Zjedz ładnie zupkę, to dostaniesz deserek. Jak dokończysz kotlecika, to będzie czekoladka. Jak będziesz niegrzeczny, to nie dostaniesz ciasteczka – ile razy zdarzyło wam się usłyszeć (albo powiedzieć?) podobne zdania? Założę się, że nierzadko. Jest niestety powszechnym zjawiskiem, że deser traktowy jest przez dorosłych, najczęściej rodziców czy dziadków, ale czasem też nauczycieli w przedszkolu, jako waluta przetargowa w regulowaniu zachowania dziecka. Jako marchewka albo kij, który ma skłonić naszego osiołka do takiego zachowania, przy stole lub poza nim, jakiego oczekujemy. Sposób równie skuteczny, co – powiedzmy sobie szczerze – szkodliwy.

 

Jestem przeciwniczką namawiania czy zmuszania dzieci do jedzenia, o czym pisałam dokładniej TUTAJ. Uważam, że odpowiedzialnością rodzica jest zaproponowanie dziecku odpowiedniego, zdrowego i zróżnicowanego menu, ale to dziecko ma prawo zdecydować o tym, ile i czy w ogóle zje to, co mu podaliśmy. To dla mnie podstawowa zasada i z niej wynika także moje podejście do deseru. Deseru, który jest (jeśli się pojawia) częścią posiłku równorzędną z innymi daniami. Nie nagrodą, nie ukoronowaniem, nie celem, do którego zmierzamy, ale po prostu jednym z dań. Jak się okazuje, bywam w swoich poglądach dosyć odosobniona, o czym przekonuję się niejednokrotnie na rodzinnych imprezach. No bo jak to? Mała je deser, a nie skończyła drugiego dania? Dasz jej deser, chociaż kotleta zjadła tylko pół? – słyszę przepełnione troską (a czasem i oburzeniem) pytania. Co ciekawe, często zadają je osoby, na których talerzu została niedojedzona porcja ziemniaków czy kawałek kurczaka. Ale spoko. Dorosły może, wiadomo. Tylko dziecko musi zjeść tyle, ile nakładający – mama, ciocia, babcia czy kucharz w restauracji – uznali za słuszne nałożyć mu na talerz. Na szczęście temat mam już przemyślany i przepracowany, więc uśmiecham się tylko i po prostu podaję dziecku deser, który ma prawo zjeść tak samo, jak każdy innych biesiadnik przy stole. A jeśli ktoś ma wątpliwość, to spokojnie (przynajmniej za pierwszym razem…) wyjaśniam:

Deser to część posiłku a nie jego najlepsza część

Planując obiad, traktuję go jako pewną całość. Jego forma zależy od planu dnia, listy zadań do wykonania i kilku różnych zmiennych czynników, które rozumie każdy rodzic. Czasem składa się z jednego dania, czasem z dwóch, a czasem z trzech, gdzie zupa, drugie danie i deser mogą wchodzić w różnego rodzaju kombinacje i wariacje. Każde z tych dań traktuję jako tak samo wartościowe i tak samo – w założeniu – przyjemne dla jedzącego. Jeśli dziecko zje dwie łyżki zupy i kawałek kotleta, a potem zmiecie cały deser akceptuję to dokładnie tak samo, jak gdy zje całą zupę, pół drugiego dania i trzy łyżki deseru. I tak, ta druga opcja też się zdarza! Bo skoro można nie dojeść zupy, jeśli czujemy się najedzeni, to tak samo możne nie dojeść ciastka czy porcji musu czekoladowego? Staram się wyrobić w moim dziecku przekonania, że deser nie jest czymś lepszym niż reszta obiadu, bo nie chcę, żeby traktowało pozostałe dania jak coś, co trzeba przetrwać i przeżyć, żeby w końcu dotrzeć do pysznej mety. Uczę, że obiad służy zaspokojeniu apetytu. Że deser jemy na koniec, żeby nie zapychać brzuszka czymś słodkim, bo organizm bardziej potrzebuje innych składników i witamin. Opowiadam o zdrowym żywieniu, o zrównoważonej diecie, o różnych składnikach zamkniętych w rozmaitych produktach. I widzę tego efekty. Moje dziecko nie jest jakimś wyjątkiem – lubi słodki smak, bo do takiego mamy naturalną predylekcję, ale też rozumie, że słodycze jemy z rozsądnych ilościach i wybieramy te, które mają jak najmniej szkodliwych składników. Zakładam, że dziecko, które ROZUMIE, dlaczego pewne ograniczenia są konieczne, łatwiej się z nimi godzi i chętniej współpracuje z rodzicem.

Deser nie jest obowiązkowy

Hola, hola! – powiedzą od razu niektórzy rodzice. – Jak ja bym tak pozwolił robić mojemu, to by nie zjadł nic innego niż deser. Nie znam twojego dziecka, więc nie powiem, że tak nie będzie. Ale jest prosty sposób, żeby dziecko nie ograniczyło się do deseru. Jeśli widzisz, że macie z nim problem, po prostu go nie podawaj! Deser nie jest obowiązkowym elementem obiadu i nie widzę powodu, żeby przyzwyczajać dziecko – czy kogokolwiek innego – że każdy posiłek musi się zamykać słodką przekąską. Czasem może się ona pojawić, ale wcale nie musi. Po prostu. Najgorsze co możesz zrobić, to zapowiedzieć deser, a potem odmówić go dziecku, bo – w twoim mniemaniu albo czysto obiektywnie – zjadło za mało zupy czy ziemniaków. Bądźmy szczerzy. Czy gdybyś zaprosił na obiad ciocię Zosię, to nie dałbyś jej kawałka ciasta tylko dlatego, że nie dokończyła rosołu? Albo wujkowi Heńkowi byś powiedział, że dostanie lody, jak doje surówkę z kapusty? Podejrzewam, że nie. Bo zakładamy, że to drugi człowiek najlepiej potrafi ocenić stopień wypełnienia własnego brzucha. A przypominam, że dziecko to też człowiek, tyle że mały. Zresztą – przecież nawet gdyby ten wujek nie zjadł przy twoim stole nic innego niż te lody, czy to ciasto, to dałbyś mu prawo do takiej decyzji! Sam pewnie nie raz porzuciłeś na talerzu niedokończonego mielonego, żeby zostawić sobie miejsca na dodatkowy kawałek serniczka albo czekoladowego brownie. A jeśli wiesz, że wujek ma złe nawyki żywieniowe, a w dodatku zmaga się z cukrzycą, to nie kusisz go ptysiami tylko zmieniasz menu na bardziej stosowne. Albo w ogóle eliminujesz słodycze

Deser nie musi być niezdrowy

Jeśli lubisz zamykać posiłek słodkim elementem i bez deseru nie wyobrażasz sobie obiadu, pamiętaj, że nie musi nim być koniecznie ciężkie ciasto z kremem, grubo posypany cukrem pudrem placek czy w końcu lody z posypką, sosem karmelowym i górą bitej śmietany. Po pierwsze, deserem mogą być owoce, musy owocowe, domowy kisiel czy budyń. Po drugie, nawet tradycyjne desery można odchudzić, stosując odpowiednie składniki albo eliminując niezdrowe elementy. I nie, nie mówię tu o zamiennikach typu „marchew idealnie zastąpi chipsy, bo przecież też chrupie”, ale o takich zmianach, na których nie ucierpi smak produktu (np. jogurt naturalny zamiast śmietany, zdrowsze zamienniki białego cukru, ciasta z użyciem mąk razowych itd.). Internety pełne są przepisów na zdrowe ciasta, zdrowe przekąski, zdrowe cukierki, więc usprawiedliwianie się niewiedzą nie wchodzi w grę. Nie musisz od razu robić sernika z tofu, ale może babeczki warto osłodzić bananem zamiast cukrem, lody mleczne zastąpić owocowym sorbetem, a zamiast żelków przekąsić suszone owoce? Może dla ciebie, dorosłego już człowieka z określonymi nawykami, suszone daktyle nie są pierwszym skojarzeniem, gdy pomyślisz o przekąsce do schrupania w czasie przedłużającego się spaceru, ale dla dziecka mogą właśnie takie być, jeśli tylko wpoisz mu dobre nawyki od początku.

Deser to nie łapówka ani nagroda. Za cokolwiek!

Ze wszystkich okołodeserowych głupot, ta denerwuje mnie najbardziej. Nie dość, że traktujemy często deser jako nagrodę za „ładnie” zjedzony posiłek (przy czym „ładnie” oznacza zapewne pusty talerze, spokojne zachowanie przy stole i wszystko inne co za słuszne uzna pan i władca, dysponent deseru), to taki system nagradzania i karania rozciągamy także na inne dziedziny życia.
Znowu popychasz brata? Ktoś tu dziś nie dostanie lodów…
Nogi cię bolą? Oj widzę, że te ciasteczko na deser to nie był dobry pomysł…
A jak nie będziesz marudzić u cioci, to dostaniesz czekoladę na deser…
Jak słyszę takie słowa – a słyszę je często i z ust różnych osób – to mam ochotę przywalić głową w ścianę. Serio? WTF? Gdzie tu logika? Naprawdę wierzysz, że nogi rozbolały dziecko przez zjedzone ciastko? Albo że batonik sprawił, że popycha brata? Jeśli tak, to chyba czas się nad sobą zastanowić. Jeśli nie, to po co robisz głupka z dziecka? Może lepiej znaleźć rzeczywiste przyczyny jego zachowania i pomóc mu poradzić sobie z negatywnymi emocjami, zamiast szantażować i traktować deser jako kartę przetargową? Nie bijesz brata, grzeczny Jasiu, masz batonik! Niegrzeczna dziewczynka, brzydka Zosia, nie dostaniesz przysmaku! Czy wy to widzicie? Przecież to zwykła tresura. I tak – wiem o tym, że zbyt duża ilość cukru podana dziecku może sprawić, że będzie pobudzone, ruchliwe, a w efekcie nawet agresywne w stosunku do rodzeństwa (bo roznosi je energia), ale twój szantaż nadal nie rozwiąże problemu – jeśli popychanie brata wynika z nadmiaru cukru w organizmie, to nie jest wina dziecka, tylko błędnie skomponowanej diety. I na pewno nie jest to coś, co twój maluch „wyłączy” w sobie od tak, bo go zaszantażujesz ciastkiem, którego jutro dostanie albo nie dostanie.

 

Dieta dziecka to jeden z gorętszych tematów w rodzicielskim świecie. Mamy zamartwiają się, czy ich dziecko je tyle, ile trzeba (oczywiście, że za mało!) oraz to, co trzeba (oczywiście, że nie! Dziecko sąsiadki je lepsze rzeczy!). W okołojedzeniowych zmaganiach z niejadkami, które często niejadkami są tylko w naszych głowach, demonizujemy deser, widząc w nim zagrożenie dla małych brzuszków z jednej, albo słodkie ukoronowanie dnia z drugiej strony. Jak zwykle w takich sytuacjach, skrajności są nie dość, że głupie, to w dodatku niebezpieczne. Dla atmosfery przy rodzinnym stole, apetytu i samopoczucia maluchów oraz zdrowia psychicznego mamy. W temacie deserów, jak w każdym innym, życzmy więc sobie więcej zdrowego rozsądku. I smacznego ciacha oczywiście!

Reklamy