Dziś czwartek, a czwartki na blogu oznaczają przeskok w czasie i powrót do epoki pilotowania wycieczek w czasach przedmatkowych. Dzisiaj zabieram was do miejsca jedynego w swoim rodzaju – do mojego ukochanego Rzymu. O dzikich tłumach, przygodzie w metrze i pensjonacie, który nie był na nas gotowy. Zainteresowani? Wskakujcie do wehikułu!

Jeśli miałabym ocalić przed zniszczeniem jedno, jedyne miasto na świecie, to pewnie byłby to Rzym. Zachwyca historią, zabytkami, klimatem oraz różnorodnością i bogactwem. Labirynt wąskich uliczek, piękne budowle na każdym kroku, perełki ukryte za zakrętem, niesamowite muzea, pyszne lody no i oczywiście AS Roma, jedyny w swoim rodzaju klub piłkarski na świecie. Wymieniać mogłabym długo, bardzo długo. Kiedy okazało się, że właśnie tam mogę zabrać jedną z naszych zaprzyjaźnionych grup, nie mogłam być szczęśliwsza.

Polskie klimaty

Do Rzymu docieramy po długiej podróży i wszyscy marzą tylko o tym, żeby rozprostować nogi. Szybkie zameldowanie w pensjonacie i wychodzimy na pierwsze spotkanie z miastem. Zgodnie z planem celem jest Bazylika na Lateranie, którą mamy w zasięgu pieszej wędrówki. I tak sobie idziemy, mijamy kolejne ulice, chłoniemy klimat. Jest pięknie – za sobą zostawiliśmy zimną i deszczową wtedy Polskę, teraz nad nami błękitne niebo i ciepłe słońce, a wokół piękna architektura. Docieramy do Bazyliki, wchodzimy, zwiedzamy, wszyscy zachwyceni, zaciekawieni, pełni dobrych emocji. W środku spędzamy może pół godziny, wychodzimy i… mamy ochotę się cofnąć. Na zewnątrz szare, ponure niebo, słońce znikło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zaczyna padać deszcz. Stoimy przez chwilę jak oniemiali. Cisza. A deszcz pada, coraz bardziej pada. „Czuję się, jakbyśmy właśnie wrócili do Polski” – rzuca żartem jeden z turystów. Patrzymy na niego, a za jego plecami, zupełnie niedaleko, widzimy stragan z pamiątkami. W ofercie same cuda: Jan Paweł II uśmiechający się z dna popielniczki, złote Jezuski nadziane na długopis, papież Benedykt w szklanej kuli z płatkami śniegu i gipsowe odlewy zabytków, w tym także różnych części ciała golasów z rzymskich muzeów. A wszystko to zdobi i podsumowuje kartka ze swojsko brzmiącym napisem „u nas taniej niż w Biedronce”…

Pensjonat, który nie był na nas gotowy

Przygotowanie tej wycieczki odbywało się trochę na wariackich papierach. Sytuacja kształtowała się dynamicznie – zmieniał się rozmiar grupy, kolejność zwiedzania, pojawiały dodatkowe atrakcje-niespodzianki, jak choćby niesamowite katakumby, które oczarowały wszystkich. Na dwa miesiące przed wyjazdem okazało się, że nasz hotel na przedmieściach możemy zamienić na świeżo wyremontowany pensjonat w samym centrum, rzut beretem od stacji Termini, serca komunikacyjnego miasta. Szybka konsultacja z grupą, szybka akceptacja. I oto w piękny kwietniowy poranek lądujemy w pensjonacie, który pachnie świeżością, bije w oczy niedawno pomalowanymi ścianami, zachęca wygodnymi, jeszcze przez nikogo nie testowanymi łóżkami. Właściciel wita nas serdecznie, choć wydaje się lekko zakłopotany. Zakładam beztrosko, że pewnie całą noc spędził na sprzątaniu po remoncie, bo nasze pokoje wyglądają jak spod igły. Ale powody jego zakłopotania wyjaśniają się szybko, bardzo szybko.

Kiedy wieczorem zasiadamy do kolacji w skromnej jadalni, na stoły wjeżdżają tradycyjne włoskie dania podane na… plastikowej zastawie. Tego się nie spodziewaliśmy w pensjonacie o takim standardzie. Zaaferowana i zachwycona miastem grupa w sumie szybko przechodzi nad tym do porządku dziennego, ale biedny Daniele (nasz gospodarz) jest niepocieszony. „W ostatniej chwili zdążyliśmy z malowaniem, ale z zastawą już nie zdążyliśmy. Chcieliśmy być na was gotowi, ale nie udało się” tłumaczy smutno, jakby stało się coś okropnego. Co ciekawe, w całym towarzystwie to on jest najbardziej przejęty całą tą sytuacją. Cała reszta zatonęła już w morzu spaghetti i tiramisu i wcale nie ma ochoty się z niego wynurzać.

Watykańskie potyczki

Największym wyzwaniem w przygotowaniu tej wycieczki był fakt, że liczebność grupy niemal do końca była słodką tajemnicą losu. Bardzo długo ekipa była mała, malutka tak, że rozważaliśmy zamianę autokaru na jakiś mniejszy busik, żeby potem, z dnia na dzień, w ciągu dwóch tygodni urosnąć do rozmiaru pełnowymiarowej grupy wycieczkowej. I wtedy pojawił się jeden problem, który wydawał się malutkim problemikiem, a okazał się… no cóż… okazał się niezłą przygodą. Otóż w czasie modyfikowania rezerwacji na wizytę w muzeach watykańskich po zwiększeniu ilości uczestników system najpierw wyświetlił wywołujący palpitacje serca napis „errore”, a potem padł i zeżarł naszą rezerwację doszczętnie, do ostatniego okruszka. Nowej nie dało się założyć z uwagi na brak miejsc, więc pozostała nam improwizacja. „Nic to, jakoś sobie poradzimy” – pomyślałam naiwinie, bo moje dotychczasowe wizyty wśród watykańskich skarbów odbywały się raczej bezproblemowo, a w kolejce stałam najwyżej pół godziny. Tylko że to było poza sezonem, a nie w czasie weekendu majowego…

I tak oto, kiedy – zgodnie z naszym szatańsko przebiegłym planem – zameldowaliśmy się pod wejściem do muzeów na godzinę przed otwarciem kas okazało się, że końca kolejki nie widać nawet na horyzoncie, bo kryje się za zakrętem i jeszcze jednym zakrętem, i jeszcze jednym zakrętem… Na oko wyglądało to na jakieś pięć godzin czekania, a nasz program zdecydowanie nie pozwalał na taką obsuwę. Zostawienie jednego ochotnika, żeby trzymał kolejkę dla reszty, oznaczało skazanie biedaka na rozszarpanie przez dziki tłum, a tego nie życzyłam nawet turystce, która pytanie „a co to za budynek?” powtórzyła 46 razy w ciągu dziesięciu minut (serio, liczyłam! I bynajmniej nie chodziło o jakieś istotne budowle). Sposób na urok osobisty wspomagany dekoltem nie wchodził w grę, na straży przejścia dla grup stała pani, miła, ale bardzo stanowcza i wcale nie zachwycona tym, że czeka ją jeszcze dobrych kilka godzin użerania się z namolnymi turystami w pełnym słońcu (wiadomo, jak mieliśmy być pod dachem to zrobiło się prawie trzydzieści stopni…). W takiej sytuacji pozostało nam tylko zaciągnięcie pasa i kupienie biletów u pośrednika, który robił na tym złoty interes.

Zaczepiam więc miłego pana, co to niby sobie tylko stoi z gazetką, ale „chcesz kupić bilet, chcesz kupić bilet” wyśpiewuje pod nosem bez przerwy. No chcę kupić. Idziemy do biura, w którym plącze się cała gromada takich desperatów jak ja, dostajemy voucher z pieczątką, która wygląda tak, jakby ktoś przybił ją kartoflem i to nie pierwszej świeżości. Dla bezpieczeństwa biorę pana pod rękę i domagam się odtransportowania z grupą pod bramki do muzeum, a on – choć z pewną paniką w oku – się zgadza. Chyba bidulek bał się, że chcę go porwać.

No i idziemy… Alberto od kartoflanej pieczątki, banda desperatów z voucherami, w tym ja, a za mną moje niemal pięćdziesiąt owieczek. Tłum gęstnieje, mijamy kolejkowiczów i czujemy, jak temperatura po drugiej stronie barierek rośnie. Robi się coraz ciaśniej i ciaśniej. „Nic się nie martwcie” – uspokajam grupę. – „Wejdziemy do środka, to się zrobi luźniej”. Ale w środku panuje kocioł nieco tylko mniejszy niż pod wejściem. Alberto gdzieś znika… W myślach poddaję go całemu szeregowi tortur, wśród których rzucenie go w tłum oczekujących z hasłem „on ma w kieszeniach dodatkowe bilety” to najmniejszy pikuś. Po chwili wraca, wręcza nam bilety, uśmiecha się i życzy powodzenia. Nie podoba mi się ten uśmiech… Na szczęście bilety nie są trefne, spokojnie przechodzimy przez bramki i z tłumem płyniemy korytarzami. Na ścianach piękne obrazy, na suficie wspaniałe malowidła, dookoła intrygujące rzeźby. Kręcimy głowami oszołomieni i w zasadzie to jedyny ruch, na jaki możemy sobie pozwolić. Ścisk jest tak wielki, że unosząc ręce do góry z celu zrobienia zdjęcia, ryzykujesz, że do końca zwiedzania będziesz musiał pozostać w takiej pozycji. Co ciekawe, mimo ścisku, mimo gorąca, mimo depczących sobie po piętach tłumów, grupa jest zachwycona. „Patrz, jak fajnie, oglądasz takie dzieła sztuki, że dech zapiera, a przy okazji nawet nie musisz ruszać nogami, bo tłum sam cię niesie do przodu” żartuje niezawodny Andrzejek. Z czasem atmosfera trochę się rozluźnia, morze turystów rozpływa po poszczególnych salach. Umawiamy się więc, że i my się rozproszymy i spotkamy za półtorej godziny przy wyjściu z muzeum. Część grupy się rozchodzi, część trzyma się mnie i oglądamy razem. Idzie jak po maśle, a więc wiadomo, że musi się spitolić. W Kaplicy Sykstyńskiej rozproszeni członkowie grupy idą zgodnie z trasą zwiedzania, ale my nie dostępujemy tego szczęścia. Napływ turystów sprawia, że robi się niebezpiecznie i obsługa muzeum decyduje, że część ludzi trzeba wypchnąć przez wyjście łączące kaplicę z Bazyliką św. Piotra. I tak oto kończymy nasze zwiedzanie – 20 osób czeka w wyznaczonym miejscu zbiórki w muzeach watykańskich, podczas gdy pozostałe 30 stoi u wrót watykańskiej bazyliki, czyli jakieś półtora kilometra dalej… Żeby było zabawniej, plecaki tej trzydziestki, w tym cały sprzęt do malowania, jaki ze sobą zabraliśmy na popołudniowy plener, zostały oczywiście w muzeum…

Finał jest taki, że ze wsparciem trójki ochotników lecę po czekającą w muzeum część grupy i doprowadzam ich na plac świętego Piotra. Pędząc przez tłum z plecakami i torbami wiszącymi na każdym ramieniu muszę wyglądać jak jeden z handlarzy, którzy za dwa euro sprzedadzą ci koszulkę z obliczem Benedykta XVI przecenioną o 80%, albo kubek z Franciszkiem + Benedykt gratis (rynek jest okrutny – Benedykt dopiero co abdykował, a Franciszek właśnie zaczął swój pontyfikat, trzeba było pozbyć się zalegających w magazynach gadżetów…). Kiedy zatrzymujemy się na skrzyżowaniu, jakaś miła pani zaczepia mnie z uśmiechem i pyta, ile chcę za ten niebieski plecaczek, a miny policjanta kontrolującego cały ten mój absurdalny bagaż (On: „Który to Pani plecak?” Ja: No… te wszystkie…) na bramkach bezpieczeństwa przy wejściu na plac nie zapomnę nigdy w życiu.

Metro, metro i po metrze

Zwiedzanie Rzymu najlepiej uskuteczniać na pieszo, bo centrum usiane jest tyloma atrakcjami, że szkoda tracić okazję do ich podziwiania. Ale czasem, gdy zmusza do tego pośpiech albo większa odległość, trzeba skorzystać z metra. Tak było i z nami. Wielka mi rzecz, powiecie. Kupujesz bilet, wsiadasz, wysiadasz, jesteś. I niby tak – ale pomnóżcie to sobie przez grupę pięćdziesięciu osób i zrobi się ciekawiej.
Stacja niedaleko Schodów Hiszpańskich. Automat biletowy nie działa.
– Dzień dobry. Poproszę dwieście biletów – mówię po włosku do miłej pani w okienku.
– Proszę. Dwa bilety – odpowiada mi z uśmiechem.
– Ale ja chciałam dwieście biletów – powtarzam.
– Aaa… dwadzieścia biletów. Twenty! – przechodzi na angielski, uśmiechając się z politowaniem nad turystką, która chce mówić po włosku, ale chyba niezbyt umie. Dodatkowo pokazuje mi kartkę, na której kaligrafuje 20.
– Nie dwadzieścia! Dwieście biletów! – powtarzam stanowczo, wyjaśniając, że jestem z grupą.
– Mamma mia! – mamrocze pod nosem miła pani i wzywa posiłki. A potem niejaka Giovanna przez 10 minut próbuje się doliczyć dwustu biletów dla nas.

Poruszanie się metrem idzie nawet sprawnie, dla części grupy to trochę taka dodatkowa atrakcja. Ale niestety – jak to w dużych miastach – środki transportu to też dobra okazja dla szukających łatwego zarobku i nie mam tutaj na myśli tylko objazdowych akordeonistów i śpiewaków wszelakich. My mamy pecha ostatniego dnia w Rzymie, w czasie ostatniego przejazdu. Wszyscy są już rozluźnieni, zmęczeni po całym dniu zwiedzania myślami błądzą gdzieś wokół jedzonka i łóżka. Zapominamy o ostrożności. Bandę kieszonkowców demaskuje jeden z naszych turystów, któremu złodziejka wyjęła z kieszeni paczkę chusteczek i – zobaczywszy, że to nic wartościowego – włożyła ją z powrotem! Ale ostrzeżenie przychodzi za późno – tracimy dwa paszporty i portfele, co oznacza, że w czasie, gdy grupa delektuje się pyszną pizzą i winem, ja i moje dwie sierotki gdzieś w labiryncie Termini szukamy posterunku policji, żeby złożyć doniesienie o kradzieży dokumentów. Jak się okazuje, nie jesteśmy bynajmniej pierwsi, bo banda bardzo skutecznie rozpanoszyła się tego dnia na obu liniach i wszystkich stacjach. „Takie miałam paskudne zdjęcie w tym paszporcie, w końcu je wymienię” mówi jedna z moich turystek, a druga patrzy na nią i wybucha śmiechem. „A mi się kolor mojej karty nie podobał” – dodaje od siebie. Mimo wpadki dziewczyny nie tracą dobrego humoru, Rzym oczarował je totalnie i absolutnie. Na szczęście szkody nie są wielkie – panie nie straciły głowy i szybko zastrzegły skradzione karty kredytowe. A wiecie, ile czasu upłynęło od kradzieży do pierwszej próby transakcji na jednej z nich? 4 minuty. A mówią, że życie we Włoszech toczy się powoli.

No i to by było na tyle. Trzy dni w Rzymie obfitowały w taką ilość atrakcji i emocji, że można by nimi obdzielić znacznie dłuższy pobyt. Ale takie to jest właśnie miasto. Za to je kocham. I na pewno zabiorę was tam jeszcze kiedyś! Bo to takie moje miejsce na ziemi. A jakie jest wasze?

PS. Moja rola skończona, teraz kolej na Ciebie. Jeśli spodobał Ci się ten tekst, polub go lub udostępnij. Zadowolony czytelnik to najlepsza mobilizacja do pisania po nocach!

Reklamy