Dramat domowy w trzech aktach.

Akt pierwszy: ona z nogą w gipsie siedzi na kanapie i pije herbatkę. Panika. Wszyscy zginiemy!!! Kto zadba o dom, zrobi zakupy, ugotuje, wypierze!?! Koniec świata!!!

Akt drugi: on podejmuje wyzwanie i udaje się – wspierany przez dwójkę dzieci w wieku szkolnym – w misję śmiertelnie niebezpieczną, żeby nie powiedzieć niewykonalną. Na zakupy do supermarketu!!! Jeśli mieliście wątpliwość, co znaczy, być bohaterem własnego domu, to teraz macie jasność.

Nadchodzi moment próby, pada oto straszne pytanie: „co podać?”, a nasz chłopek oblany potem przyznaje, że nie wie. I chyba tylko wstawiennictwo świętego Markulfa, patrona kupców drobnych towarów, oraz pomocna dłoń uśmiechniętego pana na stanowisku wędliniarskim ratują go od zguby. Mięso jest, szynka jest. Sukces jest. W międzyczasie dzieciaki załatwiają sprawę sera, pokazując paluchem, że chcą „TO”. Tryumf, fanfary, order z ziemniaka i można wracać do domu.

Akt trzeci: ona z nogą w gipsie dalej na kanapie. On bidulek, bohater mimo woli, samotnie stawia czoła kolejnym wyzwaniom. Nakrywa do stołu. Wyjmuje mięso z piekarnika. Podaje obiad. Udało się! Upieczone! Widmo śmierci głodowej oddalone na czas jakiś. Wesoła muzyka. Wszystkie drogi prowadzą do szczęścia – przekonuje z uśmiechem ona. Łatwo jej mówić, to nie ona będzie musiała pozmywać…

*  *  *

 

Zagotowałam się. Rzadko oglądam telewizję, ale jak już włączam, to mam niemal stuprocentową pewność, że zobaczę coś, po czym mam ochotę przegryźć sobie tętnicę udową. Pomijam Wiadomości czy inne Panoramy, bo szkoda sobie podnosić ciśnienie, ale to, co można zobaczyć w reklamach – a mam wrażenie, że w niektórych stacjach bloki reklamowe stanowią główny składnik ramówki – doprowadza mnie do rozpaczy. Czy reklamodawcy naprawdę wierzą, że jesteśmy aż tak głupi i naiwni? Czy próbują nas takimi uczynić? A może – o zgrozo! – naprawdę już tacy jesteśmy?

 

Dramat domowy w trzech aktach to bynajmniej nie mój wymysł. Aż tak bogatej wyobraźni nie posiadam. To streszczenie jednej z reklam, które wpisują się w coraz ostatnio popularniejszy nurt pod hasłem „bez kobiety w domu facet dupa”. W reklamowym świecie mężczyzna z gorączką rzędu 38 stopniu cierpi spektakularnie i widowiskowo, dopóki pomocnej dłoni nie poda mu jego ukochana. Bo przecież on sam nie potrafi sięgnąć po lekarstwo do apteczki. Jeśli – nie daj panie jeżu – to ona zachoruje, dom wali mu się na głowę, dzieci dostają szajby, a przed ostateczną zagładą ratuje go tylko magiczny specyfik, który stawia na nogi ją oczywiście, zbawczynię domowego ogniska. Bo on, generalnie, to się na tym wszystkim za bardzo nie wyznaje [tutaj lekko uroczy, lekko zakłopotany uśmiech]. Jeśli ma wstawić pranie, niechybnie wypierze czerwony sweter z białymi koszulami. Do zmywarki wrzuci talerze pełne resztek, żelazkiem przypali swoją najlepszą koszulę, a lody zapomni wstawić do zamrażarki, więc rozpuszczą się i zaleją haftowany ręcznie (przez nią oczywiście) obrus i dywan ze ślubnego posagu. Ugotować też nie umie, więc w czasie jej nieobecności padłby z głodu – a z nim razem dzieci – gdyby z odsieczą nie przybył mu rynek dań gotowych lub ewentualnie obiady domowe u babci Zosi. No i jeszcze te dzieci – młodszemu założy pieluchę tył na przód, starsze zamiast do szkoły zawiezie do przedszkola, a nastolatce kupi plecak z Kubusiem Puchatkiem. Samo życie. Bo przecież tak właśnie to na co dzień wygląda…

 

No dobra, to niby tylko reklama. Żart taki, powiecie. Nie ma się o co gorączkować. A ja wam powiem, że mnie to wkurza! Traktujemy te filmy trochę jak dowcip, trochę jak krzywe zwierciadło. Uśmiechamy się porozumiewawczo nad nieporadnym facetem, którego ocalić może tylko kobieta. Kiwamy głową i dowcipkujemy z koleżanką, że „mój stary to na katar umiera”, „a mój to nic w domu nie zrobi”, „a wszyscy faceci tacy sami”. Paradoksalnie, w ten sposób same przyczyniamy się do upowszechniania stereotypu, który dawno już powinien stracić pokrycie w rzeczywistości, dawno już powinien odejść w przeszłość. I w wielu rodzinach rzeczywiście odszedł! To może zabrzmi banalnie, ale czasy się zmieniły. Na szczęście coraz więcej jest rodzin, coraz więcej jest związków, w których obowiązki domowe są obowiązkami wszystkich domowników a nie jednej tylko kobiety. Coraz częściej faceci aktywnie włączają się w czynności dawniej uznawane za typowo kobiece, od gotowania, przez sprzątanie po opiekę nad dziećmi. Nadal jeszcze zdecydowanie częściej to on pracuje zawodowo, a ona zostaje w domu z dziećmi, ale rośnie świadomość, że ona w tym domu nie siedzi, że zajmowanie się dziećmi to ciężka robota. Jasne, wiele jeszcze w tym zakresie do zrobienia, wiele jeszcze głów do uświadomienia, ale powoli robimy kroki w dobrym kierunku. Takie reklamy, takie żarciki, to krok do tyłu. Zaprawdę powiadam wam, robimy to źle!

 

Robimy źle jemu

No to popatrzmy na niego, na tego pierdołę, którego z naszego faceta robią reklamy. Dorosły, inteligentny człowiek, świetnie radzący sobie w pracy zawodowej, w domu nagle dostaje zaćmienia umysłu. Wprawdzie ogarnia komputer, ale pokrętła od pralki już nie, bo wybuchnie, a zresztą tam jakieś obrazki narysowane są, co to on ich nie rozumie. Obsługuje ciężki sprzęt, ale odkurzacza nie uruchomi, chyba z obawy, że go rura pożre. Analizuje raporty finansowe, ale przepisu na pieczeń nie ogarnie, a jeśli nawet spróbuje, to na pewno pokaleczy nożem palce, a do sosu dosypie cukru zamiast soli. No serio? To chyba bardziej straszne niż śmieszne.

Nie mówię, są faceci, którzy do prac domowych mają dwie lewe ręce, podobnie jak są też i takie kobiety. Tych drugich jest pewnie mniej, znacznie mniej, ale warto się zastanowić nad powodami. A odpowiedź jest prosta: bo one nie mają wyjścia. Skoro pierdoła nie podoła, to partnerka pierdoły po prostu musi. On jest biedny, on nieporadny, on zagubiony. Daj, daj, zrobię to za ciebie, zrobię lepiej, zrobię szybciej – mówimy, robimy, przejmujemy obowiązki. My, królowe domowego ładu i nieładu. To my przyczyniamy się do tego, że nasi faceci stają się pierdołami. Bo ich wyręczamy, bo ich zastępujemy, bo im odpuszczamy. Nie dość, że często nie wymagamy pomocy, nie domagamy się jej głośno i regularnie, to nierzadko tłamsimy nawet inicjatywy własne naszych panów. Bo wiadomo, jak to facet, zaraz będzie trzeba po nim poprawiać, to już lepiej od razu samemu zrobić… Z góry zakładając męską nieporadność w domowych obowiązkach zniechęcamy naszych partnerów do chwycenia za miotłę czy chochlę, podkopujemy wiarę w siebie, a w końcu dajemy dobrą wymówkę „ja się nawet za to nie zabieram, bo ona to lepiej zrobi”, „ja to nie jestem stworzony do sprzątania” itd. Tylko, że zdradzę wam małą tajemnicę – ona też nie jest do tego stworzona, ona też na początku robiła pewne rzeczy nieporadnie, też zaliczała wtopy, ale nauczyła się, ćwiczyła, doszła do wprawy. Pewnie zresztą praktyki odbywała już od małego, u boku mamy, bo przecież taka naturalna kolej rzeczy. Teraz ona już umie. Fajnie by było, gdyby pozwoliła i jemu się nauczyć. Bez oceniania, bez kpin, bez uszczypliwości, za to z prawem do błędów i wpadek.

I jeszcze jedno – przypinanie takiej etykietki pierdoły facetom w domu jest zwyczajnie niesprawiedliwe wobec tych mężczyzn, a na szczęście jest ich coraz więcej, którzy wiedzą, że pralka nie gryzie, a zmywarka wcale nie aktywuje się tylko od kobiecego dotyku. Nie zniechęcajcie się głupimi żartami, panowie! Lubimy was!

 

Robimy źle sobie!

Patrząc na naszych facetów jak na pierdoły, które nie potrafią sobie poradzić w domowej codzienności, przyczyniamy się do budowania świata czarno-białego, w którym kobieta nie ma prawa i możliwości wyboru. W takim świecie WIADOMO, że to ona zostanie w domu z dziećmi, a on będzie pracował. To naturalne, jedynie akceptowalne. A przecież nie musi tak być. Są już na szczęście pary, gdzie to ojciec zawiesza karierę zawodową, żeby zająć się dziećmi, a ona wraca do pracy i utrzymuje dom. No i super – jeśli im obojgu to pasuje, to niech tak będzie. Są też i takie związki, gdzie takiej opcji nie bierze się pod uwagę, bo „tak się nie robi”, „co ludzie powiedzą”, „koledzy mi żyć nie dadzą”. I to już jest smutne, bardzo smutne, jeśli swoje życie kształtuje się pod dyktando i przez pryzmat opinii innych. Ale jest też i trzecia opcja – pary, które w tradycyjnym układzie sił nie czują się zadowolone, ale nawet im do głowy nie przyjdzie zmiana schematu. No bo przecież wiadomo, że on w pracy, a matka w domu z dziećmi być musi. Bo on sobie nie poradzi tu, a ona sobie nie poradzi tam. Niby świat idzie do przodu, ale gdzieś w naszych głowach ciągle tkwią te stare schematy myślowe, ciągle je utrwalamy. Tacy jesteśmy nowocześni, tak ze stereotypami walczymy, a potem buch, pan Robert chciał tylko umyć lodówkę, a urwał drzwi i wypalił dziurę w posadzce. Lepiej niech się zajmie swoimi raportami i wiertarkami, a jej da ścierkę.

I jeszcze jedno – w reklamowym świecie ona jest jego wybawcą jedynie w sprawach z zakresu mycie, odkurzanie, gotowanie, przewijanie. Nie widziałam ani jednej sytuacji, żeby ocaliła jego tyłek w kwestiach zawodowych – może mu wprawdzie błyskawicznie sprać plamę z koszuli przed superważnym spotkaniem z klientem, ale nie podsunie pomysłu na kampanię reklamową, nie podpowie, jakie akcje kupić, nie doradzi w wyborze traktora. Ona zna się tylko na jednym – na domu i dzieciach i to w wymiarze spłyconym aż do bólu i ograniczonym do wyboru proszku zapachowego albo właściwego syropka dla małego niejadka. W reklamowym świecie tata jest ekspertem od poważnej pracy, a mama jest ekspertem od domu. Tylko kto by brał na serio eksperta od zupy jarzynowej i cerowania skarpetek?

 

Robimy źle dzieciom!

Odbiorcami takich reklam, takich haseł, takich żartów jesteśmy nie tylko my, dorośli, którzy – przynajmniej teoretycznie – możemy sobie pewne treści przefiltrować, ale też dzieci. To im wbija się do głów, że mama jest od garnków, a tata od komputera, mama od sprzątania, tata od budowania latawca, mama od odrabiania lekcji, tata od szalonych eksperymentów. Takie schematy kodują się w małych głowach i zostają w nich na zawsze. I to nasza, rodziców, rola – a mam tu na myśli zarówno mamy, jak i ojców – żeby coś w tej kwestii zmienić. Bo dzieci, wiemy to dobrze, uczą się przez naśladowanie i swoje wzorce wynoszą z domu, a uwolnić się od wpojonych na wczesnym etapie przekonań wcale nie jest łatwo.

Niezależnie od płci naszych dzieci warto dbać o to, żeby pokazywać im dobre przykłady, uczyć wspólnej odpowiedzialności za dom i wiążące się z nim obowiązki. Chłopiec, który nigdy nie pomagał w gotowaniu, który nigdy nie widział gotującego taty, raczej nie chwyci spontanicznie za garnek. Chłopiec, który nigdy nie pomagał w odkurzaniu, który nigdy nie widział odkurzającego taty, raczej nie obudzi się pewnego dnia z nieposkromionym pragnieniem sięgnięcia po odkurzacz. Listę można by wydłużać niemal w nieskończoność, ale kluczowe jest to, żeby naszych synów od samego początku oswajać z domowymi obowiązkami jako czymś NIE przypisanym jednej tylko płci. Zresztą dotyczy to nie tylko chłopców. Dziewczynka, która przy zmywaniu widziała zawsze tylko mamę, która tatę w kuchni spotykała tylko jedzącego posiłek, jako dorosła kobieta raczej nie będzie szukała u swojego partnera pomocy w domowych czynnościach, nie będzie jej oczekiwała. Może za to, jak to się często dzieje, mieć przeświadczenie, że to ona jest za to wszystko odpowiedzialna, to ona ma to ogarnąć, to ona musi sobie poradzić. A jeśli sobie sama nie radzi, jeśli czuje się zmęczona i przeciążona, to przecież coś z nią na pewno nie tak. Bo mama sobie radziła, bo babcia sobie radziła, bo prababcia… Tylko czy one rzeczywiście sobie tak świetnie radziły? A nawet jeśli, to czy każda dziewczynka musi być i musi chcieć być perfekcyjną panią domu?

 

Mówi się czasem, że każdy ma w świecie swoja rolę do spełniania. I ja się z tym zgadzam. Tylko myśląc „każdy” mam na myśli każdego pojedynczego człowieka, a nie ludzkie kategorie. „Kobiety” i „mężczyźni”, „wykształceni” i „niewykształceni”, „mieszczuchy” i „wieśniaki” – przypinamy sobie i innym etykietki, spodziewając się i oczekując określonych zachowań i określonych cech. To w takiej właśnie optyce, mocno opartej na tradycyjnym modelu rodziny i wychowania, kobieta ma spełniać się w domu, a mężczyzna poza nim. Tylko że ta optyka, w której pani żona realizuje się, programując pralkę, a pan mąż cierpi katusze na samą myśl o zmywaniu naczyń, jest zwyczajnie zezowata. Nie pozwólmy sobie narzucić takiego myślenia. I choćby wszyscy producenci reklam na świecie przekonywali nas, że wszystkie te drogi prowadzą do szczęścia, to – drogie panie – nie pozwólmy im robić i same nie róbmy pierdół z naszych facetów! A jeśli spróbujemy, to wy – drodzy panowie – po prostu się nie dajcie! Wbrew temu, co się nam i wam wmawia, facet-pierdoła w obowiązkach domowych nie jest ani uroczy, ani zabawny, ani atrakcyjny. Jest po prostu pierdołowaty.

Reklamy