Chyba zacznę częściej oglądać telewizję! A tak, nie dziwcie się. Tyle się na nią narzeka, tyle się krytykuje, a dla mnie to źródło nieustającej inspiracji, że o zwyczajnym dziwowisku nie wspomnę. Pisałam niedawno [TUTAJ] o dech w piersiach zapierającej reklamie, w której to dorosły facet, ojciec dzieciom i mąż żonie, nie tylko po raz pierwszy robi zakupy w supermarkecie, ale też – takoż po raz pierwszy – przygotowuje obiad. Bohater dnia codziennego, aż łzę wzruszenia uroniłam, jak się okazało, że jednak wszystkie drogi prowadzą ich do szczęścia. A przynajmniej tak twierdzi jego żona ze złamaną nogą, co pewnie po raz pierwszy od ślubu bezczynnie usiadła na kanapie i pewnie sobie myśli, że w sumie ten gips to nie taki znowu zły pomysł. Ale ja nie o tym miałam… Bo wiecie, dziś przypadkiem zupełnie, jak dzieci siedziały w wannie pod opieką taty, trafiłam na program, który chyba pobił wszystko, co ostatnio widziałam. Serio mówię.

Nazywa się to „On Cię ubierze”, chociaż w sumie to nazywa się jakoś inaczej w oryginale, bo to nie był polski program. Ale jeśli to rani wasze patriotyczne duszyczki, to się nie martwcie – nie minie sezon, może dwa, a i my skopiujemy ten wspaniały format ku pokrzepieniu serc i umysłów telewidzów. W każdym razie program polega na tym, że mąż niezadowolony jest ze sposobu ubierania się żony, więc zgłasza ją do programu, żeby – dla jej dobra oczywiście i żeby podnieść jej samoocenę – publicznie powiedzieć, że się zapuściła i o siebie nie dba, a potem zniszczyć jej całą garderobę, ze szczególnym uwzględnieniem bielizny, która seksowną mogła by być tylko dla mojej babci, a i to jedynie dlatego, że miała kokardkę z koronki na środku rozciągniętej gumki. W jaki sposób to akurat miało podnieść samoocenę żony, nie pytajcie mnie, bo ja nie ogarniam takich telewizyjnych niuansów. Ja to nawet żałowałam tych dzieci, co ich rodzice zapisują do talent show, bo potrafią ładnie powiedzieć wierszyk o żabie, a potem się okazuje, że inne dzieci potrafią dwa wierszyki, i te pierwsze odpadają, i jest im smutno, i płaczą. A ja płaczę razem z nimi, a podobno nie powinnam, bo to rodzice dla ich dobra robią przecież, i żeby kariery zrobiły, i były szczęśliwe, a nie że kasa i można sąsiadce dowalić, bo jej Zosia to dopiero na nocnik się uczy robić, a nasza Kasia już w telewizorze występuje. Ale znów odbiegłam od tematu, pewnie mi się to skakanie z kanał na kanał z telewizji udzieliło.

No i w każdym razie ten mąż zgłasza ją do programu, potem robi selekcję jej garderoby, a potem ma 5000 funciorów, żeby jej kupić nowe rzeczy. Ale ona oczywiście nie ma wpływu na to, co on jej kupi. No i trafił mi się taki odcinek super – prawie jak o mnie normalnie – że jest sobie para po trzydziestce (jak u mnie), on jest policjantem (no mój nie jest), ona pielęgniarką (no ja nie jestem) i mają dwoje małych dzieci (no ja mam). No i on pracuje, i ona też pracuje, ale oprócz tego zajmuje się dziećmi, odprowadza do przedszkola, odbiera, pierze, prasuje, sprząta, gotuje. Standard taki. I właśnie on, bidulek biedniutki taki, strasznie źle to znosi, że ona tak się zapuściła i zamiast w sukienkach i miniówach, jak kiedyś na randki, to w dresach chodzi i w bluzach z kapturem. I w adidaskach pomyka a nie na szpilkach. A jak podłogę zmywa, to nie wciąga na siebie fartuszka pokojówki, tylko w jakiejś rozciągniętej koszulce, a czasem to nawet – teraz się przygotujcie, bo to będzie strasznie – czasem to nawet ona ma na tej koszulce plamę po obiedzie, jak ją dziecko ubrudzi. No przyznacie, dramat to straszny, ja nie wiem, jak on to znosi. I ten mąż to się o nią bardzo martwi, tak strasznie martwi, bo ona kiedyś się więcej uśmiechała, i miała więcej energii, i mogła szaleć przez całą noc, a teraz jakoś zupełnie nie. On się domyśla, że to właśnie jest efekt tych beznadziejnych ubrań. Tak, tak. Nie że ona jest zmęczona, bo dzieci, bo dom, bo w zasadzie dwa etaty. To te paskudne dresowe bluzy z kapturem sprawiają, że ona zamiast na całonocne balety ma ochotę paść na łóżko i po prostu spać. I właśnie on w trosce o nią, ale to tylko o nią, no i może jeszcze odrobinkę o kondycję ich związku, postanawia jej pomóc, żeby ona odzyskała pewność siebie i atrakcyjność. Ale jeśli myślicie, że on jej tak postanowił pomóc, że na ten przykład przejął część jej obowiązków i podarował jej weekend w spa, albo karnet do kosmetyczki, to jesteście naiwni, bo to akurat by było zupełnie mało medialne i nikt by o tym programu nie zrobił.

No i są w tej telewizji. Najpierw pani rozmawia z naszą bohaterką – nazwijmy ją Anna – i ona jej mówi, że cieszy się bardzo na te nowe ubrania i odmianę w życiu i w sumie nie ma wielkich wymagań, tylko nie lubi ubrań zbyt krótkich, zbyt odsłaniających i zbyt obcisłych. Tylko żeby były dobrej jakości i wygodne, bo przy dzieciach to jednak jest kluczowa sprawa. Bo wiadomo, elegancja elegancją, jakąś fajną kieckę mieć wypada, ale do piaskownicy to się średnio sprawdzi mini i stringi, bo potem piasek wchodzi w otwory ciała i to nie jest fajne. I jak ona już powiedziała, co lubi, a czego nie lubi, to potem on wyrzucił i zniszczył jakieś 90% jej garderoby, zostawiając chyba ze trzy koszulki, jedne spodnie i buty, a potem poszedł na zakupy, żeby teraz ją ubrać tak, żeby wyglądała jak milion dolarów i czuła się wspaniale. I jeśli już widzicie w myślach, jak te pięć tysięcy zmienia się w eleganckie żakiety, gustowne sukienki, piękną, ale wygodną bieliznę, czy porządne, skórzane buty, w których noga czuje się jak w pantofelku Kopciuszka, to znowu się nie znacie ani na życiu, ani na telewizji. Bo oto policjant – nazwijmy go – Bob, wychodzi ze sklepu z dwoma parami superkusych szortów odsłaniających pośladki, czterema minispódniczkami, kilkoma bardzo, bardzo obcisłymi koszulkami i spodniami, naręczem stringów i kilkoma parami szpilek na 10 centymetrowym obcasie. Dla kobiety, która na co dzień albo biega za dziećmi, albo biega wokół pacjentów w szpitalu. No wiadomo, że ona właśnie tego potrzebuje. I żeby było jasne – to były całe jego zakupy – żadnych wygodnych spodni, żadnej bluzki bez wystających cycków, żadnych płaskich butów, żadnych bawełnianych gaci na gorsze dni. A te szorty to były skórzane.

Potem jest jeszcze lepiej – mimo krytycznych uwag kolegi i koleżanek wezwanych jako wsparcie, Bob bardzo jest zadowolony ze swojej misji i na wieczorne wyjście do lokalu, wysyła swojej żonie wdzianko pasujące raczej do mocno wyuzdanej nastolatki (kusy kombinezon przypominający mundurek szkolny), przyprawiając ją niemal o zawał. Ja to się jej dziwie, że ona to założyła i w tym wyszła – jednak musi tego Bobka kochać – ale jeszcze bardziej to się zdziwiły jej koleżanki, jak ją w tym zobaczyły. No ja myślę, wyglądała trochę jak gwiazda japońskiego porno, tylko bez skośnych oczu i nacierania się kurczakiem. Dopiero jej niezadowolenie z tego wdzianka oraz konsultacja ze stylistką dają Bobowi do myślenia – oddaje zakupione klamoty, a na ich miejsce wybiera porządne, pasujące do wieku i figury żony ubrania. Po drodze kuszą go kolejne fikuśne rajstopki i inne gadżety, a gdy stylistka pyta go, gdzie jego żona będzie je nosić, to Bob się rozmarza i mówi, że on by ją widział w takim wdzianku w domu przy gotowaniu albo sprzątaniu, bo to by było bardzo sexy. Tylko że Bob ewidentnie zapomniał, że w tym czasie na tej jej seksownej nóżce będzie wisiało jedno dziecko, podczas gdy drugie uczepi się kieszonki równie seksownego fartuszka, a to może znacznie utrudnić uskutecznianie jego erotycznych fantazji, bo jednak takie dzieci to niektórych elementów rodzicielskiego życia nie powinny zbyt szybko widzieć, a tym bardziej w nich uczestniczyć.

W końcu prowadząca odwodzi go od pomysłu zakupu kolejnych gadżetów przydatnych gospodyni domowej jak słomkowy parasol pingwinowi, a on sobie uświadamia, że w sumie to chyba miał kupić ubrania dla żony, a nie dla siebie. I zaczyna myśleć bardziej praktycznie, no może nie tak bardzo, żeby jej kupić choć jeden dres, bo to by była przesada i kuszenie losu (a nóż widelec ona znowu się zacznie zapuszczać?), ale kilka par dżinsów do koszyka wrzuca i nawet jakieś buty na płaskiej podeszwie. I jeszcze sukienkę dobiera na specjalne okazje, a konkretnie to na zbliżającą się rocznicę ślubu, o ile oczywiście do niej dojdzie po tym, jak ona zobaczy, co on jej kupił. Na szczęście Bob tylko teoretycznie ubiera swoją żonę, bo raczej robi to za niego w dużym stopniu stylistka i chwała jej za to, bo cała historia mogłoby się skończyć w sposób bynajmniej nie służący wzmocnieniu samooceny Anny, a tym bardziej jej małżeństwa.

Wiele rzeczy mnie zadziwia w tym programie. A że Bob kupuje Annie ubrania, o których wie, że ona ich nie zaakceptuje, a jednocześnie jest przekonany, że robi to dla jej dobra. A że nie tylko Bob, ale też Anna i całe otoczenie, nie ogarnia faktu, że dres to nie jest upodlenie modowe, a zupełnie akceptowalny i wygodny strój domowy dla matki małych dzieci. A że zamiast realnej pomocy dla kobiety ewidentnie przeładowanej obowiązkami domowymi i zawodowymi, oferuje się jej kilka fatałaszków, które cudownie mają cofnąć czas i uczynić ją tamtą beztroską, radosną i emanującą seksem nastolatkę, jaką była przed ślubem. Wszystko to mały pikuś, moi drodzy. Bo najbardziej to mnie zadziwiło zakończenie tego programu, a kończy się on oczywiście happy endem. Wiadomo, to się dobrze sprzedaje, że telewizja ocaliła ich związek, bo zaraz się zgłoszą kolejne pary w kryzysie do ocalenia ubraniami za pięć tysiaków. Zatem na koniec ona dostaje nową garderobę, wybraną przez stylistkę, a więc zupełnie przyzwoitą, do tego zajmują się nią fryzjer i ta pani od makijażu, i robią ją na bóstwo, a wszyscy sąsiedzi i rodzina klaszczą i mówią, że wygląda lepiej niż kiedykolwiek. I ona się cieszy, tak strasznie cieszy, że teraz już wszystko będzie inaczej, i będzie taka zadbana, i szczęśliwa. Bo przecież przez te żakiety, te spodnie i te nowe kolczyki, to dom się sam posprząta, dzieci same sobą zajmą, a wszyscy pacjenci w szpitalu ozdrowieją ino mig i ona będzie sobie spokojnie siedzieć na recepcji i rozwiązywać sudoku. Tylko ostrożnie oczywiście, żeby jej się tipsy nie odkleiły. I ona tak się uśmiecha i zachwyca. I tak się cieszy, że aż strach. A mi to jest jej strasznie szkoda. Bo, wiecie, wprawdzie tę sukienkę to ma nawet fajną, i tę fryzurę, i makijaż też. Ale jej chyba nikt nie powiedział, że tej stylistki i tego fryzjera, i tej wizażystki to ona nie dostanie w pakiecie i wcale nie może ich sobie zabrać do domu na zawsze. A ten makijaż, nawet jak go nie zmyje i spryska jakimś utrwalaczem, to się jej utrzyma najwyżej trzy dni. A stringi naprawdę nie nadają się do piaskownicy!

Reklamy