Jak w każdy czwartek, zapraszam was do czasów, gdy matka nie była matką, ale była aktywnym pilotem wycieczek i włóczyła się po pięknych zakątkach całego świata. Dziś kolej na Włochy Środkowe, a to oznacza całą serię niezapomnianych miejsc. Neapol, Wezuwiusz, Pompeje, Wybrzeże Amalfi, Sorrento to tylko kilka miejsc, które znalazły się na trasie naszej wycieczki. O każdym z nich napisano tomy, więc nie będę was zanudzać przewodnikowymi opisami. Będzie za to kilka włoskich pocztówek.

Stolica pizzy i camorry

O Neapolu mówi się bardzo różnie – jedni go kochają, inni nienawidzą. Perła południa albo miasto mafiosów, architektoniczny cud albo brudna i zatłoczona metropolia, gorący latin lovers albo kieszonkowcy na każdym kroku – jedno jest pewne, to miasto kontrastów nie może nikogo pozostawić obojętnym. My wpadliśmy do niego tylko na krótką wizytę, ale to wystarczyło, żeby poczuć jego klimat i zachwycić się lub zniechęcić. Co ciekawe, odczucia naszej grupy – choć przecież widzieliśmy wszyscy to samo – były dosyć podzielone. Jedni mieli niedosyt, innym krótki spacer wystarczył aż nadto. Ja byłam w pierwszej grupie i obiecałam sobie, że kiedyś tam wrócę, choćby po to, żeby móc delektować się ich pyszną pizzą.

Ale czy to na pewno nie wybuchnie?

Prosto z Neapolu podjeżdżamy do Wezuwiusza, gdzie czeka nas wspinaczka w gorącym, południowym słońcu. Jeszcze przed wyjściem z autokaru, ktoś rzuca niewinny –  wydawałoby się – żarcik, że wulkan w każdej chwili może wybuchnąć. Grupa uśmiecha się pod nosem, ale okazuje się, że nie wszyscy tak lekko podchodzą do sprawy swojego życia i śmierci. Jedna z turystek wyguglała naprędce, że Wezuwiusz należy do pięciu najniebezpieczniejszych wulkanów świata, i teraz patrzy na mnie, jakbym właśnie ciągnęła ją do wrót piekła. Powtarzanie, że ostatnia erupcja miała miejsce w 1944 roku, a specjalne obserwatorium nieustannie monitoruje jego aktywność, niespecjalnie ją przekonuje. Choć grupa spokojnie wędruje w górę, każdy w swoim tempie aż do punktu spotkania z przewodnikiem, niespokojna turystka trzyma się ciągle o krok za mną, jakby wierzyła, że chowam w plecaku tratwę ratunkową do ewakuacji w razie erupcji. Żal mi jej, bo bidulka jest naprawdę przerażona, a widok dymu wydobywającego się z jednej ze szczelin doprowadza ją na skraj zawału. Lokalny przewodnik przekonuje, że to naturalne, a my jesteśmy w pełni bezpieczni, ale ona wie swoje. „To jakiś samobójca. On pewnie codziennie na jakimś bungee skacze, pani mu nie ufa” – mówi do mnie teatralnym szeptem i zarządza taktyczny odwrót. I rzeczywiście zawracamy – ja wiem, że to po prostu koniec trasy, ona jest przekonana, że ocaliła nas przed niechybną zagładą w strumieniach lawy. I wszyscy są zadowoleni.

Miasto ocalone przez popioły

O Pompejach, mieście unicestwionym przez wybuch Wezuwiusza, słyszał chyba każdy. Nie każdy jednak wie, że ten właśnie wybuch, który zasypał miasto warstwą skał, lawy, pyłów i popiołów, jednocześnie zniszczył je i ocalił. Tak, tak, dobrze czytacie. Wprawdzie dla mieszkańców tego starożytnego miasta 24 sierpnia 79 okazał się nagle i nieodwołalnie ostatnim dniem życia, ale dla nas jest niepowtarzalną okazją, żeby przenieść się w czasie. Wybuch bowiem nie zniszczył tkanki miejskiej – odkopana, wydobyta z popiołów zachwyca, powala, fascynuje.

Jadąc tam po raz pierwszy spodziewałam się jakichś ruin, kilku budynków, może muzeum z ciekawymi przedmiotami, a tymczasem czekał mnie spacer labiryntem uliczek, imponujące budowle zachowane w mniejszym lub większym stopniu, amfiteatr, na którym i dziś można by wystawić przedstawienie. A przede wszystkim dominujące poczucie, że wędruję właśnie w czasie, że idę śladem tych ludzi, którzy mieli swój kolejny zwykły dzień, załatwiali sprawunki, wracali ze świątyni czy wstąpili do łaźni czy domu publicznego, aż przerwało to wielkie bum. I nie jest to tylko moje wrażenie – grupa, zwykle zdyscyplinowana i sprawnie maszerująca, rozłazi się, rozciąga, rozleniwia. Zachwyca detalami, fotografuje absurdalne wydawałoby się elementy, które w tym kontekście, w tym miejscu wcale absurdalne nie są. Zamiast półtoragodzinnego spacerku, spędzamy tu ponad trzy godziny, a i tak to za mało, a i tak chciałby się więcej. Do naszego ośrodka dojeżdżamy znacznie później niż planowaliśmy. Przepraszam za to naszego gospodarza, a on uśmiecha się. „Pewnie byliście w po drodze w Pompejach?” – pyta, czy raczej po prostu stwierdza. „Tam czas płynie jakoś inaczej, czyż nie?” A ja mogę tylko pokiwać głową.

Wróć do Sorrento

Kolejne dni spędzamy w pięknie położonym ośrodku na Półwyspie Sorrento. Błękitne niebo, błyszczące w słońcu lazurowe fale, zieleń cytrusowych gajów – ładujemy akumulatory, chłoniemy piękno i… intensywnie zwiedzamy. Już następnego ranka wyruszamy w rejs wzdłuż wybrzeża Amalfi. Czarują nas urokliwe miasteczka z domkami przyklejonymi do stromych skał, ukryte zatoczki, cytryny wielkości mojej głowy, plątanina wąskich uliczek, klimatyczne sklepiki i piękne budynki, wśród których wyróżnia się słynna Katedra w Amalfi.

Jedynym problemem w czasie tej podróży jest fakt, że płyniemy równolegle do linii brzegu, a to oznacza mocne kołysanie przez morskie fale. Na jednych działa ono lekko nasennie, podczas gdy inni – i ci mają zdecydowanie mniej szczęścia – odkrywają nagle, że cierpią jednak na chorobę morską. Kolejka do pokładowej toalety coraz bardziej się wydłuża, twarze robią się coraz bardziej zielone, a moment przybicia do brzegu w kolejnych punktach programu wielu wita z prawdziwą ulgą. Co ciekawe, wszyscy jednak, bez chwili wahania, przyznają, że warto było się pomęczyć, żeby dotrzeć do takich niepowtarzalnych miejsc.

Najbardziej niepocieszona jestem chyba ja sama. Wizytę w Positano, jak każdą we Włoszech, postanawiam uczcić wspaniałym talerzem fritto misto. Na talerzu pojawiają się więc smażone rybki, kalmary, krewetki i inne pyszności. Rejs po burzliwym morzu oraz początkowe stadium ciąży nie sprzyjają jednak kulinarnym rozkoszom. Kiedy kelner pyta, czy mi smakowało, mogę tylko smutno pokiwać głową, z żalem wspominając dwadzieścia kilka euro, które właśnie się zmarnowało. Bo wiecie, okazało się, że mój dzidziuś jakoś nie lubi owoców morza.

Burzliwe przygody na statku nie zniechęcają nas do dalszych przygód i już kolejnego dnia cała grupa wyrusza w kolejny rejs, tym razem na Capri. Na szczęście tym razem łódź sprawnie przecina fale i bujanie, którego się obawialiśmy, jest niemal wcale niewyczuwalne. Oddychamy z ulgą, a potem zatapiamy się w turystycznej rozkoszy. Bo wyspa po prostu zachwyca. Ci mniej wprawni w wędrówkach znajdują sobie uroczą przystań i przeznaczają dzień na błogi relaks, ci bardziej wyrywni odkrywają tak dużo, jak mogą: piękne panoramy, urokliwe domki, wąskie uliczki, ogrody, pyszna lemioniada, zabytki architektury i prawdziwe cuda natury. Wystarczy jeden spacer, żeby zrozumieć, dlaczego właśnie tutaj swoje rezydencje budowali rzymscy cesarze, a dziś Capri jest jednym z najpopularniejszych kurortów na świecie. I nawet fakt, że lazurowa grota jest niedostępna z powodu wysokiego poziomu wody, nie umniejsza naszego zachwytu.

Dzień kończymy wizytą w Sorrento, znanym u nas z neapolitańskiej pieśni wyśpiewanej kiedyś przez Annę German. Wszędzie wokół cytryny, mydła cytrynowe, olejki cytrynowe, napoje cytrynowe, balsamy cytrynowe i oczywiście wspaniałe, przepyszne limoncello, które okazuje się doskonałym ukoronowaniem kolacji w prawdziwie włoskim stylu. I kiedy tak siedzimy w ukrytej w ogrodzie restauracji, wyciągamy strudzone nogi zatapiając się w wiklinowych fotelach, delektujemy się zapachem kwiatów i cytrusów, niespiesznie liżemy pyszne lody i mamy ochotę wyśpiewać naszą radość, naszą błogość. I tak się dzieje. Nagle znajduje się gitara, znajdują się nuty, znajdują się chętni do chóru. Na początku budzimy zdziwienie, potem coraz szersze uśmiechy, ale „Santa Lucia” w wykonaniu naszych trzech tenorów i chóru ostatecznie podbija serca wszystkich wokół, przełamuje lody. Wieczór kończymy tęsknym „Wróć do Sorrento” śpiewanym w polsko-włoskim dwugłosie. I to jest właśnie dolce vita.

Czerwone maki na Monte Cassino

Żegnając się z pięknym Półwyspem Sorrento, mamy nietęgie miny. Chciało by się tu zostać, delektować tym wszechobecnym błękitem, lenić na plaży, sączyć na leżaczku lemoniadę na przemian z limoncello. Nie da się. Pociesza nas jednak, że to jeszcze nie koniec naszej przygody, że jeszcze przed nami ciekawe punkty programu. Na pierwszy ogień idzie wzgórze i klasztor Monte Cassino. Kiedy nasz autokar pnie się w górę serpentynami wąskiej drogi, mamy w głowach opowieści o bohaterskiej historii, o żołnierzach 2 Korpusu Polskiego, którzy stoczyli tu niezapomnianą walkę. A w dodatku jest właśnie 3 maja, nasze święto narodowe, i czujemy gdzieś pod skórą, że taki dzień w takim miejscu zasługuje na szczególną oprawę.

Kiedy rano wsiadam do autokaru, okazuje się, że niemal wszyscy ubrani są w biel i czerwień, choć nikt tego od nikogo nie wymagał. Zwiedzamy więc klasztor benedyktynów odbudowany po II wojnie światowej – imponująca budowla na szczycie wzgórza robi wrażenie swoją surową prostotą, pięknym wnętrzem kościoła, w którym kryją się najcenniejsze skarby – relikwie św. Benedykta i św. Scholastyki. Ale najważniejszym momentem tego wyjątkowego dnia jest wizyta na polskim cmentarzu na Monte Cassino. Jest gorąco, bardzo gorąco. Wokół cisza i spokój. Długą drogą idziemy w stronę nekropolii, do której wejścia strzegą majestatyczne kamienne orły. Przed nami milczące rzędy białych krzyży ciągnące się w miejscu, które w czasach bitwy nazywano Doliną Śmierci. Długie te rzędy. Mnóstwo tych krzyży. W centralnym punkcie grób generała Andersa, który tu właśnie, wśród swoich żołnierzy, chciał być pochowany. Na cmentarzu poza nami nie ma prawie nikogo, więc nikomu nie przeszkadza, kiedy nagle w tej ciszy, w tym gorącu rozbrzmiewa nasz śpiew, nasze „Czerwone maki na Monte Cassino”, które traktujemy jako hołd złożony w tym szczególnym miejscu. I wiecie co? Te maki kwitną tam także i dziś.

Miasto za mgłą

Ostatnim punktem naszej wycieczki, po noclegu w Rimini i krótkim relaksie na plaży, jest urocze San Marino. Z uwagi na wolnocłowe sklepy dla wielu turystów to zakupowa mekka i punkt obowiązkowy na trasie wycieczki. Ci bardziej trzeźwo myślący nie potrafią nie zauważyć wszechobecnej chińszczyzny, gadżetów w rzekomo atrakcyjnych cenach i tandetnych atrakcji w stylu muzeum wampirów. Jeśli jednak odciąć się od tego, jeśli spojrzeć na samo miasto, na zabytkowe mury, surowe zamki, piękne budowle i bajeczne wprost położenie na szczycie wzgórza, San Marino może zachwycić. W naszym przypadku podziwianie roztaczającej się ze wzgórza panoramy utrudnił jeden malutki szczegół – gęsta, biała mgła. Ale kto by się tam przejmował takim drobiazgiem.

 

Kocham Włochy i każda moja wyprawa tam jest trochę jak powrót do drugiego domu – kolekcjonuję wspomnienia, migawki, chwile (te z pobytu w Rzymie możecie zobaczyć TUTAJ). Jest w tym kraju coś takiego, że potrafi rozkochać w sobie na zawsze i nie da się o nim zapomnieć. Chce się wracać, ciągle odkrywać nowe miejsca. Włoska magia. A na was uroki Italii działają? A może macie inne miejsca, które was tak oczarowały, że po przekroczeniu granicy uśmiech nie schodzi wam z twarzy? Podzielcie się nimi i zarażajcie pasją.

 

PS. Moja rola skończona, teraz kolej na Ciebie. Jeśli spodobał Ci się ten tekst, polub go lub udostępnij. Zadowolony czytelnik to najlepsza mobilizacja do pisania po nocach!

Reklamy