Jest taki moment w życiu kobiety, który zmienia jej życie nieodwołalnie. I nie mam wcale na myśli tej chwili, gdy odkrywasz, że modelki też mają cellulit a scenariusze komedii romantycznych nie mają pokrycia w rzeczywistości (serio, serio!). Ten moment przychodzi, kiedy po dziewięciu miesiącach mniej lub bardziej burzliwych zmagań z własną fizjologią, po których następuje mniej lub bardziej burzliwy akt rozwiązania, pojawia się na świecie i ląduje w twoich rękach dziecko. Twoje dziecko. Twoje pierwsze dziecko. Na początku jeszcze to do ciebie nie dociera, myśli kotłują się w głowie, szaleją między bieganiną położnych, szyciem, ważeniem, mierzeniem, pierwszymi gratulacjami. Wszystko jest nowe – musisz się odnaleźć w świecie, który nagle zmienił swój rytm, swoje priorytety. Pierwsze karmienie, pierwsze przewijanie, pierwsze przebieranie – kolejne misje do wykonania, kolejne wyzwania, kolejne próby sił, bo chociaż w teorii wiesz, jak to się robi, w praktyce ta rączki są jeszcze mniejsze niż się spodziewałaś, te małe nóżki jeszcze delikatniejsze. W szpitalnym harmiderze, pośród innych mam i innych dzieci, gdzieś pomiędzy zabiegami medycznymi i próbami w miarę bezbolesnego zrobienia siusiu po porodzie siłami natury zaczynasz odkrywać nowego człowieka. A potem przychodzi taki moment, TEN moment. Cisza. W półmroku szpitalnej sali przytulasz do siebie małe, drobne ciałko, słuchasz delikatnego oddechu, czujesz ciepło, głaszczesz miękkie jak puszek włoski i chłoniesz, chłoniesz tę magię, która właśnie odmienia twój świat, twoje spojrzenie na wszystko. Leżysz na tym prostym, szpitalnym łóżku. Starasz się wygodnie ułożyć na najbardziej niewygodnej poduszce świata, ale to się nie liczy. Nic się nie liczy. Bo oto trzymasz w swojej wielkiej nagle dłoni malutką dłoń tego cudu, któremu dałaś życie, i z całą siłą rozumiesz, czujesz, że nigdy nic już nie będzie takie samo.

 

Możecie mi zarzucić patetyczność czy sentymentalność i macie rację. Ale są takie chwile, są takie tematy, o których nie chcę, nie potrafię mówić tylko na chłodno, tylko racjonalnie. Rytm życia mamy wyznaczają takie właśnie chwile, pierwsze razy skrzętnie notowane w dzienniku bobasa. Pierwszy uśmiech, pierwsze słowo, pierwsza przespana samodzielnie noc, pierwsze siusiu na nocnik, pierwsza jazda na rowerze – dla innych banał, dla Ciebie najcenniejsze pamiątki przechowywane w szkatułce wspomnień tuż obok opaski ze szpitala, pierwszego kaftanika w dinozaury i ukochanej przytulanki, z której twoje dziecko już wyrosło, ale ty jeszcze nie do końca. Dni płyną, widzisz jak twój maluch dorasta. Tłuściutkie nóżki niemowlaka zmieniają się w silne nogi przedszkolaka poznaczone siatką siniaków i zadrapań, króciutkie kosmyki bobasa zmieniają się w pukle, z których pleciesz warkocze, a ulubiona piosenka o gruszce, co chciała być chuda jak pietruszka, ustępuje pola hitom The Beatles. Pewnego dnia, kiedy czekasz na „mama, ciem siusiu”, słyszysz nagle, że Tygrysek i Prosiaczek osiągnęli „kompromis”, kot choruje na „prychniozę” a „kleszcze, Karolciu, roznoszą boreliozę i musisz być ostrożna”. Na twoich oczach dzieje się cud dorastania, ale dla ciebie ten coraz większy chłopiec, ta coraz większa dziewczynka jest dalej tamtym maluszkiem, którego paluszek trzymałaś w półmroku i niespokojnej ciszy szpitalnej sali.

 

Mam trzydzieści trzy lata, ale moja mama konsekwentnie co roku składa mi życzenia z okazji Dnia Dziecka. „Dla mnie zawsze jesteś dzieckiem, moim dzieckiem” – powtarza mi, a ja dopiero teraz – kiedy sama jestem mamą – zaczynam rozumieć, co ma na myśli. Bo chociaż dzieci rosną, stają się coraz bardziej samodzielne, coraz bardziej niezależne, a w końcu same zakładają swoje rodziny, to z bycia mamą nie wyrasta się nigdy. Owszem, zmienia się zakres odpowiedzialności za dziecko, zmienia się rodzaj wyzwań i trosk, zmienia się rodzaj pomocy i współzależności, ale nie zmienia się nigdy, nie powinno zmieniać się nigdy, uczucie, jakie łączy matkę i dziecko, dziecko i matkę. To uczucie, którego fundamenty stawiasz jeszcze w ciąży, głaszcząc rosnący brzuch, mówiąc do kopiącego maluszka, czekając, oczekując niecierpliwie, choć nie bez obaw, pierwszego z nim spotkania. To uczucie, które budujesz, umacniasz, pielęgnujesz od pierwszych chwil, nosząc, tuląc, karmiąc. Na przekór „nie noś, bo się przyzwyczai”, „ona ciągle na tobie wisi”, „ona się powinna sama sobą zająć”. Inwestujesz w tę relację swój wysiłek, czas, emocje, całą siebie bez reszty. Bez oczekiwań, ale za to z nadzieją, że ta bliskość, na którą pracujesz w trudzie choć z radością, nie zniknie z czasem, nie rozpłynie się, gdy pojawią się nowi koledzy, nowe wyzwania, nowe otoczenia. Marzysz o tym, że kiedyś, kiedy będziesz mieć siedemdziesiąt lat, Twoje dziecko będzie wpadać do ciebie z wizytą nie dlatego, że tak wypada, ale po prostu z potrzeby serca. Nie tylko w Dzień Matki, chociaż wtedy także. Bo dla niego, jak i dla Ciebie, to nie będzie nigdy zwykła data w kalendarzu.

 

Trzydzieści trzy lata temu swój pierwszy Dzień Matki obchodziła moja Mama. Jedyna taka na świecie. Gdyby nie ona, nie byłabym takim człowiekiem, jakim jestem teraz. Gdyby nie ona, nie byłoby mnie wcale. Wyjątkowa, wspaniała, niepowtarzalna. Pewnie nie idealna w oczach innych i samej siebie, idealna dla mnie. Żeby być tym, kim jest dzisiaj, przeszła długą drogę i włożyła wiele wysiłku, ale z efektu może być dumna, jak ja jestem dumna z niej. Jak nikt inny wpłynęła na moje własne macierzyństwo, na to, jaką mamą jestem i chciałabym być.

 

Trzydzieści trzy lata temu swój pierwszy Dzień Matki obchodziła moja Mama. Nie wiem, jak wyglądał tamten dzień – to był przecież inny świat, inne okoliczności, inne realia – ale wiem dobrze, wiem z całą pewnością, co wtedy czuła. Bo przecież my wszystkie czujemy to samo, czyż nie? Trzy lata temu ja sama obchodziłam swój pierwszy Dzień Matki i najbardziej z tego dnia pamiętam wszechogarniające poczucie spełnienia, szczęścia. Bo chociaż macierzyństwo nie jest wolne od obaw, problemów, trosk, to ten jeden dzień, ten szczególny moment w roku powinien być wolny od niepokoju. Powinien być celebracją wszystkiego tego, co w macierzyństwie najpiękniejsze, najradośniejsze, najcenniejsze. I niech tak właśnie będzie. Drogie Mamy, towarzyszki pieluszkowych bojów, kumpelki z parkowej piaskownicy, internetowe ekspertki z grup dla mamusiek, partnerki z kinderbalów, partnerki w słoiczkowej zbrodni i powiernice w chwilach zwątpienia, to jest nasz dzień. My same wiemy najlepiej, czego najbardziej potrzebujemy. Kawy wypitej na gorąco, kwadransa z książką, której bohaterami nie są gadające zwierzątka, dnia bez histerii o nieodpowiedni kolor kubka, wizyty w toalecie bez mniej lub bardziej gadatliwej asysty, nocy przespanej w całości po raz pierwszy od porodu, szóstki w totka, darmowej niani dwa razy w tygodniu albo po prostu małych, drobnych ramionek oplatających szyję na dobranoc i szepcących w półśnie „kocham Cię, mamulku”. Czegokolwiek byście sobie nie życzyły, niech wam się spełni!

A Tobie, Mamo, dziękuję za wszystko!

Reklamy