkańców tych nielicznych domków, które mijamy po drodze. Skała po jednej stronie drogi, fiord po drugiej. Widoki powalają. Z trudem przeciskamy się przez ostry zakręt, ocieramy się o gałęzie przydrożnych drzew. W końcu docieramy jednak do mostku, w który nie mamy szans się zmieścić. Mimo prób, kręcenia, kombinowania, nasz kilkunastometrowy autokar nie ma szans ustawić się w odpowiedniej pozycji. Stoimy, myślimy, mózgownice nam parują, ale cudotwórcami nie jesteśmy. Trzeba wracać, tylko że… łatwiej powiedzieć, gorzej zrobić, bo na zawrócenie nie ma tu absolutnie miejsca. Więc cofamy. Tą wąską, krętą, górską drogą cofamy dobre kilka kilometrów, modląc się, żeby nie napotkać na drodze jakiegoś innego pojazdu. W końcu przy jakiejś drewnianej chatce znajdujemy kawałek łąki, na której możemy z trudem się obrócić. Z domku nieśmiało wygląda miły starszy pan, nieźle zaskoczony naszymi manewrami. Wychodzi, zagaduje, kibicuje. Opowiadamy, jak to pokonał nas mostek, a on wybałusza oczy:
– To wy dojechaliście aż do mostu?!? To nowy rekord! – śmieje się wyraźnie zaszokowany, a potem informuje nas, że nawet lokalne, znacznie krótsze autobusy, zrezygnowały z przejazdów tą trasą.
Dalszy przejazd mija szybko i bezproblemowo – wiadomo, w końcu teraz jedziemy przodem… Grupa jest rozemocjonowana – autokarowa przygoda zatarła myśl o pociągu, na który nie dotarliśmy. Zresztą – co tu dużo mówić – wiele z planowanych atrakcji zobaczyliśmy z perspektywy drogi, a nie torów! Docieramy w końcu do punktu, gdzie nasza pociągowa wyprawa miała się skończyć i w bojowych nastrojach wyruszamy do informacji turystycznej, żeby wyjaśnić sprawę i domagać się zwrotu kosztu opłaconych biletów. Mamy przecież maile, mamy kwitki, mamy zapewnienia ich pracownicy. Tylko wiecie co? Okazuje się, że w biurze nie pracuje żadna Helena… W końcu udaje nam się uzyskać częściowy zwrot, ale do tej pory nie mamy zielonego pojęcia, co tam się właściwie wydarzyło. Pewnie norweskie trolle maczały w tym palce…

Przebiegły plan, który nie wypalił

Kiedy w obozowej grupie masz młodzież w wieku od 13 do 19 lat, musisz mieć świadomość, że może być trudno pogodzić oczekiwania, preferencje, ale też możliwości wszystkich uczestników. Trzeba czasem niezłego lawirowania, żeby ugasić w zarodku ewentualne konflikty i sprawić, żeby pobyt był dla wszystkich równie fajny. W przypadku wyprawy do Norwegii, która na niektórych etapach była dosyć wymagająca, sprawa komplikuje się jeszcze bardziej. Jednym z trudnych punktów na naszej trasie było podejście pod lodowiec Jostedalsbreen, do którego dopływa się najpierw motorówką, a potem kontynuuje szlakiem pieszym po polnych ścieżkach i wielkich kamieniach. Trasa do przejścia nawet dla dzieciaków, ale wymagająca pewnej ostrożności i zdrowego rozsądku. Wspomnienia mieliśmy pouczające, bo kilka lat wcześniej, jedna z naszych turystek uparła się, że na tę trasę pójdzie w sandałkach, choć pilot niezwykle intensywnie przekonywał ją do zmiany planów. Nic nie wskórał, pani się zaparła, a historia skończyła się złamaną nogą, brodzeniem w lodowatej wodzie i ratunkowym helikopterem…

Tak więc tym razem postanowiliśmy dmuchać na zimne. Ekipę podzieliliśmy na dwie grupki – pierwsze wyruszyły leniwce pod opieką jednego wychowawcy, ich śladem, ale z sporym odstępem czasu poszli wyrywni pod moją pieczą. Plan był prosty – ja hamuję nadmiernie śpieszących się, drugi wychowawca pośpiesza opieszałych, obie grupy wędrują swoim tempem i spotykają się pod czołem lodowca. Wszystko wydawało się iść dobrze – jakież więc było nasze zdziwienie, kiedy grupy nagle wpadły na siebie po przejściu zaledwie jednej trzeciej trasy… Okazało się, że na kiepsko oznakowanym rozwidleniu dróg nasza świetnie maszerująca grupa poszła łatwiejszym szlakiem rodzinnym, podczas gdy leniuszki z grupy drugiej wybrały znacznie trudniejszy szlak widokowy. Efekt finalny był taki, że nasz przemyślny plan spalił na panewce i większość trasy do czoła lodowca i tak przeszliśmy razem! Na szczęście dzieciaki stanęły na wysokości zadania i zachowywały się nad wyraz rozsądnie. Zresztą widoki dookoła były tak niesamowite, że chyba nikt nie miał czasu myśleć o głupotach!

Rozpisałam się, a został jeszcze niezły kawałek naszej podróży. Na pewno do niego wrócimy, bo przed nami piękne Bergen, malownicze Gullingen i przede wszystkim największy hit imprezy – wspinaczka na Kazalnicę. Koniecznie zajrzyjcie za tydzień!

PS. Moja robota skończona, teraz kolej na Ciebie! Jeśli spodobał Ci się tekst, polub go lub udostępnij. Będzie nas więcej, a mi będzie ogromnie miło!

Reklamy