Słyszeliście kiedyś o „świątecznej babce”? Nie, nie mam na myśli bab wypiekanych na Wielkanoc, a nowe zjawisko społeczne – podrzucanie starszych, schorowanych członków rodziny na święta do szpitala, żeby móc od nich odpocząć i cieszyć się świętowaniem. Smutne nie? To teraz odwróćmy perspektywę, spójrzmy na najmłodszych członków rodziny. Słyszeliście kiedyś o „wakacyjnym bąblu”? No to zaraz usłyszycie…

 

W miarę jak zbliżają się wakacje, coraz częściej trafiam na artykuły o tym, czy warto zabierać dzieci (podkreślam, że mowa tu o maluchach!), na wakacje. Jedni przekonują, że potomstwo nie powinno nas w żaden sposób ograniczać w realizacji naszych podróżniczych marzeń i może nam spokojnie towarzyszyć w wyprawach nawet w najdalsze zakątki świata. Drudzy deklarują, że na urlopie potrzebują odpocząć (także w aktywny sposób i także od dzieci), a maluchy taki odpoczynek uniemożliwiają, więc lepiej, żeby zostały w domu pod właściwą opieką oczywiście. Grupy te wydają się mieć kompletnie przeciwne podejścia do wizji wakacji idealnych, ale tak naprawdę łączy je jedna podstawowa rzecz – perspektywa.

 

Jeśli spojrzeć uważniej na argumenty obu stron, dziecko jest tutaj tylko dodatkiem do urlopu dorosłych. Chcianym lub nie chcianym, ale tylko dodatkiem. Rodzice zabierają je na urlop albo zostawiają w domu, to ich decyzja, ich frajda, ich potrzeby są tu najważniejsze. Powiecie, że się czepiam, bo w końcu to rodzice płacą za wakacje, oni je organizują, a więc i oni „zabierają” na nie dzieci, ale moim zdaniem to coś więcej niż tylko słownictwo. To pewien sposób myślenia. No bo czy mąż zarabiający więcej „zabiera” żonę na urlop? Czy żona „zabiera” na urlop męża, jeśli to ona zaplanowała trasę i atrakcje? Chyba jednak nie. Chyba jednak to zawsze są ich wakacje, ich wspólna przygoda, ich wspólna zabawa. A co z dzieckiem?

 

Opcje są, jak się wydaje, dwie. Wersja pierwsze – planujesz wakacje tak, jak sobie to wymarzyłeś. Jedziesz na Kubę, do Egiptu, w Tatry, na norweskie klify czy do amazońskiej dżungli. Oprócz ubrań, apteczki, map, aparatu, zabierasz ze sobą także i dziecko. Bo przecież ono cię nie ogranicza, nie musi ograniczać. I to wszystko prawda. To ty decydujesz. Twój „wakacyjny bąbel” niezbyt ci doskwiera. Możesz go zabrać na wietnamski pływający targ, przewieźć przez Dolinę Śmierci albo zawieźć do majańskich piramid. Czasem pewnie pomarudzi, może i popłacze, często nie pozwoli zrealizować wszystkich punktów programu, ale w ostatecznym rozrachunku dostosuje się do twojej wizji i będzie z tobą odkrywał świat. Tylko co z tego? Czy przedszkolaczek jest w stanie docenić urok Wielkiego Kanionu albo złotej pagody? Czy długie godziny lotu w samolocie, setki kilometrów w autokarze, wypchany po brzegi program zwiedzania to dla niego przyjemność? Czy coś z tego kalejdoskopu wrażeń zostanie w tej małej głowie? A może twoja frajda, twoje turystyczne spełnienie dla niego oznacza głównie zmęczenie, nudę, przebodźcowanie, że o ewentualnych niebezpieczeństwach w przypadku wyjątkowo egzotycznych wypraw już nie wspomnę?

 

Wersja druga – planujesz wakacje tak, jak sobie to wymarzyłeś. Jedziesz na Kubę, do Egiptu, w Tatry, na norweskie klify czy do amazońskiej dżungli. Oprócz ubrań, apteczki, map, aparatu, zabierasz ze sobą zdjęcie dziecka. Bo samo dziecko zostaje w domu pod opieką dziadków, cioci, niani, wujka czy kogo tam sobie zaplanowałeś. W ten sposób cię nie ogranicza. Możesz robić to, co chcesz. Zwiedzać, szaleć, imprezować, zdobywać szczyty czy po prostu leżeć na plaży bez nieustannego słuchania „maaaamooooo” i budowania setnej babki z piasku. Kompletny restart. Bez „wakacyjnego bąbla”, który uwiera przy realizowaniu planów. Bo przecież w ciągu roku tak dużo pracujesz, bo przecież potrzebujesz restartu, masz prawo odpocząć. Tylko co z tego? Czy przedszkolaczek nie potrzebuje tego twojego urlopu (być może jedynego w na najbliższe 10 miesięcy)? Czy w ciągu roku nie czeka niecierpliwie na twój powrót z pracy? Czy nie chciałby pobyć z rodzicami przez te dwa tygodnie bez „pośpiesz się”, „jestem zajęty”, „muszę pracować”? Może i on, choć nawet o tym nie wie, właśnie na to czeka, właśnie za tym tęskni?

 

A może by tak pójść inną drogą? Może zamiast podchodzić do maluszka jak do dodatku do waszego urlopu, potraktować go jako jego współuczestnika? Może zaplanować wakacje tak, żeby i dla was, i dla niego to był przyjemny, wyjątkowy czas? Zmień na chwilę perspektywę i pomyśl – wybierasz się na wakacje z paczką przyjaciół, nikt nikogo nie zabiera, po prostu chcecie pojechać razem. Planujecie więc wyjazd tak, żeby dla każdego był on atrakcyjny. Jeśli ktoś ma problem z mobilnością, nie decydujecie się na wspinaczkę na Rysy. Jeśli ktoś nienawidzi lotów samolotem, wybieracie miejsce, do którego można dojechać autem. Jeśli ktoś źle znosi upały, stawiacie raczej na kraj o umiarkowanym klimacie. Przykłady można by mnożyć. Dlaczego więc nie potraktować dziecka tak samo, jak przyjaciela, z którym chcemy spędzić miło urlop? Gama wakacyjnych ofert jest tak szeroka i bogata, że zawsze, jeśli tylko się chce, można znaleźć takie rozwiązania, które zadowolą was wszystkich. Może nie trzeba jechać tak daleko, może więcej czasu przeznaczyć na leniuchowanie, może wybrać atrakcje, które także dla malucha będą ciekawe? I nie, nie mówię, że cały urlop należy podporządkować dziecku, bo przecież i dla was to ma być przyjemność, ale warto znaleźć jakiś kompromis, uwzględnić potrzeby i preferencje wszystkich uczestników wyjazdu.

 

Nie łudźmy się – wyjazd na urlop z małymi dziećmi to nie jest czysty relaks i błogie lenistwo, a wie o tym dobrze każdy rodzic. Nie możesz spać do południa, wyciągnąć się beztrosko na leżaku czy imprezować przez całą noc. Ale czy naprawdę to jest potrzebne do pełni wakacyjnego szczęścia? Czy takie niedogodności to wystarczający powód, żeby zostawiać malucha w domu i pozbawiać okazji do spędzenia kilku czy kilkunastu magicznych dni w nowym otoczeniu, bez codziennej rutyny i zwariowanego tempa? Dla mnie odpowiedź jest jasna. Bo maluchy rosną bardzo szybko i już niedługo, może szybciej niż się spodziewacie, poinformują was, że w tym roku, to jadą na wakacje z paczką znajomych.

I jeszcze jedno – na każdy z minusów urlopu z dziećmi przypada w moim pozytywnym świecie znacznie więcej niż jeden plus. Szeroki uśmiech na widok morza, radość na karuzeli, tupot małych stópek w pogoni za uciekającym latawcem, ekscytacja w czasie wędrówki po zamkowych ruinach, buzia umorusana bitą śmietaną spływającą z gofra, duma z własnoręcznie zbudowanej na piasku fortecy, zwariowane miny w gabinecie luster, taniec odkrywcy na grzybobraniu czy drobne ramionka oplatające matczyną szyję na spacerze o zachodzie słońca. Każdy z was, każdy z nas, rodziców, ma w swojej głowie, w sercu takie chwile, takie magiczne migawki, które lepiej niż zdjęcia oddają nastrój wakacyjnych dni. Warto je kolekcjonować. Warto pamiętać, że te wspólne wyjazdy, ten może jedyny w roku urlop, są tak samo ważne dla niego, jak i dla was. I że nikt tu nie jest „wakacyjnym bąblem”, kłopotliwym dodatkiem do urlopowego pakietu.

Więc nie zabieraj dziecka na wakacje! Po prostu pojedźcie na nie wszyscy razem.

Reklamy