Jakiś czas temu w ramach czwartkowych podróży w czasie zabrałam was do Londynu, gdzie przejechaliśmy się Londyńskim Okiem, zatańczyliśmy poloneza na Tower Bridge, wpadliśmy na prom, a na koniec omal nie skończyliśmy na nagiej imprezie w jacuzzi (KLIK). Dziś znowu zabieram was do brytyjskiej stolicy, bo jeden wpis to zdecydowanie za mało, żeby podzielić się wszystkimi wspomnieniami. Uprzedzając pytania – TAK, Roger też będzie!

 

Na drugą wycieczkę do Londynu jechałam z poczuciem, że nic mnie nie zaskoczy. Miasto miałam obskoczone „na świeżo”, pamiętałam trasy, parkingi, godziny otwarcia muzeów i innych atrakcji. W dodatku kierowcy też znale ten rejon, co z punktu widzenia pilota jest rozwiązaniem idealnym. Wydawało mi się więc, że ta impreza może i musi pójść gładko. I miałam rację – wydawało mi się.

Lunch-pakiet raz!

Grupa młodzieżowa, dobre liceum, dzieciaki obyte i objeżdżone po świecie. Taką informację dostaję od organizatora imprezy oraz od kierownika grupy. No to super, będzie mi łatwiej – myślę sobie, wspominając ekipy zagranicznych debiutantów, którzy wymagają znacznie większego zakresu opieki. Zresztą, mają do tego pełne prawo – jak ktoś jedzie pierwszy raz za granicę i czuje się niepewnie, to po to wykupuje imprezę z pilotem, żeby nie musieć się stresować. Choćby to oznaczało, że będę piętnaście razy tłumaczyć, jak wrzucić monetę do automatu przy wejściu do WC, choć ma on tylko jeden otwór z wyraźnym napisem 1€. Tutaj miało tak nie być – dzieci po wymianach międzynarodowych, po obozach językowych, mówiące po angielsku w stopniu komunikatywnym. Tyle teorii…

Pierwszy nocleg, późny przyjazd i szybkie zakwaterowanie. Następnego dnia rano śniadanie bufetowe – przed wejściem do stołówki pobieżnie wyjaśniam, na czym polega taka forma posiłku, i przypominam, że jedzenia się nie wynosi. Kiwają głowami znudzeni, jakbym mówiła o oczywistościach. Zresztą tak właśnie jest. Dodatkowo nad bufetem kartka informująca, że posiłek spożywamy tylko na miejscu i nie można go wynosić. Obok przekreślony ludek z kanapką w ręce wychodzący przez drzwi. Już jaśniej nie można. A jednak – siedzę sobie w rogu, sączę poranną herbatę i obserwuję, czy ktoś nie potrzebuje pomocy. Przy okazji przeliczam, czy wszystkie owieczki dotarły na śniadanie. I wtedy je widzę. Dwie gwiazdy. Na samym środku sali konstruują wieżę z kanapek przygotowanych ewidentnie na wynos. Śmichy, chichy, zero krępacji. Tuż obok miła recepcjonistka uzupełnia zapasy pieczywa i płatków śniadaniowych. Myślę sobie – co za laski… Pomijając już fakt, że jest to wiocha i nieuczciwość, to czy one nie wiedzą, że wszyscy to widzą? Że pracownik hotelu też je widzi? Szybko okazuje się, że dziewczynom nie stanowi to żadnej różnicy. Nim zdążę podejść i wyjaśnić im niestosowność zachowania, podchodzą do recepcjonistki i proszą ją… o woreczki na kanapki… Sama nie wiem, kto był w tej sytuacji bardziej zdziwiony, czy ona tą prośbą, czy one jej odmową. Kiedy w końcu udaje mi się do nich dotrzeć, mogę tylko wykrztusić: „dziewczyny, przecież mówiłam, że z bufetu nie wolno wynosić jedzenia”. W odpowiedzi słyszę: „a to kanapki też się liczą?”. Nie, kurcze, kanapki się nie liczą…

Ej, a co ta szyba taka czysta?

Podobnie jak z poprzednimi grupami i tym razem zakwaterowani jesteśmy u brytyjskich rodzin, żeby dzieciaki mogły ćwiczyć angielski w naturalnym środowisku. I znów trafiamy do dość odległej od centrum dzielnicy, która – mimo pozorów, na które składają się sielskie domki i zielone trawniczki – okazuje się dosyć niebezpieczna. Ale na razie jeszcze tego nie wiemy, na razie cieszymy się wieczornymi spacerami i polsko-brytyjską integracją. Czwartego dnia pobytu nastrój znacząco się zmienia. Przychodzimy rano na miejsce zbiórki. „Hej, chłopaki, a co wy macie taką czystą tą jedną szybę? Czemu tylko wy macie mieć ładne fotki?” – rzuca żartem do naszych kierowców jedna z opiekunek grupy, nawiązując do wczorajszych prób zrobienia zdjęć nocnego miasta przez zakurzone okna autobusu. Po chwili zagadka się wyjaśnia – szyba od strony kierowcy jest idealnie przejrzysta, bo… po prostu jej nie ma! Okazuje się, że w nocy ktoś włamał się do autobusu skuszony uchwytem do nawigacji przyklejonym do okna. Złodziej musiał się pewnie nieźle wkurzyć, że w środku nie znalazł nic cennego, bo w przypływie wściekłości wyrwał i zabrał tylko plastikową klapę od schowka (którą zresztą znajdujemy nazajutrz w pobliskich krzakach). Więc tak, szczęście w nieszczęściu, bo nic cennego nie zginęło. Ale zamiast jednego z okien mamy dziurę, a w perspektywie jeszcze jedną noc w Londynie i kilka tysięcy kilometrów do Polski… W poszukiwaniu pomocy odwiedzamy lokalny warsztat (bez skutku), posterunek straży pożarnej (również bez skutku) i w końcu chiński sklep z pierdołami za dwa funty, z którego wychodzimy bogatsi o folię i taśmę samoprzylepną, które pozwalają prowizorycznie załatać dziurę. Chociaż ta powiewająca na wietrze folia niezbyt pasuje do naszego złotego autokaru klasy lux… Nic to, trzeba realizować program. Z kierowcami uzgadniamy, że razem z grupą będę poruszać się metrem, a oni wykombinują jakąś ekspresową naprawdę usterki. Sprawę komplikuje fakt, że właściciel auta nalega, żeby nie zgłaszać szkody ubezpieczycielowi, bo nie chce stracić zniżek… Wierzę w kierowców, to dziarskie chłopaki, ale gdzieś z tyłu głowy kombinuję już rozwiązania awaryjne, włącznie z szukaniem polskiego warsztatu samochodowego na brytyjskiej ziemi. W końcu trochę nas w tym Londynie jest. Okazuje się, że przydatnego Polaka znajdujemy znacznie bliżej, bo… na kasie w dużym markecie budowlanym. I tak oto wieczorem odbiera nas autokar, którego szyba wygląda jak nówka sztuka z tym tylko, że… to wcale nie jest szyba! Do końca wycieczki bujamy się więc w autobusie z grubą płytą pleksi przymocowaną do ramy drzwi za pomocą niezawodnej srebrnej taśmy, z której McGyver zbudowałby pewnie helikopter. I wiecie co? To rozwiązanie naprawdę się sprawdza! Do Polski dojeżdżamy w zasadzie bez perturbacji. No może poza faktem, że na każdym postoju włażę na ramiona kierowcy i dokonujemy inspekcji naszego awaryjnego okna, żeby sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku. Ku uciesze całej grupy i przypadkowych turystów.

Może Pani mówić głośniej?

Jedną z atrakcji na naszej wycieczce jest rejs po Tamizie z okolicy Pałacu Westminster do słynnego Tower. Po drodze można zobaczyć mnóstwo ciekawych zabytków, a samo miasto z perspektywy rzeki wygląda inaczej niż w czasie spacerów zatłoczonymi uliczkami. W czasie rejsu puszczane jest nagranie z informacjami o mijanych właśnie zabytkach, zarysem historii miasta czy różnymi ciekawostkami. Nagranie jest oczywiście po angielsku, ale – jako że młodzież światowa, a przy okazji przyjechała do Londynu ćwiczyć język – nie powinien to być problem. Nie powinien. I właśnie dlatego na takie okazje przygotowuję zawsze kserówki z mapą trasy i opisanymi budynkami, a grupę informuję, że w razie wątpliwości czy pytań, siedzę sobie tam z boku na ławce i służę pomocą. Na początku siedzę oczywiście sama, w towarzystwie tylko jednej z nauczycielek. Po chwili jednak zaczynają dosiadać się dzieciaki, a ja półgłosem zaczynam tłumaczyć lektora. Minuty płyną, a grono słuchaczy rośnie. Mówię więc już nie szeptem, ale jednak przyciszonym głosem, żeby nie przeszkadzać innym rejsowiczom. Skupiona staram się wsłuchać w trzeszczący głośnik i jednocześnie nadawać w miarę sensowny komunikat, a przy okazji rozglądam się, ile z moich owieczek wytęża mózgownice samodzielnie, a ile przyszło mnie posłuchać. Dużo ich. Jedna ławka, druga ławka, trzecia ławka, czwarta ławka… „Proszę mówić głośniej, nic tu nie słyszymy!” – dociera do mnie i odruchowo podnoszę głos. Ale zaraz, zaraz… przecież ten facet z wąsem to nie ode mnie jest, ani tamta babeczka z apaszką w kwiaty. Coś mi za duża ta publiczność urosła. Nie jesteśmy nawet w jednej trzeciej drogi, kiedy okazuje się, że połowę statku wypełniają Polacy i wszyscy postanowili podłączyć się pod naszą grupę. Zaraz mi się tu od kogoś dostanie, myślę z niepokojem. I rzeczywiście, na horyzoncie pojawia się postawny pan w mundurze, idzie w moim kierunku, a ja powoli zaczynam kombinować jakąś wymówkę, żeby przekonać go, że wcale nie dorabiam tu na czarno, a ci wszyscy słuchacze pojawili się tu bez mojej wiedzy i zgody. Jak powiedzieć po angielsku „proszę mnie nie aresztować, zostałam wrobiona”?!? A wtedy Pan podchodzi do mnie, nachyla się i mówi… najczystszą polszczyzną… „da mi Pani taką karteczkę?” I wyciąga rękę po moją tajną mapę-kserówkę ze ściągą dla licealistów.

Nazywał się Roger, TEN Roger!

Na koniec zostawiłam to, od czego może powinnam była zacząć tę relację. Kiedy myślę o mojej pierwszej wizycie w Londynie, rzeczą, która od razu przychodzi mi na myśl, nie jest wcale Big Ben, Tower czy Muzuem Historii Naturalnej. Jako pierwszy na myśl przychodzi mi Roger, gospodarz naszych kierowców, który zasłynął – jak się okazało – tym, że robi nagie imprezy w jacuzzi (poczytajcie ). Jadąc do Londynu drugi raz, żartowałam sobie z kierowcami (innymi, ale znajomymi tych z pierwszej wyprawy), że tym razem raczej do jacuzzi nie będą mieli okazji trafić. Myliłam się…

Choć brzmi to równie niewiarygodnie, co absurdalnie, tym razem Roger okazał się gospodarzem nie tylko kierowców, ale też moim i nauczycielek opiekujących się naszą grupą. Nie spodziewałam się tego, bo na liście kwaterunkowej widniała niejaka Mary Smith. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy na zbiórce powitał nas on. Marynarka w kratkę, koszula, okulary w rogowej oprawce. I kapcie. Nic się nie zmienił – skrzyżowanie Jasia Fasoli z bohaterami Monty Phytona to nadal najlepsze określenie. Jak okazuje, Mary jest jedynie przystawką do głównej atrakcji naszego pobytu. Jest po prostu żoną Rogera. I tak oto trafiamy do uroczego angielskiego domku, z tapetami w kwiatki, miękkimi łóżkami i ciepłą wodą kończącą się po kąpieli pierwszego z domowników. Choć wnętrza przypominają mi poprzedni pobyt u gościnnej Irlandki, w czasie którego wszystkie przytyłyśmy po dobre dwa kilogramy, tutaj reżim żywieniowy jest zupełnie inny. Zaprawdę powiadam wam, jeśli Anglik mówi wam, że Szkoci są skąpi, wyślijcie go na weekend do mojego Rogera…

Trafiamy więc oto do krainy, gdzie podstawą żywienia jest najtańszy chleb tostowy no name „wydzielany” przez gospodarza po jednej kromce pieczołowicie przynoszonej z kuchni, masło, miseczka dżemu i mleko oraz płatki kukurydziane. Jednego jest tu zawsze pod dostatkiem – wody, którą gospodarz polewa od serca i obficie. „O matko, już wystarczy, zaraz mi woda uszami wyleci” – jęczy pod nosem pani Marysia, gdy gospodarz mimo jej „no, thank you” wypełnia jej szklankę po brzegi. To chyba jego sposób na zapchanie naszych brzuchów i zaoszczędzenie sobie wydatków żywieniowych (uprzedzając pytania – za pakiet posiłków zapłaciliśmy z góry, a Roger bynajmniej do biednych nie należał…). Drugim sposobem jest, jak się okazuje, racjonowanie żywności, co polega na tym, że na stole zjawia się półmisek z porcją wystarczającą dla trzech osób (podczas gdy przy stole jest ich osiem), a po jego opróżnieniu gospodarz z widocznym grymasem bólu na twarzy idzie do kuchni po dokładkę i przynosi porcję dla kolejnych dwóch osób… I tak do skutku. Jednego tylko Roger nie przewidział – że trafi mu się grupa z dużym poczuciem absurdalnego humoru i… uporu. I tak, chcąc nie chcąc, wędruje bidulek między kuchnią a jadalnią, a z każdą kolejną turą robi się coraz bardziej markotny i blady. Znowu ziemniaków – to te trzy nie wystarczyły dla wszystkich? O mamo, jeszcze mięsa, czy naprawdę każdy musi mieć własny kotlet? I krąży, krąży, krąży, aż w końcu wszyscy się w miarę najedzą i podziękują za posiłek, wznosząc toast wodą oczywiście. Przekonani jesteśmy, że ten pierwszy obiad pokaże mu i przekona go, że takie oszczędne podejście się tym razem nie sprawdzi i może mu co najwyżej przysporzyć odcisków, ale on – skubany – się nie poddaje i do końca naszego pobytu w czasie każdego posiłku snuje swój rytualny kuchenno-jadalniany taniec.

W czasie przedostatniego śniadania postanawiamy go zaskoczyć. Wcześniej zgodnie odmawialiśmy płatków i mleka, choć gospodarz bardzo nas na nie namawiał. Tym razem umawiamy się, że wszyscy zareagujemy na jego propozycję bardzo entuzjastycznie. Zamiast pieczywa z dżemem, zajadamy się więc płatkami, a Roger bidulek kursuje między kuchnią a salonem, bo mleko – zgodnie z panującymi tu zasadami – serwuje w dzbanku o pojemności filiżanki. Z naszego grona wyłamuje się jedynie nasza Marysia, która w kąciku chrupie tosta z masłem. Tak intensywnie piła polewaną przez Rogera wodę, że na samą myśl o kolejnych płynach robi jej się niedobrze. Gospodarz jednak docenia jej postawę. Tego wieczoru, kiedy wszyscy szykujemy się do snu, ubrany już w szlafrok oficjalnie puka do naszych drzwi i prosi Marysię o chwilę rozmowy. Wychodzą. Nie mijają dwie minuty, kiedy słyszymy szybki tupot jej drobnych stópek na schodach. Wpada do pokoju, zamyka za sobą drzwi i opiera się o nie przerażona.
– Co się stało? – pytamy zaciekawieni.
– Zaproponował mi… imprezę w jacuzzi. Ze swoją żoną – szepcze przerażona.
– I co zrobiłaś? – śmiejemy się, widząc już w myślach naszego bohatera w samej muszce.
– Uciekłam – odpowiada, a my kiwamy głowami, podziwiając tę nad wyraz dojrzałą reakcję. Po chwili Marysia dodaje po cichu – Dziewczyny, ten jego szlafrok… prześwituje…

 

I tak oto kończy się druga londyńska wyprawa. Ciekawskich informuję, że ostatecznie nie dostąpiliśmy zaszczytu kąpieli w słynnym jacuzzi ani tym bardziej udziału w nagiej imprezie. Ja tam nie żałuję. W Muzeum Historii Naturalnej widzieliśmy ciekawsze okazy…

 

Moja rola skończona, teraz kolej na Ciebie. Jeśli spodobał Ci się ten tekst, polub go lub udostępnij. Zadowolony czytelnik to najlepsza mobilizacja do pisania po nocach!

Reklamy