Zgodnie z czwartkową tradycją, wehikuł czasu już na was czeka i znowu pędzi do Norwegii, bo w ostatniej opowieści z czasów, gdy matka nie była jeszcze matką, nie zdołałam zamknąć wszystkich niesamowitych miejsc i momentów naszej podróży. Jeśli nie czytałeś części pierwszej, możesz chcieć zajrzeć TUTAJ. Jeśli czytałeś, lecimy dalej 🙂

Po czterech nocach spędzonych nad urzekającym Sognefjorden musieliśmy się niestety pożegnać z naszymi uroczymi chatkami. Ośrodek opuszczaliśmy z poczuciem, że ciężko będzie o równie pięknie położone miejsce noclegowe w dalszej części trasy. Jak się okazało, i tutaj Norwegia potrafiła nas zaskoczyć.

Bez sensu to odludzie

Kiedy dotarliśmy do miasteczka Bergen od razu zrozumieliśmy, skąd bierze się zachwyt podróżników opisujących je jako stolicę fiordów. Kolorowe fasady domków odbijające się w wodach zatoki, zabytkowe budowle z kamienia i drewna, a do tego największy podobno w Europie targ rybny, na którym można było zobaczyć – i zjeść! – różne dziwne stworzenia. Przede wszystkim jednak zachwycił nas gwar, kolorowy tłum, jakaś niezwykła energia bijąca w centrum miasta. Aż chciało się tu zostać. Nic więc dziwnego, że, gdy po pełnym emocji dniu przyszedł czas na zakwaterowanie w schronisku młodzieżowym znajdującym się wcale nie w tym urokliwym centrum, grupa nie wydawała się zbyt zachwycona. No bo jak to tak? Na odludziu jakimś? To nie będzie nocnego spaceru po starówce? Nie będziemy chłonąć tamtych nadbrzeżnych wibracji? Rozczarowanie minęło jednak bardzo szybko, w zasadzie to minęło dokładnie w momencie, kiedy okazało się, że o dwa kroki od naszego schroniska jest taras widokowy. A z tego tarasu – w promieniach zachodzącego słońca – zobaczyliśmy taki widok…

Nie upłynęło dużo czasu, a okazało się, że widok jest wcale nie jedyną i może wcale nie największą zaletą naszego zakwaterowania. Bo wiecie, to schronisko od lat wybieramy dla naszych grup nieprzypadkowo. W tym schronisku spotykają się niesamowici ludzie, wędrowcy z całego świata. I obcowanie z nimi, przegadane wspólnie godziny, wymiana doświadczeń to jest coś, co warto przywieźć z podróży do Norwegii nie mniej niż zdjęcia fiordów.

Żeby ułatwić nawiązywanie znajomości nawet tym bardziej nieśmiałym obozowiczom, przygotowaliśmy dla nich zadanie językowe – formularz z mniej lub bardziej zabawnymi pytaniami, na które mieli znaleźć odpowiedzi wśród bywalców schroniska. W końcu nasz obóz nieprzypadkowo nosił etykietkę krajoznawczo-językowego! Nie przewidzieliśmy – jako kadra – tylko jednego: że nasze dzieciaki staną się bardzo, bardzo rozmowne. I choć zgodnie z umową mieli być w łóżkach o północy, to obchód o tej porze ujawnił, że w zasadzie pod kołderkami chrapie tylko kilku najmłodszych podróżników, podczas gdy reszta integruje się z towarzystwem z całej Europy, jeśli nie świata. I oto dylemat wychowawcy. Czy wykazać się konsekwencją i zagonić towarzystwo do pokoi, postraszyć konsekwencjami, wychodząc przy okazji na belfrów-sztywniaków? A może odpuścić, dać im się bawić, zwłaszcza że zachowują się wszyscy kulturalnie i żadnych skarg nie słychać? Na początku mamy bojowe zamiary, ale kiedy tak przez przeszklone drzwi patrzymy, jak się śmieją, dowcipkują, gadają (po angielsku!!!) jak najęci nawet ci, co normalnie siedzą w kątku i boją się wydusić z siebie proste zdanie, żeby tylko nie popełnić błędu, uznajemy, że są takie momenty, kiedy warto odpuścić. Kiedy wchodzimy do sali, głosy cichną. Oni dobrze wiedzą, że już dawno powinni spać, ale nie wiedzą, że nas to w tej chwili zupełnie nie obchodzi. Przypominamy więc tylko o godzinie jutrzejszej pobudki i wracamy do swoich spraw. Tak po prostu. Znamy te dzieciaki. Wiemy, że są odpowiedzialne. I wiecie co? Nazajutrz rano okazuje się, że się nie pomyliliśmy.

Z raju do… raju?!?

Pamiętacie nasz ośrodek nad Sognefjorned? Pamiętacie, jak się nim zachwycałam? Pokonując kolejne kilometry przez malownicze norweskie bezdroża, zaliczając kolejne przeprawy promowe, myślałam sobie, że tak dobrze to już nie będzie. Że te hytty, te widoki, ten fiord to coś niepowtarzalnego. Nie miałam racji! Kiedy zjawiliśmy się w Gullingen zachwyciły nas duże, drewniane, uroczo czerwone chaty, kryjące w sobie komfortowe wnętrze z kominkiem. Ale to nie domki były największą zaletą ośrodka, ale jego położenie, bo widok rozciągający się z tarasu okazał się idealnym rozpoczęciem każdego dnia, nawet jeśli pogoda – jak przystało na Norwegię – nie zawsze nas rozpieszczała. Jak się okazało, nie rozpieszczali nas też sąsiedzi…

Jest chyba drugi dzień naszego pobytu w małym norweskim raju, kiedy na recepcji wita nas zafrasowania mina pracownika, który wyraźnie nie ma dla nas dobrych nowin. Okazuje się, że jeden z gości – pewien wielce nerwowy Holender – bardzo skarży się na naszą hałasująca młodzież. Postanawiamy zbadać sprawę. Wystarczy jedno zdanie rzucone na forum grupy, żeby winowajcy z mocno skruszonymi minami przyznali się do zorganizowania nocnej imprezy pogaduchowo-gitarowej. Chłopcy deklarują, że sprawę załatwią sami i od razu biorą się do dzieła. Mamy szczęście, bo padło na bodaj najbardziej wygadanych i rezolutnych uczestników wyjazdu. Szczegółów nie słyszymy, bo chatka urażonych sąsiadów jest w sporej odległości, ale najwyraźniej urok osobisty naszych obozowiczów działa cuda, bo do końca naszego pobytu Holender i jego rodzinka na widok naszej grupy uśmiechają się promiennie, jak do najlepszych przyjaciół. Chłopaki, nie wiem, jak to zrobiliście, ale szacun dla was!

Spokój w raju zakłóca też nagłe pukanie do drzwi naszego kadrowego domku pewnego poranka.
Pani Ewelino, Panie Maćku, ja NIE chcę iść na ten spacer? My NIE chcemy iść – deklaruje energicznie jedna z naszych uczestniczek (pamiętacie Dziewczynkę z Bardzo Kręconymi Włosami ze Szkocji? To znowu ona… 🙂 ), wskazując na siebie i stojąca nieopodal koleżankę.
Patrzymy na siebie zdziwieni. Jaki spacer? O co w ogóle chodzi? Wprawdzie niedawno wyleźliśmy z piżam, ale głowy chyba pracują nam na tyle sprawnie, że nie zapomnieliśmy o jakimś punkcie programu.
Ale przecież dziś nie planowaliśmy spaceru? – próbujemy ostrożnie wybadać teren.
No ja wiem. Ale my się umówiłyśmy, ale to było niechcący, a przecież wcale nie chcemy i teraz nie wiemy, jak powiedzieć, że nie chcemy, żeby nie było niefajnie – Dziewczynka o Bardzo Kręconych Włosach wpada w właściwy sobie rytm opowieści, a my już wiemy, że jeśli jej nie powstrzymamy, to będzie długo i ze szczegółami. Trzeba szybko wyjaśnić sprawę.
I oto okazuje się, że nasza sierotka poprzedniego wieczoru przyszła do naszej chatki z jakimś zapytaniem, którego teraz już nie pamięta. Nie zastała nas jednak, za to drzwi otworzyła jej nasza turystka, bardzo pomocna i przesympatyczna, ale dosyć mocno niedosłysząca. Efekt rozmowy, której przebieg naprawdę trudno sobie wyobrazić, okazał się dość zaskakujący…
(Ja widzę to tak:
Dziewczynka: Dzień dobry. Czy mogę dostać rolkę papieru toaletowego?
Turystka: Jakiego spaceru? Chcecie iść na spacer? Pana Maćka nie ma.
Dziewczynka: Nie na spacer! Chcemy tylko papier.
Turystka: Spacer? Tak, ja was chętnie zabiorę na spacer.
Dziewczynka: Eeeee…. To może my przyjdziemy później?
Turystka: Nie. Później to już nie… Pójdziemy jutro. Do zobaczenia.)
Na szczęście całą sytuację szybko udało się wyjaśnić i odkręcić, ale zastanawiające jest jedno – czemu takie przygody przydarzają się zawsze tym samym osobom?

A skoro już o przesympatycznej turystce mowa, to – choć dzielna i wytrwała w górskich wędrówkach – okazała się mieć jedną małą słabość. Byliśmy już gotowi do wyjazdu, walizki spakowane i czekające na tarasie na zaniesienie do autokaru, ostatnie porządki w domku, zamykanie drzwi. Pani (nazwijmy ją) Asia wychodzi na taras, po czym nagle wraca cała blada.
Ja stąd nie wyjdę! Niech to ktoś zabierze! Moja walizka, moja walizka stracona! – woła cała przerażona.
Ale co zabierze? Jak to stracona walizka? – pytamy z niepokojem. Czyżby złodziej się zjawił w tej sielskiej okolicy?
Stwora tego!!! Siedzi przy mojej walizce i nie da przejść mi! I nie da jej zabrać. Ja się tam nie zbliżę, ja tam nie wyjdę – woła w emocjach, co zaczyna nas niepokoić o tyle, że to jedyna droga wyjścia, a grupa właśnie pakuje się do autokaru. W końcu postanawiamy sprawdzić, na czym polega kłopot. Przy wtórze okrzyków „bądźcie ostrożni!” i „uważajcie na siebie!” wychodzimy na taras, żeby zobaczyć, że siedzi tam… owca… Puszysta, biała owieczka, która próbuje dobrać się do torby z naszym prowiantem na drogę! Przegonienie potwora okazuje się wcale niełatwe, bo nasze smakołyki mocno mu pachną, ale w końcu to właśnie ta torba staje się przynętą, która wyciąga nieproszonego gościa z tarasu. A pani Asia jest w końcu wolna i może jak na skrzydłach popędzić do autokaru.

W drodze na Kazalnicę

Jeśli trzeba by wymienić jedną, największą atrakcję tej wycieczki, to chyba każdy z obozowiczów bez wahania wskazałby Kazalnicę. Słynny 600-metrowy klif górujący nad Lysefjorden, skalna półka zawieszona w nieskończoności, cud natury. To jeden z najbardziej „pocztówkowych” widoków w Norwegii. Jest tylko jedno ale – żeby tam dotrzeć, trzeba wybrać się w drogę, która dla niezbyt wprawionego piechura jest długa i męcząca. A takich niewprawionych piechurów mieliśmy w grupie kilku, w tym jedną pannę narzekającą na ból nóg już na spacerze po ulicach Oslo. Co więc robić? Nie zostawimy jej przecież, bo ominie ją największa atrakcja wycieczki. Nieść jej nie będziemy. Stawiamy więc na pozytywną motywację – od samego wyjścia zachwycamy się jej energicznym krokiem, podziwiamy hart ducha, gdy bez mrugnięcia okiem pozwala sobie opatrzyć otarte po wywrotce kolanko (wiadomo, że to właśnie ona zaliczyła kraksę tuż po wyjściu…), dopytujemy, czy to prawda, że lubi chodzić po górach itd., itp. I to naprawdę działa! Ta sama dziewczyna, która jeszcze niedawno była największym maruderem w grupie, teraz mknie do przodu z rozwianym włosem i przez całą drogę nie słyszymy od niej ani jednego słowa skargi. Za to na górze, kiedy już chłoniemy ten błękit, ten rozmach, tę magię natury, to chyba ona ma najszerszy uśmiech, najbardziej rozpromienione oczy.

Już sama droga do Kazalnicy jest pełna emocji, daje pozytywnego kopa, pokazuje nowe twarze naszych obozowiczów. Jeden z największych twardzieli przyznaje, że ma lęk wysokości i w najtrudniejszym, najwęższym miejscu ścieżki, kiedy nasz cel widać już na horyzoncie, chce się wycofać i poczekać w bezpiecznym miejscu. Ale w końcu idziemy razem, trzymając się za ręce, żeby po kilkunastu najtrudniejszych metrach mógł odnaleźć spokój i powiedzieć sobie, że mu się udało. Jedna z najbardziej gadatliwych dziewczynek na świecie, która na początku wędrówki nieustannie nadaje monolog o pieskach, milknie w zachwycie, kiedy wychodzimy na wyżej położoną ścieżkę, a widok zapiera dech w piersiach.

Droga nie jest wcale łatwa – w górę, przez większość czasu w górę, po wielkich kamieniach, po skałach, po wąskich ścieżkach, przez strumyki. Śmiejemy się, rozmawiamy, ale też czuwamy, ostrożni jesteśmy, bo mamy świadomość, że to nie jest prosty spacer po mieście. Nasza młodzież też to wie i zachowuje się odpowiedzialnie, naprawdę odpowiedzialnie. W końcu docieramy na miejsce, zachwyceni, oniemiali. Popatrzcie, ta grupa młodzieży, jeszcze przed chwilą rozgadana, radosna, dowcipkująca, teraz siedzi w ciszy, chłonie ten majestat, ten ogrom. Poważni nagle, zamyśleni. To są momenty, których się nie zapomina. Za chwilę znów zaczną gadać jak najęci, wygłupiać się, przekomarzać, ale teraz, przez te kilka minut na szczycie, dorośli jakoś. Wiedzą, że ta nasza wycieczka, to nasze wejście na górę, które odradzali nam niektórzy przy grupie młodzieżowej, to także nasz dowód zaufania do nich. I tylko jeden, zawsze ten sam żartowniś, rzuca chyba nawet na poważnie: „A mogę sobie usiąść tam przy krawędzi i pomachać nogami?”

Kiedy wracamy na dół, na parking, gdzie czekają na nas ci dorośli członkowie wyprawy, którym wiek czy zdrowie nie pozwoliły na wspinaczkę na szczyt, trudno jest oddać te emocje, te wrażenia, jakich doświadczyliśmy na szczycie. Zmęczenie daje o sobie znać i nim dobrze wyjedziemy z parkingu, niektórzy już gdzieś tam drzemią na swoich miejscach. Akumulatory ładują bardzo szybko – kiedy dojeżdżamy do ośrodka znów tryskają energią i humorem. Głodni jak wilki. I kiedy zabieramy się do wspólnego grillowania, które ma zamknąć ten pełen emocji dzień, nawet kolega, który niedawno przekonywał nas, że na co dzień gustuje jedynie w króliku i krewetkach, wcina kiełbaskę w rusztu jakby to był najlepszy smakołyk.

No i już. Choćbym nie wiem, jak się starała, rozrastają się te opowieści, mnożą migawki. Bo też są takie miejsca, a Norwegia na pewno do nich należy, do których wchodzi się jak do jakiejś krainy z legend i marzeń, a wychodzi z bagażem takich wspomnień, których nie da się wymazać z głowy i z serca.

Moja praca skończona, teraz kolej na was. Jeśli spodobał wam się ten tekst, polubcie go lub udostępnijcie. Będzie nas tu więcej!

Reklamy