Bycie mamą nauczyło mnie wielu rzeczy – siekania kapusty jedną ręką, jednoczesnego układania puzzli z jednym dzieckiem i skakania w klasy z drugim, wyczesywania plasteliny z dywanu, przyjmowania bez obrzydzenia podarków w postaci gila z nosa oraz odpowiadania uśmiechem na pytania o to, ile mi jeszcze zostało do zrzucenia, żeby wrócić do wagi sprzed ciąży. Ale poza tymi miękkimi kompetencjami, macierzyństwo chyba przede wszystkim nauczyło mnie pokory. Bo nie wszystko wiem najlepiej. Bo wielu rzeczy uczę się każdego dnia. Bo moje kolorowe wyobrażenia w kontakcie z szarą rzeczywistością często okazują się równie trwałe jak bańka mydlana.

Nauczyłam się też tego, żeby nie oceniać innych mam, innych wyborów, innych sposobów wychowania. Moje dziecko uczę zasady „nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe” i tym bardziej każdego dnia sama staram się do niej stosować. Więc tak, mam swoją wizję, dzielę się nią tutaj na blogu, ale nie uważam, że jest jedyną właściwą ścieżką wychowawczą. Nie odsądzam od czci i wiary tych kobiet, które dla siebie i swoich dzieci wybierają inne metody, inne zasady. Przeciwnie – zakładam (może naiwnie), że każda mama kocha swoje dziecko i chce dla niego jak najlepiej. Daję im wszystkim kredyt zaufania i już na starcie wierzę w ich dobre chęci. Z jednym wyjątkiem.

 

– W ciąży o siebie nie dbałam za bardzo, paliłam papierosy, czasem sobie walnęłam piwko. Niby mówią, że to szkodzi. Ale…hehe… kto by się takim gadaniem przejmował. Te wersje się tak zmieniają, że nie będę się katować bez sensu.
– Pozwalam się wypłakać mojemu noworodkowi. Czytałam badania, że to szkodzi, ale chyba ja lepiej znam swoje dziecko i widzę, że po tym wypłakiwaniu się uspokaja. I wszyscy zadowoleni.
– Jak mi się mały (5 mc.) budzi w nocy, to sadzam go w fotelik i puszczam mu kreskówki w telewizji. Najlepiej takie, co się w nich dużo dzieje – ruch, kolory, bo to mu się podoba. Pół godziny, góra godzina i sam zasypia.
– Moja córeczka ma 3 miesiące i zaczęłam jej dawać warzywka i rosołek. Tak, wiem, że zaleca się rozszerzanie diety później, ale zawsze się tak robiło i było dobrze.

 

Mówi się, że niewiedza nie może być usprawiedliwieniem. Ja się z tym do końca nie zgadzam, bo w zmieniającym się dynamicznie świecie wiedza aktualizuje się z dnia na dzień. Nie ze wszystkim można i da się być na bieżąco. Pewne – jak się okazuje – błędy popełniamy w dobrej wierze. Są rzeczy, o których nie zdążyłyśmy się dowiedzieć. Są takie, o których nawet nie wiedziałyśmy, że trzeba się dowiedzieć. Albo takie, których dowiadujemy się późno, czasem nawet zbyt późno, żeby coś zmienić. Jest jednak taka grupa mam, która szczególnie mnie przeraża. To mamy, które nie tłumaczą się niewiedzą. Mamy, które WIEDZĄ, ale z tej wiedzy nie korzystają. Z różnych powodów, których nie potrafię zrozumieć. Których nawet nie chcę rozumieć.

 

– Słyszałam o FAS, ale przecież nie potwierdzili, jaka dawka alkoholu jest bezpieczna dla dziecka. To jak sobie wypiję kieliszek wina trzy razy w tygodniu, to się nic nie stanie.
– Ortopeda kazał nam wyrzucić chodzik ze względu na plecy małego, ale zobacz, jak on słodko w nim wygląda.
– No wiem, że do roku niby się dzieciom nie daje soli, bo szkodzi na nerki. Ale to przecież smaku nie ma. Jak ja nie zjem, to on tym bardziej nie ruszy.

 

Nie oszukujmy się, każda z nas popełnia błędy. Każda czasem włączy kolejną bajkę dla świętego spokoju, gdy dokucza migrena. Da dodatkową czekoladkę, żeby dopić do końca tę kawę, pierwszą ciepłą w tym tygodniu, choć już piątek. Każda czasem powie coś, czego nie powinna, krzyknie nawet. Błędów czy wpadek nie da się uniknąć, ale warto z nich wyciągać wnioski. Pracować nad sobą, nad swoimi reakcjami i relacjami. Jest różnica między nieświadomą pomyłką, a świadomym powtarzaniem błędów, których konsekwencje ponosi dziecko. Jest różnica między jednorazową wpadką, a traktowaniem wpadki jako metody wychowawczej i sposobu na życie. Jest w końcu różnica między przyznaniem się do błędu i szukaniem lepszych rozwiązań, w tym także szukaniem pomocy, a przyznaniem się do błędu i cieszeniem się z niego. Chełpieniem się nim. Usprawiedliwianiem go tekstami typu „mam swój rozum i wiem lepiej niż jacyś naukowcy”, „każdy ma prawo do małych grzeszków” albo „bo ja taka wyluzowana matka jestem”. Obracanie w żart, bagatelizowanie, lekceważenie, duma ze swojej niepokorności a w końcu nawet wyśmiewanie tych matek wariatek, co to się każdą pierdołą przejmują, okazują się sposobami na przykrycie świadomych niekorzystnych dla dziecka wyborów, uspokojenie swojego sumienia, usprawiedliwienie lenistwa i sama nie wiem, czego jeszcze.

 

– Jestem złą matką, ale nie jestem w końcu aż taka zła. Przecież kocham tę moją księżniczkę najbardziej na świecie.
– Jestem złą matką, ale nie jestem w końcu aż taka zła. Bo przecież dbam o nie, zajmuję się nim.
– Jestem złą matką, ale nie jestem w końcu aż taka zła. Nigdy w życiu nie pozwoliłabym nikomu go skrzywdzić.

 

Kochasz, ale szkodzisz. Kochasz, ale lekceważysz jego ważne potrzeby. Kochasz, ale krzywdzisz. Mówisz mi, że jesteś złą matką i oczekujesz zaprzeczenia, aprobaty, uśmiechu czy poklepania po plecach. Ale – choć staram się nie oceniać Ciebie i Twoich decyzji – nie licz na takie reakcje. Mówisz mi – śmiejąc się! – że jesteś złą matką. I wiesz co? Obawiam się, że możesz mieć rację. Mówisz mi, że mimo wszystko dla swojego dziecka jesteś idealna. I wiesz co? Obawiam, się że tu też możesz mieć rację. Bo ono po prostu nie zna alternatywy. W końcu mówisz mi, że jesteś dla niego najlepsza, ale dobrze wiesz, że tak nie jest. Mogłabyś być lepsza. Gdybyś bycia złą matką nie utożsamiała z byciem cool mamuśką. Gdybyś wykorzystała swoją wiedzę, zamiast ją lekceważyć i wyśmiewać. Masz w głowie i w sercu kapitał. Wykorzystaj go! Dla swojego dziecka, swojego skarbu, mogłabyś naprawdę być najlepsza. Gdyby Ci się chciało.

Reklamy