Dzisiaj Dzień Dziecka, wiecie? Pytanie oczywiście retoryczne, bo trzeba by być ślepym i głuchym, żeby nie widzieć tego, co się dzieje w mediach tradycyjnych i społecznościowych od dobrych kilku tygodniu. I tak, z jednej strony rankingi najlepszych zabawek, najciekawszych zabawek, najbardziej kreatywnych zabawek i innych naj zabawek, dzięki którym twoje dziecko będzie się świetnie bawić i ćwiczyć swój mały mózg i inne części ciała. Z drugiej strony teksty edukacyjne pod hasłem „rodzicu niemądry, nie kupuj zabawek, najlepszym prezentem jest twój czas”. I kogo tu słuchać?

To co z tym czasem?

Zacznijmy od kwestii podstawowej. Nieodmiennie zadziwia mnie, kiedy rodzic uważa, że jego czas to najlepszy prezent dla dziecka. Że co, proszę? Jak to niby ma wyglądać? „Chodź, synku, dziś Dzień Dziecka, tatuś poukłada z tobą puzzle. Korzystaj, bo od jutra się sobą zajmujesz sam” albo „Córeczko, dziś poczytamy razem książeczkę, bo jest Dzień Dziecka i mam dla ciebie trochę czasu. Tylko się za bardzo nie przyzwyczajaj”. No ludzie, ja was proszę! Czy przypadkiem czas i uwaga poświęcone dziecku, to nie jest coś, co mu się od nas należy na co dzień, a nie od święta? Chyba decydując się na rodzicielstwo, mamy świadomość (a przynajmniej mieć powinniśmy…), że dziecko potrzebuje nie tylko suchej pieluchy i pełnego brzuszka, ale też naszej obecności, bliskości, uwagi. Zabawy z nami. Jeśli chodzi o innych dorosłych, jasne – ich czas poświęcony naszemu dziecku to super prezent, lepszy niż przypadkowy gadżet kupiony gdzieś w pośpiechu często nawet i za duże pieniądze, ale w przypadku rodziców to żaden super ekstra bonus . To powinna być rodzicielska rzeczywistość.

Zanim się oburzycie, pomyślcie sami. Nie chodzi o to, że trzeba cały swój czas poświęcać dziecku. To naturalne – i ono musi się nauczyć także i tego – że mamy swoje obowiązki, pracę, dom itd. Nikt nie mówi, że trzeba to wszystko rzucić i przez cały dzień siedzieć z potomkiem w piaskownicy albo na dywanie klocki układać. Chodzi o to, żeby każdego dnia wygospodarować jakiś czas, kiedy jesteśmy tylko dla dziecka, bez telefonu, bez telewizji w tle, bez uciekania myślami do pracy, obiadu na jutro, listy zakupów czy czegokolwiek innego. To takie momenty sprzyjają budowaniu więzi, pokazują dziecku, że jest dla nas ważne, że lubimy z nim być i to bycie razem traktujemy jako przyjemność samą w sobie. I to na co dzień, a nie od święta.

No to jeszcze raz – co z tym czasem?

Spędzenie ze sobą czasu w Dzień Dziecka to dobry pomysł, bo bycie razem jest zawsze dobrym pomysłem. Ale traktowanie już samej obecności rodzica jako prezent to dla mnie jakieś zaburzenie perspektywy. Co innego, jeśli na ten dzień zaplanujemy jakąś atrakcję z myślą o dziecku – wyjście do teatru czy kina, na mecz, do planetarium, do ZOO albo parku linowego. Opcji jest całe mnóstwo i to wy wiecie najlepiej, co wybrać, bo to wy znacie przecież swoje dziecko. Pamiętajmy tylko o jednym – wybór warunkujemy właśnie zainteresowaniami i potrzebami dziecka, a nie tym, co jest akurat modne i dobrze brzmi w towarzystwie. No bo wiadomo – zajęcia dla małego chemika na uniwersytecie dają ci 1000 punktów do rodzicielskiej zajefajności w oczach hipsterskich rodziców w odróżnieniu od lepieniu rzeźb z błota czy zjeżdżania na dmuchańcach. A że twoje dziecko zasnęło pośród probówek a w laboratorium najbardziej zainteresowała je woda kapiąca z kranu, to już inna sprawa…

To może jednak zabawki?

Jeśli wierzyć blogerom parentingowym oraz zdjęciom z instagrama, dzisiejsze dzieci nie bawią się zwyczajnymi zabawkami. Najczęściej mają tylko kilka starannie dobranych zabawek (pardon – pomocy) edukacyjnych, w stonowanych kolorach, wyrzeźbionych ręcznie przez niewidome mniszki albo wydzierganych przez rękodzielniczki w dalekiej Skandynawii. Zero kiczu, zero tandety, zero plastiku, zero chińskich gratów z muzyczką wiercącą dziurę w mózgu. Aż dziw, że producenci lalek z nogami nieproporcjonalnie długimi w stosunku do reszty ciała, pluszaków wszelakiej maści, autek, piłek, klocków, plastikowych zamków i gumowych kaczuszek mogą spać spokojnie, skoro ich produkty trafiają w ręce naszych milusińskich jedynie z przypadku, kupione przez nie znającą modowych trendów babcię czy ciocię. No chyba że to nie do końca prawda i ta piękna odziana w len dziewuszka, co na instagramie bawi się drewnianym domkiem dla lalek tak pięknym, że ja sama bym w nim chętnie zamieszkała, poza okiem kamery wygrzebuje z kosza gumowego bobasa z upiorną miną albo zezowatą owcę, która wygląda bardziej jak mysz potrącona przez snopowiązałkę?

A ja kupuję moim dzieciom zabawki i wcale się tego nie wstydzę. Dorastałam w czasach, kiedy  w sklepach nie było zbyt wiele, ale trochę gadżetów z upływem czasu nazbierało się w moim dziecięcym pokoju. Pamiętam, jak z zapartym tchem wertowałam przywiezione gdzieś zza berlińskiego muru katalogi z lalkami, misiami, koparkami, których u nas nie było. I chciałam mieć takie. Kiedy dostałam od rodziców pierwszą, wymarzoną Barbie, nie rozstawałam się z nią ani na krok. Nazywała się Petra – spała ze mną, siedziała przy wannie w czasie kąpieli i przy stole w czasie jedzenia. Do tej pory pamiętam tę radość, która towarzyszyła otwieraniu pudełka z nią w środku. Oraz wszystkich innych pudełek! Jasne, dzisiejsze dzieci żyją w innym świecie, mogą w zabawkach przebierać do woli, ale czy to znaczy że są mniej dziećmi? Że mniej się cieszą, gdy spod papieru wyjrzy właśnie to, o czym marzyły? Dlaczego mam im odmawiać tego, czym sama cieszyłam się w dzieciństwie?

No to jeszcze raz – może jednak zabawki?

Nie bójcie się – nie będę nikogo namawiać do kupowania miliona prezentów, bo nie w tym rzecz. W naszym domu obowiązuje zasada, że zabawki [nie dotyczy książek, bo te witamy pod naszym dachem zawsze i chętnie niezależnie od dnia i pretekstu] kupujemy raczej z jakiejś okazji (na urodziny, święta, imieniny czy właśnie Dzień Dziecka), bo inaczej utonęlibyśmy w powodzi gadżetów zwożonych do domu przy okazji każdej wizyty w supermarkecie. Owszem, czasem zdarzy się jakiś dodatkowy drobiazg, bo skoro mama kupuje kolejny lakier do paznokci, to i dziecko ma prawo do zachcianki, ale to raczej wyjątek od reguły. Różnego rodzaju rankingi zabawek i pomysły na prezenty, których mnóstwo można znaleźć w internecie, traktuję jako źródło inspiracji i często fajnych pomysłów, ale kupując zabawkę mojemu dziecku, kieruję się jednym, głównym kryterium. Tym, czego ono samo chce!

W przypadku niemowlaka sprawa jest utrudniona, choć obserwowanie swojego malucha może dać więcej wskazówek, niż nam się czasem wydaje, ale przy dziecku, które już potrafi wyrazić swoje życzenia – a taki trzylatek potrafi to doskonale… – nie mam już żadnych wątpliwości. I nie ma znaczenia, że może wolałabym ręcznie rzeźbione klocki z literkami albo lalkę od rękodzielnika ze spersonalizowanymi ubrankami, które nie walą po oczach mieszanką fioletowej wstążki i zielonych cekinów. Pytam mojego dziecka, pokazuję mu opcje i propozycje, wskazuję wady i zalety, plusy i minusy, a potem po prostu słucham i dostosowuje się do jego życzeń. To w końcu zabawka dla niego, a nie dla mnie. Więc jeśli marzy o różowym wózku z bobaskiem, dziesiątym zestawie lego, autku na baterię, zebrze na sznurku czy w końcu o lalce w ciąży, to właśnie takie prezent dostanie na Dzień Dziecka. Bo – jak z samej nazwy wynika – to jest dzień DZIECKA, a nie dzień rodzica, i to temu pierwszemu chcemy w tym dniu sprawić przyjemność. Nawet kosztem własnych wrażeń estetycznych.

Oburzonym rodzicom, którzy pytają, czy naprawdę muszą kupić/zorganizować coś dziecku na Dzień Dziecka, tylko dlatego, że ktoś odgórnie wymyślił i narzucił taką datę, odpowiadam – nic nie musicie. Ale skoro wam miło jest dostać kwiatka na Dzień Matki, czekoladki na Walentynki czy nową wiertarkę na urodziny, to czemu dziecku nie sprawić takiej przyjemności?

Wszystkim dzieciakom chciałabym życzyć wspaniałego Dnia Dziecka spędzonego w taki sposób, jaki sobie wymarzyły. A nam, rodzicom, życzę, żebyśmy pamiętali, że czas spędzony z dziećmi jest fajny nie tylko od święta, a zabawki są dla dzieci, a nie dla nas!

Reklamy