Kiedy rodzi się dziecko, szczególnie pierwsze, w życiu jego rodziców dokonuje się rewolucja. Brzmi jak banał? Wierz mi, że te słowa to tylko przedsmak tego, co Cię czeka w najbliższym czasie. I nie, tu wcale nie chodzi o narzekanie, a proste stwierdzenie faktu, że codzienne nawyki, rytm dnia, przyzwyczajenia będą musiały – przynajmniej na czas jakiś – ulec zmianie. Spójrzmy prawdzie w oczy – decydując się na rodzicielstwo, stajesz wobec prawdopodobnie największego wyzwania w swoim życiu. I zauważcie, że piszę „rodzicielstwo”, nie „macierzyństwo”, bo ta sytuacja trudna jest nie tylko dla młodej mamy, na której zwykle skupia się cała uwaga, ale też dla młodego taty, któremu bywa równie ciężko. Bo chociaż to ona dziecko rodzi, karmi piersią, zajmuje się przez pierwsze godziny życia, zmaga z połogiem i hormonami, to i on – mówię tu oczywiście o świadomych ojcach – mierzy się z zupełnie nową sytuacją, czuje się często onieśmielony, zagubiony, niepewny, czy te duże dłonie są w stanie poradzić sobie z tą kruchą istotką. Te pierwsze dni, pierwsze tygodnie z nowym członkiem rodziny są dla nich okresem trudnym, zarówno emocjonalnie, jak i czysto fizycznie i organizacyjnie. I to jest taki moment, kiedy warto wyciągnąć do nich pomocną dłoń. Pozostaje pytanie, jak to zrobić, i jest na nie jedna bardzo prosta odpowiedź.

ZAPYTAJ!!!

Okołodziecięca prasa czy portale internetowe obfitują w artykuły o tym, jak pomóc młodej mamie. Zabierz dziecko na spacer, uprasuj ubranka, wpadnij z gotowym obiadem, daj jej kupon do kosmetyczki albo wyślij rodziców na romantyczną kolację i zajmij się niemowlakiem – pomysły sypią się jak z rogu obfitości. I wszystko fajnie, ale gdzieś w tym całym wybuchu entuzjazmu zapominamy o tym, że rzeczywista pomoc to taka, której ktoś potrzebuje, a nie taka, jakiej sami chcemy udzielić. Plus dla ciebie, że w ogóle chcesz wesprzeć młodych rodziców, bo smutna prawda jest taka, że wiele przedporodowych deklaracji pod hasłem „pomożemy ci z dzieckiem” kończy się tuż po pierwszej wizycie w domu noworodka, kiedy to okazuje się, że jego mama czy tata nie mają za wiele czasu na siedzenie przy kawce i pogaduchy jak za dawnych dobrych lat. Zaakceptuj jednak to, że nie każdy twój gest musi być przyjęty z takim entuzjazmem, z jakim ty go wykonujesz.

Zdarza mi się słyszeć skargi, że „oni nie chcą mojej pomocy”, „chciałam zabrać małego, żeby odpoczęła a ona się nie zgadza”, „zaniosłam im garnek bigosu, a oni się nawet nie ucieszyli”, „chciałam mu wykąpać dziecko, a on musi wszystko sam”. Zatroskane babcie, ciocie, mamy, sąsiadki (tak, tak, to częściej jest domena kobiet) śpieszą z pomocą, czy raczej tym, co za pomoc uważają, i ze złością reagują na odrzucenie ich dobrych chęci. A tymczasem sprawa jest oczywista – dobre chęci to świetny punkt wyjścia, ale brak komunikacji po prostu je przekreśla. Bo choć w dobrej wierze proponujesz, że zabierzesz miesięcznego malucha sąsiadki na spacer, żeby ona mogła sobie zrobić zakupy, to ona może się na to zwyczajnie nie zgodzić. Ma prawo – to jej dziecko. Może ma obawy, czy sobie poradzisz? Może wie, że jej maluch budzi się na karmienie co godzinę? Może zwyczajnie nie dojrzała do wyjścia bez niego? Zamiast się dąsać, może lepiej zrób jej te zakupy, których potrzebuje?

I jeśli przychodzisz bez uprzedzenia z garem bigosu, a potem dziwi cię brak entuzjazmu, to może wcześniej zapytaj, czy oni ten bigos w ogóle lubią. Czy ich zamrażarka nie pęka w szwach od zapasów zrobionych przez babcię? Czy nie bardziej przyda im się pomoc w przeprasowaniu dziecięcych ubranek albo odebranie starszego dziecka z przedszkola?

Widzisz, do czego zmierzam?

Powiecie mi może, że marudzę, że grymaszę. Że bierze się to, co inni dają. Bez marudzenia. Ale ja się z tym nie zgadzam. Nie wymagam i nie oczekuję pomocy od nikogo. Nie uważam, że dziadkowie mają obowiązek zaangażować się w wychowanie wnuków, a wujek jest od tego, żeby siostrzenice zabierał na wycieczki, dając mi wolne weekendy. Moje dzieci to moja odpowiedzialność i mój trud. Jeśli ktoś z bliskich chce pomóc, cieszę się z tego i chętnie skorzystam, ale jednak pozwolę sobie na określenie formy i zakresu tej pomocy. Bo w swoim otoczeniu widzę niestety, jak pod pretekstem pomocy młodej mamie czy tacie, usiłuje się wejść im na głowę, decydować za nich, zmieniać ich metody wychowawcze, podkopywać ich decyzje. Że o emocjonalnym szantażu już nie wspomnę. Bo pomagać, trzeba nie tylko chcieć, ale też umieć – z taktem, z szacunkiem dla potrzeb, ale też oczekiwań drugiego człowieka, z życzliwością i bezinteresownie. Wtedy taka pomoc jest prawdziwie cenna.

Jeśli więc mówisz, że chcesz pomóc młodym rodzicom, oto jak możesz to zrobić.

Zapytaj, CZY w ogóle tej pomocy potrzebują.

Możesz w to nie uwierzyć, ale niektórzy jakoś z biegu i naturalnie wchodzą w nowa rolę i radzą sobie w niej na tyle dobrze, że nie potrzebują pomocy. Nie tylko twojej, ale po prostu żadnej. Inni wolą sami radzić sobie z wyzwaniami, a inni jeszcze potrzebują czasu, żeby na spokojnie odnaleźć się w nowej sytuacji, wypracować nowe rytuały, nowy rytm życia. Zorientować się, jakiej pomocy potrzebują. Daj im więc czas, poczekaj, obserwuj. Jeszcze przyjdzie twoja kolej, zapewniam Cię.
I pamiętaj – pomoc (czy raczej pseudopomoc) to także te wszystkie złote rady, którymi społeczeństwo zwykło zasypywać rodziców. Jak karmić, jak nosić, jak ubierać, jak usypiać – młoda mama jeszcze dobrze nie wyjdzie ze szpitala, a już wszyscy mówią jej, jak powinna zajmować się swoim dzieckiem. Nawet – czy raczej najczęściej – nie pytani o zdanie. Nie chcę być czepialska, więc założę, że robisz to w dobrej wierze. Że z dobrego serca dzielisz się swoimi opiniami, każesz założyć czapeczkę po kąpieli, zakazujesz jeść bananów matce karmiącej albo przypominasz nieśmiertelne „nie noś, bo się przyzwyczai”. Ale wiesz co? Twoje rady wcale nie pomagają, a często wprowadzają jeszcze większy zamęt do głowy tej młodej kobiety, tego młodego mężczyzny, którzy zewsząd słyszą wskazówki, często między sobą sprzeczne, i miotają się między opiniami innych zamiast przez chwilę wsłuchać się w głos swojej intuicji i postarać się zrozumieć potrzeby swojego dziecka. Nie zrozum mnie źle – twoja rada może być cenna, ale aby taka byłą potrzebne są trzy rzeczy:
– zorientuj się, czy twoja wiedza jest nadal aktualna (to, że 30 lat temu robiło się nocną przerwę w karmieniu i podawało w nocy glukozę, nie znaczy, że dziś dalej należy to robić…)
– poczekaj, aż o radę zostaniesz poproszony. To takie proste! Jeśli mama ma wątpliwości – a wierz mi, każda je ma na jakimś etapie – to sama zadaje pytania, sama szuka, sama pyta. I śmiem twierdzić, że chętniej zapyta kogoś życzliwie czekającego niż kogoś, kto na co dzień jest „najmądrzejszy” w każdym temacie.
– pamiętaj, że twoja droga nie jest jedyną właściwą; może i Ty wychowałeś dzieci w określony sposób, może i wyszło im to na dobre, ale to nie oznacza, że wszyscy inni muszą koniecznie działać tak samo. Dzieci są różne, rodzice są różni, okoliczności są różne. Pozwól innym żyć i wychowywać swoje dzieci tak, jak uważają za słuszne (dla mnie granica interwencji jest jasna, a są nią zachowania niezgodne z prawem, jak choćby bicie). Jeśli jakaś sprawa cię wyjątkowo niepokoi, podziel się swoimi obawami, a potem odpuść. Nie masz prawa wymagać, żeby ktoś wychowywał swoje dzieci tak, jak ty sobie tego życzysz.

Zapytaj, KIEDY tej pomocy potrzebują

Osobiście jestem zdania, że pierwsze dni, jeśli nie pierwsze tygodnie, powinny być okresem „zamkniętym”, kiedy rodzice i maluch mają czas poznać się nawzajem, oswoić ze sobą, dotrzeć się. Kolekcjonować magiczne chwile. Pierwsza kąpiel, pierwsze kołysanki, pierwsze karmienia, pierwsze nieprzespane noce (tak, to też) to ważne momenty pozwalające zespolić rodzinę, ale często także duży stres dla debiutantów. W takich chwilach niepotrzebna jest dodatkowa publiczność nadzorująca fachowym okiem – a nie daj panie jeżyku opatrująca również komentarzem – każdy ruch. To samo dotyczy wyręczania. Znam mężczyznę – fajnego skądinąd i w sumie ogarniętego – który swoje dziecko wykąpał po raz pierwszy, jak miało ponad trzy miesiące, bo wcześniej za każdym razem wyręczała go mieszkająca w bloku obok mama. I nie mam na myśli mamy dziecka bynajmniej…

Rozumiem jednak, że nie każdy podziela moje zosiosamosiowe podejście. Są młode mamy i tatusiowie, którzy pewniej się poczują, mając pod ręką doświadczoną babcię czy siostrę, która swoje dzieci już odchowała. Może właśnie na te pierwsze poszpitalne dni będą potrzebować wsparcia, która dla mnie byłoby niepotrzebną ingerencją w moją sferę. Nie ma tu reguły, więc zasada „zapytaj” jest tym bardziej aktualna.

Zapytaj, JAKA pomoc jest im rzeczywiście potrzebna

To jest tak oczywiste, że aż dziwi mnie tak częsty brak zrozumienia w tym zakresie. Wystarczy wejść na dowolną grupę mamusiową, żeby nazbierać kwiatków – teściowie kupili małemu chodzik, żebym miała łatwiej (choć wiedzą, że jestem przeciwniczką); znajoma załatwiła kojec dla mojego dziecka, żeby było bezpieczne (choć wcale go nie potrzebuję i nie jestem zwolenniczką), rodzice uparli się, że zabiorą córeczkę na wakacje, żebyśmy mieli czas dla siebie (a my nie chcemy się z nią rozstawać, bo uważamy, że jest za mała), babcia ciągle przywozi mi jedzenie w słoikach (choć prosiłam, żeby tego nie robiła, bo gotujemy zupełnie inaczej niż ona), kuzynka w prezencie urodzinowym załatwiła z agencji nianię (nieznajomą!!!) dla mojego dziecka, żebyśmy mogły wyskoczyć do spa na masaż… Przykłady można mnożyć. Jak odmówić, żeby nie sprawić przykrości? Jak reagować? Jak przekonać, żeby przestali to robić? – sypią się pytania, a ja nie mogę przestać się dziwić. Czy świat stanął na głowie? Czy naprawdę to oni, ci młodzi rodzice, którzy już i tak zmagają się z ogromnym wyzwaniem, powinni się tłumaczyć, kombinować, dostosowywać? Czy to ich wina, że ktoś w ramach pomocy wpada na absurdalne, albo zwyczajnie dla nich nieakceptowalne pomysły? Czy naprawdę powinni z wdzięcznością przyjąć to wszystko, co inni zechcą im dać? A może to ci inni, krewni, przyjaciele, bliscy czy dalsi znajomi, którzy deklarują chęć pomocy, powinni się zastanowić, czy ich pomoc rzeczywiście pomocą jest czy tylko nieprzemyślanym gestem albo – co gorsza – próbą forsowania własnej wizji.

„Ja to bym po rękach całowała, jak ktoś by mi Hankę zabrał na tydzień, żebym się wyspała” – przekonujesz córkę, siostrę, synową, której półroczne niemowlę chcesz przygarnąć na weekend. Tylko wiesz co? Ona może to odbierać zupełnie inaczej. Jeśli chce, ma do Ciebie zaufanie, potrzebuje tego – super, rzeczywiście pomagasz, a taka pomoc jest naprawdę cenna! Ale jeśli zdecydowanie nie chce, czuje opór, nie potrzebuje tego, odpuść sobie, nie oburzaj się, nie dramatyzuj, że ktoś odrzuca twoją pomocną dłoń! Jeśli naprawdę chcesz pomóc młodym rodzicom, nie kombinuj, nie wymyślaj, nie twórz szalonych scenariuszy, tylko po prostu ZAPYTAJ. O rzeczywiste potrzeby, o rzeczywiste problemy, o rzeczywiste braki. Wierz mi, często większą pomocą niż karnet na relaks w spa może być dla młodej matki kilka minut bujania kołyski, żeby mogła spokojnie umyć włosy. Albo posiedzieć w świątyni dumania bez rozwrzeszczanego towarzysza na kolanach.

Reklamy