Chyba zacznę częściej oglądać telewizję! A tak, nie dziwcie się. Tyle się na nią narzeka, tyle się krytykuje, a dla mnie to źródło nieustającej inspiracji, że o zwyczajnym dziwowisku nie wspomnę.  Bo wiecie, dziś przypadkiem zupełnie, jak dzieci siedziały w wannie pod opieką taty, trafiłam na program, który chyba pobił wszystko, co ostatnio widziałam. Serio mówię. Nazywa się to „On Cię ubierze”…

 

 

W końcu prowadząca odwodzi go od pomysłu zakupu kolejnych gadżetów przydatnych gospodyni domowej jak słomkowy parasol pingwinowi, a on sobie uświadamia, że w sumie to chyba miał kupić ubrania dla żony, a nie dla siebie. I zaczyna myśleć bardziej praktycznie, no może nie tak bardzo, żeby jej kupić choć jeden dres, bo to by była przesada i kuszenie losu (a nóż widelec ona znowu się zacznie zapuszczać?), ale kilka par dżinsów do koszyka wrzuca i nawet jakieś buty na płaskiej podeszwie. I jeszcze sukienkę dobiera na specjalne okazje, a konkretnie to na zbliżającą się rocznicę ślubu, o ile oczywiście do niej dojdzie po tym, jak ona zobaczy, co on jej kupił. Na szczęście Bob tylko teoretycznie ubiera swoją żonę, bo raczej robi to za niego w dużym stopniu stylistka i chwała jej za to, bo cała historia mogłoby się skończyć w sposób bynajmniej nie służący wzmocnieniu samooceny Anny, a tym bardziej jej małżeństwa.

Cały tekst został przeniesiony na stronę http://www.pozytywnydom.com –> KLIK

Reklamy