Czwartek to zgodnie z naszą świecką tradycją powrót do czasów, gdy matka nie była matką, a była pilotem wycieczek. Po wojażach w dalekiej Norwegii czy tajemniczej Szkocji dziś zabieram was nieco bliżej – do Pragi i Wiednia. I choć ta wyprawa była może mniej egzotyczna, nie zabrakło na niej podróżniczych wpadek i przygód. O niespodziewanym przysmaku kuchni czeskiej, kandydatce na przewodniczkę roku i wielkiej bitwie o Daewoo Tico – wskakujcie, bo wehikuł czasu rusza.

Praga i Wiedeń, u nas wzbogacone o Skalne Miasto, to dosyć tradycyjne połączenie wycieczkowe z racji odległości świetnie nadające się na długi weekend. Tak było i w tym przypadku, więc wydawało się, że niewiele może się tu skomplikować. Kiedy jednak dowiedziałam się, że w moim autobusie zasiada grupa, z którą rok wcześniej byłam w Londynie (pisałam o tym TUTAJ), wiedziałam już, że może okazać się zabawnie. Zwłaszcza gdy do szacownego grona młodzieżowego dołączyła grupka zaprzyjaźnionych dorosłych, która temperamentem i skłonnością do zabawy dorównuje reszcie ekipy. Jak zwykle w takich przypadkach, intuicja mnie nie zawiodła…

Smažený rízek raz, dwa, trzy…

Program wycieczki był zaplanowany tak, że obiad wypadał na trasie tuż przed wyjazdem z Polski. Chłopcy zażyczyli sobie, a reszta grupy się dostosowała, kotleta schabowego na pożegnanie z ojczystą ziemią, no bo wiadomo, w Czechach to tylko knedle i knedliki. Dzień mijał szybko, Skalne Miasto z genialnym przewodnikiem pochłonęło nas i oczarowało, późnym wieczorem dotarliśmy do uroczego, czeskiego pensjonatu, gdzie przesympatyczni gospodarze podali nam swoje popisowe danie – smažený rízek, czyli mniej więcej naszego… kotleta schabowego! Taka odmiana od tradycyjnego polskiego menu… Mięsożerni chłopcy zadowoleni, dziewczynki jakby trochę mniej.

No nic, na knedle musimy trochę poczekać. Niektórzy zaserwowali je sobie w przerwie obiadowej na praskiej starówce, inni zdecydowali się poczekać do kolejnej obiadokolacji. Drugi nocleg, uroczy hotel w czeskiej stolicy. Zasiadamy do pięknie nakrytych stolików, na stół wjeżdżają talerze, a na nich… tak, tak… smažený rízek po raz kolejny. Właścicielka hotelu informuje nas, że planowali knedle, ale uznali, że postawią na coś bardziej nietypowego, a przy okazji lubianego przez Polaków. Nasze chichoty i żarty bierze pewnie za objawy radości i zadowolenia. Chłopcy dalej zadowoleni, dziewczyny zaczynają pytać o knedle.

Dzień trzeci, dalsze zwiedzanie Pragi, rejs po Wełtawie, starówka, późnym wieczorem wyjazd w stronę Wiednia i zakwaterowanie w hotelu na trasie. Wchodzimy do stołówki, na stół wjeżdżają talerze, a na nich… Jeśli myślicie, że znów smažený rízek, to prawie macie rację. Rzeczywiście taki był plan naszych gospodarzy, którzy – wiedząc, że to nasz trzeci posiłek w Czechach – chcieli nam dać odpocząć od knedli i planowali schabowego właśnie. Na szczęście wczesnym rankiem, w przebłysku żywieniowego geniuszu (albo desperacji…) zadzwoniłam do hotelu, żeby skonsultować planowane menu. Pani była bardzo, bardzo zdumiona, że jednak wolimy knedle…

Przewodniczka roku

Poszukiwanie knedlików nie było jednak – wbrew temu, co może teraz myślicie – główną atrakcją naszego pobytu w Pradze. Program mieliśmy ambitny, bo i miasto oferuje tak wiele pięknych miejsc, że trudno to wszystko obejrzeć w ledwie dwa dni. Starówka, Hradczany, słynna Złota Uliczka, zabytkowa Mala Strana, Wyspa Kampa, Most Karola, grające fontanny – atrakcja goni atrakcję. Paradoksalnie najbardziej w pamięć zapadają mi chyba nie miejsca, a ludzie. A właściwie jeden człowiek. Naszą przewodniczką po Hradczanach okazuje się pani Katarzyna, miła i uśmiechnięta starsza pani, która wita nas z charakterystycznym parasolem w kropki, którego każe nam wypatrywać w tłumie, gdyby ktoś się zgubił. Problem polega na tym, że parasol w ten wzór jest bardzo charakterystyczny dla wszystkich chyba przewodników w Pradze, bo na samym zamkowym dziedzińcu widzimy ze dwadzieścia identycznych. No cóż… na szczęście mamy nasz własny znak rozpoznawczy – zawieszone na tyczce żółte słoneczka zwane pieszczotliwie fikołem. Tego nikt nie podrobi.

Wróćmy jednak do pani Katarzyny, która okazuje się równie sympatyczna i uśmiechnięta, co nudna. Koszmarnie nudna. Nudniejsza niż opisy przyrody w „Nad Niemnem”, „Cierpienia Młodego Wertera” i książka telefoniczna razem wzięte. A w dodatku obdarzona jest głosem, który nadaje się idealnie do czytania bajek na dobranoc. I tak wędrujemy przed siebie, ciekawe szczegóły giną w natłoku nudy ogólnej, młodzież cierpi, dorośli cierpią, ja robię dobra minę do złej gry, ale cierpię na równi z nimi. Albo i gorzej, bo wiem, że te miejsca można doskonale „sprzedać”, jeśli włoży się w to trochę serca i pasji. Przerwa w zwiedzaniu. Dostajemy piętnaście minut czasu wolnego gdzieś w sercu Hradczan. Grupa rozsiada się obok mnie i rozmawiamy sobie o tym, co widzieliśmy. Nuuuuudaaaaa…. – marudzą i mają słuszność, a ja staram się im sprzedać trochę ciekawostek, pokazać, że to jednak fajne, interesujące miejsce. Wiedzę mam tysiąc razy mniejszą niż nasza pani Katarzyna, nie mam co do tego wątpliwości, ale jednak mój głos aż tak nie usypia. Mija kwadrans, mija dwadzieścia minut. Orientuję się, że jesteśmy spóźnieni na zbiórkę, ale w wyznaczonym miejscu nie ma naszej przewodniczki. Zostawiam więc grupę i idę jej poszukać. I znajduję już po chwili, zupełnie niedaleko. Ukryta za załomem muru, siedzi w jakiejś wnęce na drewnianym krześle i… śpi. Naprawdę śpi. Widać i samą siebie uspała.

Ireczek by przejechał!

Drugim miastem docelowym naszej imprezy był Wiedeń, zanim jednak do niego dojechaliśmy, trzeba było objechać Pragę, a poruszanie się po tym mieście – jak po większości wielkich miast – wcale nie jest proste. Zwłaszcza jeśli jeździsz wielkim autobusem. I jeśli masz na pokładzie jedną niecierpliwą panią Anetkę (o jej podróży Londyńskim Okiem możecie poczytać TUTAJ). Mimo wszystko szło nam nieźle: trochę pieszo, trochę autokarem, czasem nawet kolejką linowo-terenową. W takiej sytuacji coś musiało w końcu się stać i rzeczywiście stało się.

Późne popołudnie, po całodziennym lataniu po mieście idziemy na zbiórkę. Docieramy, daleko na horyzoncie pojawia się nasz autokar i nagle szeroka wielopasmowa droga, jedna z głównych arterii miasta staje. Po prostu staje. A raczej stają auta jadące w tym kierunku, w którym chcemy jechać my. Bo w przeciwnym samochody jadą bardzo sprawnie, a po chwili tamta strona drogi całkiem pustoszeje. Dzwonię do kierowców, którzy już zdążyli dowiedzieć się przez radio, że na trasie była kraksa i przejazd jest chwilowo kompletnie zablokowany. Trudno, siła wyższa. Nie mamy na to wpływu. Grupa wygodnie lokuje się na okolicznych ławeczkach: młodzież śmieje się i rozmawia, dorośli piją kawę z automatu. Rzekłbyś, idealna reakcja na niezależną od nas sytuację. Do następnego punktu programu mamy duży zapas czasu, więc i ja wrzucam na luz. Ale nie ona. W pani Anetce, kobiecie o złotym sercu, ale duszy niezwykle zapalczywej, nagle budzi się lwica, która postanawia walczyć o każdą cenną minutę, jakby od tego zależało nasze życie. W trosce o grupę oczywiście, bo jej własna wygoda i komfort nie mają żadnego znaczenia. Co trzy minuty podchodzi do mnie z prośbą, z żądaniem wręcz zadzwonienia do kierowców, a tłumaczenia, że autokar stoi dokładnie tam, gdzie stał i niewiele można zmienić w tej sytuacji, jej nie przekonują. „Trzeba do nich dzwonić, nie można tego tak zostawić, niech oni COŚ zrobią” – trajkocze, a ja zastanawiam się, co mieliby zrobić nasi biedni szoferzy stojący w sznurze samochodów na drodze, skąd nie da się nawet skręcić, bo najzwyczajniej w świecie nie ma żądnej bocznej ulicy. „Inni kierowcy na pewno być coś wymyślili! Ireczek by coś wymyślił!” – deklaruje, wspominając – nie pierwszy zresztą raz na tej imprezie – swojego ulubionego kierowcę wszechczasów.

W końcu auta zaczynają się poruszać, powoli, bardzo powoli posuwają się do przodu. Ruch wahadłowy i konieczność zwolnienia w okolicy wypadku robią swoje. Wydawałoby się, że powinno to ostudzić zapędy pani Anetki, ale ona dostaje dodatkowego zastrzyku energii. „A może niech zawrócą i pojadą jakoś dookoła?”, „A może pojedziemy metrem i spotkamy się z nimi po drugiej stronie korka?”, „A może pójdziemy w ich kierunku i wsiądziemy do autokaru przy drodze?” – strzela kolejnymi pomysłami, a kiedy ja nie wykazuję entuzjazmu i odmawiam kolejnego telefonu do kierowców, którzy pewnie i tak są cali w nerwach, zaczyna mobilizować do marszu grupę, która całą tę sytuację obserwuje z miną pod hasłem „ale o co chodzi?”. W końcu, po kolejnych kilkunastu minutach, autokar podjeżdża, a my pakujemy się do środka. Ostatnia wsiada pani Anetka i już w wejściu rzuca do kierowcy: „Co tak długo? Ireczek na pewno by przejechał!”. Z pewnym niepokojem czekam na reakcję naszego kierowcy, który należy raczej do tych z niewyparzonym językiem. Ale on, ze stoickim spokojem, spogląda na nią, uśmiecha się i odpowiada: „Pani Anetko, ale ja nie wiedziałem, że się śpieszymy. Trzeba było zadzwonić, to rozłożyłbym skrzydła”.

Bitwa pod Wiedniem

Zwiedzanie Wiednia upływa bez większych wpadek. Najpierw przez 45 minut szukamy naszego przewodnika. Zgodnie z ustaleniami czeka na Mexikanplatz – takie miejsca spotkania wpisała nasza organizatorka w formularzu rezerwacyjnym, kierując się nostalgicznymi wspomnieniami z czasów głębokiej komuny (to tutaj na handel przyjeżdżali drobni handlarze i spekulanci, który sprzedawali bawełniane gacie, żeby kupić i upłynnić w Polsce eleganckie bluzki 95% poliester), nieświadoma, że od tamtych czasów miejsce to jednak się zmieniło i, ze względu na swoją rozległość i zabudowę, zdecydowanie nie nadaje się jako punkt zbiórki. Potem przez kwadrans wyciągamy zatrzaśniętą w toalecie w Schönbrunn licealistkę, która – jak się okazuje – w panice przekręcała klucz w niewłaściwą stronę, a na koniec przez prawie dwadzieścia minut czekamy na dwie panny (te artystki od kanapek w bufecie – czytaj TUTAJ), które wprawdzie widziały, że ich szukamy, ale były głodne i spokojnie stały w kolejce po lody, choć właśnie zbieraliśmy się na obiad. Generalnie bez większych ekscesów.

Ale ukoronowaniem tego wyjazdu nie są wcale zabytki, opera, fontanny czy nawet lody. Ukoronowaniem tego wyjazdu, na myśl o którym uśmiech sam ciśnie mi się na usta, okazuje się wizyta na wzgórzu Kahlenberg, skąd w 1683 roku Król Polski Jan III Sobieski dowodził zwycięską bitwą o Wiedeń z Turkami. To ostatni dzień wycieczki, grupa w radosnych nastrojach, zintegrowana i zżyta. Pomysł rodzi się spontanicznie, gdy do wzgórza zostaje nam jakieś dwadzieścia minut drogi – robimy inscenizację bitwy. Zanim dojedziemy do parkingu, grupa podzielona jest na armię polską i turecką, role króla, Marysieńki, hetmanów i innych kluczowych postaci rozdane. Co więcej, frakcja turecka ma namotane na głowach turbany, a husaria wymalowane wąsy. W krzakach przy parkingu szybko znajdują się patyki imitujące broń, a co bardziej pomysłowi robią sobie husarskie skrzydła z gałęzi.

Wspinamy się na wzgórze. Niedzielny poranek. Pięknie świecące słońce. Przypada mi rola narratora i jednocześnie reżysera przedstawienia. Naszym Wiedniem zostaje Bogu ducha winny Daewoo Tico, kolor przybrudzona biel. Wojska zajmują strategiczne miejsca. Na dany przeze mnie sygnał ruszają do boju. Nie myślcie sobie jednak, że to bezmyślna łupanka – ruchy armii i taktyka zgodne są z historyczną prawdą, turecka armia oblęża Tico, husaria wypada z krzaczorów z dzikim wrzaskiem. Zwycięstwo, euforia, okrzyki radości i jęki rannych. Król Jan III Sobieski dyktuje list do swojej ukochanej Marysieńki, który ta odbiera ze łzą w oku. Tryumfator stoi przed maską ocalonego właśnie Tico-Wiednia i przyjmuje hołd pokonanych, u jego stóp leżą – na serio leżą na trawie! – niewolnicy i łupy. I właśnie wtedy, z małej kapliczki, która znajduje się na szczycie wzgórza, zaczynają wysypywać się ludzie, którzy przyjechali tu na niedzielną mszę. Ze zdziwieniem patrzą na nasze spocone twarze, na nasze turbany, wąsy, gałęzie. Cisza. Nagle z tłumu wychodzi dobrze zbudowany, wysoki jegomość o ponurej minie. Przeciska się między nami, podchodzi do Tico – swojego Tico!!! – i nieśmiało pyta: „May I…” („Czy mogę…”), robiąc nieokreślony gest w stronę samochodu. A nasz Jan III Sobieski, niezrównany Andrzejek z sześćdziesiątką na karku, peleryną z koca i papierową koroną na głowie, patrzy na niego z marsem na czole i z miną łaskawcy odpowiada: „Możesz, dobry człowieku”. I wtedy wszyscy, nawet ci biedni Austriacy, którzy nadal nie do końca wiedzą, co tu się w ogóle dzieje, zaczynają się śmiać. Śmiać do łez. A ten śmiech idealnie zamyka całą wycieczkę.

I to by było na tyle. Tak się skończył nasz weekend w prasko-wiedeńskich klimatach. Jeśli i Tobie zdarzyło się odwiedzić tamte strony, pochwal się i podziel swoimi wspomnieniami w komentarzach tutaj lub na Facebooku.

PS. Moja rola skończona, teraz kolej na Ciebie. Jeśli spodobał Ci się ten tekst, polub go lub udostępnij. Zadowolony czytelnik to najlepsza mobilizacja do pisania po nocach!

Reklamy