Niedzielne przedpołudnie, nowy, nieco nietypowy plac zabaw, ze ściankami wspinaczkowymi, pajęczynami i tyrolką, tłumy rozbawionych dzieciaków i towarzyszący im rodzice. Po półtoragodzinnej zabawie w głowie kołacze mi tylko jedno pytanie – dla kogo w końcu jest ten plac zabaw? Bo chyba niektórzy zapominają, że jednak dla dzieci…

I nie, to nie będzie o rodzicach helikopterach nieustannie trzęsących się nad dziećmi (swoimi i nie tylko…), asekurującymi każdy ruch, gdaczącymi nad głową w nieustannym „nie biegnij”, „nie krzycz”, „uważaj”, „nie tak szybko”. Ani o tych z drugiego bieguna, zatopionych w kolorowym czasopiśmie czy przyklejonych do ekranu telefonu, podczas gdy ich pociecha rozwala system, szaleje, przeszkadza innymi i generalnie roznosi plac zabaw…

Dziewczynka. Na oko osiem lat.
– No wspinaj się, wspinaj!
– Taaatooo, ale ja nie chcę! Chodźmy na karuzelę.
– Karuzelę to masz wszędzie. A tu zobacz jaka super ścianka. Wskakuj.
– Ale ja się boję!
– Nie wygłupiaj się. Duża dziewczynka a głupiej drabinki się boi. Jak się nie umiesz bawić, to więcej tu nie przyjdziemy.

Chłopiec. Na oko sześć lat.
– Danielku, wyjdź z tego piasku i chodź tutaj. Zobacz, jaka super zjeżdżalnia. Albo tamta pajęczyna jaka świetna…
– Nie chcę na pajęczynę.
– Taki fajny plac zabaw, a ty siedzisz i w piasku grzebiesz jak jakiś dzidziuś. Idziemy do domu!

Bliźniacy. Na oko 4 lata.
– No, Krzysiu, wchodź na mostek.
– Nie chcę.
– Przestań się wygłupiać. Zobacz, jak Jasiek poleciał.
– Ale ja nie lubię.
– Mostku się boisz? To twój brat po nim biega, a ty się boisz nogę postawić?
– (płacze)
– Przestań się mazać. Więcej tu z Tobą nie przyjdę. Jasiek to wie, co się na placu zabaw robi.

 

Dziś będzie o trzeciej grupie – o rodzicach aktywnych, ambitnych, którym nie wystarcza, że ich dziecko na placu zabaw po prostu miło spędza czas. Co to, to nie. Ono musi w 100 wykorzystać dostępne atrakcje, wyssać z nich sok do ostatniej kropelki, nacieszyć się każdym jednym sprzętem. Choćby na pajęczynie miało poobcierać sobie dłonie do krwi, na bujającym się mostu popłakać się ze strachu a na karuzeli puścić pawia.

W grupie tej, w odróżnieniu od standardowych matek z placów zabaw, dominują panowie. Tatusiowie, którzy w labiryncie rurek, sznurków i bujawek realizują chyba swoje niespełnione dziecięce fantazje. To oni wyciągają synka za kołnierz z lamerskiej piaskownicy, żeby właził na linową wieżę. Wyżej, wyżej jeszcze niż tamten drugi chłopiec, zwłaszcza że mniejszy od ciebie jest, więc nie rób obciachu, że się boisz. To oni karuzelę rozkręcą na maksa, niech szybują krzesełka pod niebo, chociaż dziecko kurczowo trzyma się rurki i a stopień jego zadowolenia jest odwrotnie proporcjonalny do natężenia zieleni na twarzy. No zobacz, jak tamta dziewczynka się mocno kręci, jak wysoko. A ty się będziesz bał? To oni w końcu będą nerwowo truchtać przy dziecku wędrującym zupełnie samodzielnie i z radosnym uśmiechem na twarzy po drewnianym mostku kołyszącym się delikatnie na wietrze, no bo przecież to dla maluchów atrakcja, to za łatwo, to za nudne, a chodźmy tam, bo tam można na rurze zjechać jak strażak i na tyrolce śmignąć z rozwianym włosem. I nie ma co się bać, bo ja kiedy to marzyłem o takim placu zabaw, a miałem tylko kółko na patyku i baw się, baw, bo trzeba korzystać. Ale nie baw się tak, jak chcesz, tylko jak JA ci mówię, bo taki piękny plac się marnuje, a ty się kręcisz w tę i we w tę na tej drabince jednej. I weź, no weź Piotrek, chodźmy tam szybko, bo tamten chłopczyk już zjechał trzy razy, a ty tu piaskiem sypiesz. Jak to w ogóle wygląda?!?

 

Ano wygląda tak, że chciałby się krzyknąć „a dajże ojciec w spokoju się dzieciakowi pobawić!”. I nie, nie myślcie sobie, że ja bym zakazała rodzicom wstępu na plac zabaw, niech się dzieci same rządzą. Przeciwnie – obecność rodziców w przestrzeni przeznaczonej na zabawę jest fajna, współuczestnictwo w tej zabawie jest fajne, wsparcie – jeśli dziecko o nie prosi i go potrzebuje – też jest fajne. Ale próby narzucania dziecku, jak, gdzie i z kim ma się bawić, to już jednak przesada. No dajcież spokój! Skoro na co dzień to my podejmujemy za dzieci większość decyzji, to czy nie możemy już chociaż tej zabawy im zostawić? Przecież to dla nich na ten plac zabaw przychodzimy, to dla nich ma być frajda, czyż nie? Jasne, fajnie jest pokazać dziecku różne atrakcje, także takie, którym sensu czy zastosowania może samo nie ogarnęło. Warto zachęcić do spróbowania nowości. Ale przecież nie zmuszać, nie szantażować, nie straszyć, że albo włazisz na górę, albo więcej nie przychodzimy, albo zjeżdżasz, albo w domu zostaniesz. Bo inne dzieci…

 

Tatusiowie ambitni porównują, ciągle porównują. Bo tamten wszedł wysoko, tamten wspiął się, tamten się mocno huśta. A jeśli jeszcze – nie daj panie jeżyku – tamto drugie dziecko, tamten spiderman złośliwy, wygląda na mniejszego od własnej pociechy, to dopiero gul skacze. Bo jak to tak? On na szczycie pajęczyny, a my piaskiem sypiemy sobie w sandały i po moście dla dzidziusiów idziemy po raz dziesiąty? Jakby mogli, sami wskoczyliby zamiast dziecka na te wszystkie przyrządy, żeby pokazać, kto naprawdę tu rządzi i powalczyć o złotą łopatkę – berło placozabawowego króla. Zresztą od porzucenia wszystkiego i rzucenia się w wir zabawy powstrzymuje ich chyba tylko to, co ludzie pomyślą, oraz może obawa, czy szwy rodzicielskich spodni wytrzymają ślizg na rurze albo rozkrok na wspinaczkowej ściance. Więc tymczasem małpie figle za tatę musi uskutecznić dziecko. Czy ma na to ochotę, czy zupełnie nie.

 

Wszyscy chcemy, żeby – na placu zabaw czy gdzie indziej – nasze dzieci dobrze się bawiły. Chcemy pokazać im fajne rzeczy, odkryć nowe możliwości, nauczyć nowych umiejętności. I bardzo dobrze, bo od tego przecież jesteśmy. Gorzej, jeśli w pogoni za kolejnymi atrakcjami, tracimy z oka nadrzędny cel – dziecko i jego potrzeby, jego preferencje. Nawet jeśli zabawa miałby oznaczać grzebanie w piaskownicy przez godzinę czy zjeżdżanie po raz pięćdziesiąty z tej samej zjeżdżalni, warto wrzucić na luz i przestać ciągle namawiać na urozmaicenie, na odmianę, na „tamto lepsze”, „tamto inne”, „tamto ciekawsze”. Jeśli tylko nasze dziecko nie robi sobie ani nikomu krzywdy, zaakceptujmy to, jak i z kim chce się bawić. Bo w końcu na plac zabaw, nawet ten nietypowy, zachęcająco ambitny i urozmaicony, przychodzimy przecież dla niego. Czyż nie, moi drodzy tatusiowie?

 

Reklamy